Mateusz ma mnóstwo pomysłów na ratowanie budżetu. Tyle,  że niektóre tak niedorzeczne, że musi się z nich wycofywać.
Mateusz ma mnóstwo pomysłów na ratowanie budżetu. Tyle, że niektóre tak niedorzeczne, że musi się z nich wycofywać. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Miało być dużo, więcej i najwięcej. Pod wodzą PiS, Polska, która – jak wiadomo – po 8 latach rządów Platformy była w ruinie, miała się zmienić w kraj mlekiem i miodem płynący. Najwięcej na barki dostał pupil i oczko w głowie prezesa, Mateusz Morawiecki. To jego "Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju" miała zapewnić, że nasz kraj nie tylko wstanie z kolan, ale ma wręcz gospodarczo brylować. Naobiecywał nam dużo. Analitycy gospodarczy wskazywali, że wiele z tych pomysłów nie trzyma się kupy i lepiej dla gospodarki byłoby, żeby pozostały jedynie na papierze.

REKLAMA
Oto trzy pomysły, z których musiał wycofywać się wicepremier Mateusz Morawiecki.

1. Podatek od handlu

Właśnie dogorywa pomysł wprowadzenia podatku od handlu. Pomysł na tę daninę uzasadniany był wyrównaniem szans małych, lokalnych handlowców, przegrywających codzienną konfrontację z wielkimi sieciami. W praktyce chodziło o to, by ściągnąć z gigantów olbrzymie pieniądze i cerować budżet mocno nadwyrężony inną obietnicą, czyli 500+. Rządzący przekonywali, że nie ma powodów, by duże sieci nie były nieopodatkowane. Tyle że, podatek handlowy zebrał cięgi od Komisji Europejskiej. Unijni urzędnicy uznali, że podatek nałożony na hipermarkety może być niedozwoloną formą pomocy publicznej dla małego handlu.
No i wygląda na to, że PiS z tego pomysłu będzie się musiał wycofać. – W Ministerstwie Finansów analizowane są różne rozwiązania dotyczące podatku handlowego, także te stosowane w innych państwach UE. Jednak nie ma decyzji czy nowa postać tego podatku będzie ogłoszona – tak w rozmowie z dziennikiem "Fakt" powiedział nieoficjalnie przedstawiciel resortu. Zresztą, w branży handlowej, mówiło się, że sieciówki i tak sobie z podatkiem poradzą, np. poprzez zwalnianie pracowników. A taki obrót sprawy na pewno nie byłby rządowi na rękę nie tylko ekonomicznie, ale też wizerunkowo.

2. Jednolity podatek dla przedsiębiorców


To był plan zakrojony na naprawdę dużą skalę. Zamiast płacić składki na ZUS, NFZ i PIT, mieliśmy zostać objęci podatkiem jednolitym. Miały być z tego same plusy, rozliczenia miałyby być prostsze, a i sprawiedliwość społeczna większa, bo podatek miał być bardziej narastający dochodzić do 40 proc. Rzecz w tym, że nikt tego dokładnie nie policzył i nagle zaczęło się okazywać, że po to, by mniej zarabiający płacili mniejsze podatki, trzeba by je podnieść najbogatszym. Niby oczywiste, ale eksperci ministra Morawieckiego zauważyli tę zależność dopiero, gdy sprawą zajęły się media, a w społeczeństwie zawrzało.
Na dodatek w jednej z zaproponowanych wersji jednolity podatek miałby objąć także mikroprzedsiębiorców rozliczających się teraz liniowo według stawki 19 proc., więc podwyżka stawki maksymalnej do 40 proc. oznaczałaby, iż wiele mikrofirm musiałoby zmienić warunki działalności, przy czym niejedna otarłaby się o granicę opłacalności, a kolejne w ogóle przestałyby wychodzić „na swoje”. – Zdajemy sobie sprawę z tego, że jak ktoś dzisiaj płaci podatek 19 proc., a jutro by płacił 40 proc., to byłby z tego powodu bardzo niezadowolony i żadnych takich propozycji podniesienia z 19 na 40 nie mamy – zapewnił przyciśnięty do muru Morawiecki. Z dużej chmury wyszedł więc na szczęście mały deszcz i rewolucja podatkowa trafiła do kosza.

3. Odliczenia kosztów służbowych samochodów

Kolejny pomysł, który, gdy tylko ujrzał światło dzienne, wywołał prawdziwą burzę. Dotyczył samochodów "na firmę". Dotykał więc gigantyczną liczbę Polaków, bo w zasadzie każdy mikroprzedsiębiorca koszty utrzymania swojego pojazdu wrzuca w koszty prowadzenia działalności. Tymczasem propozycja ministra Morawieckiego zakładała, że prawo do zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów, wydatków związanych z używaniem w działalności gospodarczej samochodu osobowego przysługiwać będzie jedynie pod warunkiem prowadzenia szczegółowej "kilometrówki". Bez niej do kosztów zaliczyć można by jedynie 50 procent odpisów amortyzacyjnych, opłat leasingowych, czynszu najmu i innych wydatków związanych eksploatacją samochodu (paliwo, naprawy, ubezpieczenie).
No i zawrzało. A jak podliczyli motoryzacyjni eksperci, po zmianach przedsiębiorcy korzystający ze służbowych samochodów mieliby wpłacić do budżetu miliard złotych. Jednak radość w resorcie finansów trwała z tego powodu bardzo krótko, bo gdy tylko dostrzeżono poruszenie przedsiębiorców, zabrano się do głębokich przemyśleń. No i wymyślono, że: "Głos biznesu jest dla nas ważny, dlatego w reakcji na dotychczasowe opinie kierujemy do dodatkowych analiz część rozwiązań zaproponowanych w projekcie ustawy o uproszczeniach podatkowych dla przedsiębiorców, m.in. te, które dotyczą katalogu przychodów i kosztów uzyskania przychodów w PIT oraz CIT oraz zmian dotyczących procedury specjalnej w ustawie Prawo celne. Zmiany te zostały wyłączone 23 listopada z projektu ustawy".
Czyli kolejny projekt w koszu. Co wcale nie jest takie złe. Można by nawet ministrowi przyklasnąć, że potrafi wycofać się z niedorzecznych pomysłów. Szkoda, że robi to dopiero po publicznych protestach i poważnych naciskach. No i nie miejcie wątpliwości, zapewne wpadnie na kolejny genialny pomysł. W końcu skądś trzeba wziąć na 500+.

Napisz do autora: przemyslaw.penconek@natemat.pl