
Codzienna podróż warszawskim tramwajem, bezrefleksyjnie wbijam oczy w szybę. Ronda, wieżowce, blokowiska, a na nich bilbordy reklamy, plakaty filmów i ogłoszenia. Wszędzie kobiece twarze, kobiece ciała, kobiecość w pełnej krasie. Girl power! Tylko tej feministycznej mocy za bardzo na ulicach, w telewizji, w prasie nie widać. Polska kobieta w mediach to dziwaczna hybryda, cierpiący na schizofrenię potworek, który straszy pustym spojrzeniem, dziwnie wydętymi wargami, rękoma urobionymi w mące pieczonego przez siebie własnoręcznie chleba i agresywnym krokiem bezwzględnej bizneswoman, biurwy pożerającej męskie serca na kolację (ale marzącej o księciu z bajki).
Jakie jesteśmy? Czego pragniemy? Jak powinnyśmy się zachowywać? To wszystko starają się nam powiedzieć media. Wśród nich jeden z najmocniejszych i zarazem od lat stabilny przekaz płynie z seriali telewizyjnych. A te w przeważającej większości mówią nam – jeśli chcesz być "prawdziwą kobietą”, musisz zostać matką. Kobieta, która nie chce mieć dziecka, jest ułomna, zła lub obłąkana. Koniec, kropka.
To prawda, że coraz częściej pokazywane są kobiety, które pracują. Jeszcze kilka lat temu prawdziwą bohaterką narodową stała się Magda M., trzydziestoletnia prawniczka. Każdy odcinek "Magdy M." gromadził przed telewizorami kilka milionów widzów. — Obejrzałam chyba wszystkie. Serial generalnie opowiadał o wielkiej miłości Magdy i jej kolegi po fachu Piotra — wyjaśnia dwudziestoośmioletnia Jowita z Pruszkowa, która deklaruje, że seriale ogląda praktycznie codziennie. — Uderzyła mnie bolesna prawda, że takich mężczyzn jak Piotr Korzecki niestety już nie ma — emocjonuje się z kolei jedna z użytkowniczek serialowego forum. Charakterystyczne dla polskich seriali jest to, że choć od lat pokazuje się kobiety pracujące zawodowo, rzadko widzimy je w pracy. To znaczy wiemy, że gdzieś tam pracują, ale głównie pokazuje się je w relacjach rodzinnych — mówi profesor Łaciak.
Praca dla serialowej Polki jest trochę jak zabawa i kaprys. Nie ma mowy o trudnościach z jej znalezieniem albo utrzymaniem. Kwestia powrotu do niej po ciąży albo znalezienia żłobka czy przedszkola praktycznie się nie pojawia. A jeśli już wspomina się o kłopotach finansowych, to wszystko inne im przeczy – wspaniale urządzone mieszkanie, dobry samochód i wakacje trzy odcinki później.
Nie ma nic złego w realizowaniu się w roli żony i matki, ale upór, z jakim polskie media starają się utwierdzić nas w przekonaniu, że tylko w ten sposób możemy spełnić się w życiu, w 2017 roku robi się wręcz groteskowy. — Myślę, że media nie tyle są odbiciem społeczeństwa, co pokazują jego potrzeby — mówi rysowniczka Marta Frej. — Jeśli będziemy domagać się uwzględnieniem naszego głosu w debacie publicznej, media w końcu będą musiały nas zauważyć — komentuje.
Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś o polskiej kobiecie na podstawie ulotek, bilbordów i emitowanych w telewizji i w internecie reklam, mógłby się bardzo zdziwić. W przeważającej większości zobaczyłby bowiem wijącą się w ekstazie boginię seksu, namawiającą do grzechu albo kupna okien antywłamaniowych. Ewentualnie przedsiębiorczą panią domu, z gracją obsługującą dzieci, partnera, pralkosuszarkę. Te dwa trendy w prezentowaniu kobiet w reklamach utrzymują się od lat i to na całym świecie.
Pisalismy już o tym, że przedstawiające kobiety jako obiekt seksualny reklamy mają działać na zasadzie wykrzyknika. Mężczyzna podnosi wzrok na krągły biust i mimowolnie odnotowuje produkt. Kilka lat temu warszawskie Gender Center przy Polskiej Akademii Nauk skarżyło do Rzecznika Praw Obywatelskich reklamę dostawcy internetu, która przedstawiała leżącą kobietę, nad którą widniał napis "Od września dajemy za darmo”. Wystarczy przejść się po mieście, by zobaczyć mnóstwo równie poniżających haseł. Taki paradoks – edukacja seksualna jest podobno zła, ale przedstawianie kobiet jako obiekty seksualne całkiem w porządku.
Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl
