
Tadeusz Gruber urodził się w Warszawie, ale nie czuje się do końca Polakiem. Jest Żydem, ale dowiedział się o tym dopiero, gdy był pełnoletni, a religii nie praktykuje. Od wielu lat mieszka w Szwecji. Tam osiągnął wielki sukces – choć on sam nazywa to "śladem w społeczeństwie". Jego firma zajmująca się m.in. modemami miała klientów na całym świecie i współpracowała z największymi gigantami branży. Uciekinierów z Polski w Szwecji jest więcej, a większość z nich łączy sukces, którego nie pozwolono im osiągnąć nad Wisłą. W rozmowie z naTemat.pl Tadeusz Gruber opowiada, co dała mu Szwecja, dlaczego boi się robić interesy z Polakami, ale także jak dzisiaj patrzy się tam na muzułmańską imigrację.
Sukces może być po prostu finansowy, a zostawienie śladu to jakaś doza rozpoznawalności w społeczeństwie. Jak pan powie Sarnecki w Szwecji, to wszyscy wiedzą, kto to jest. To jest zostawienie śladu.
Mógłbym listę zrobić relatywnie długą. Mamy wybitnych profesorów. Matematyka, optyka, fizyka. Jest olbrzymia ilość fantastycznych lekarzy. Gdyby filtr był na ludzi, którym się udało w Szwecji, łącznie z tymi którzy, pozarabiali miliony, to jest nas naprawdę wielu. Ale żeby nie było nieporozumienia, byli i tacy, którzy zwariowali, popełnili samobójstwo. To nie jest tak, że świetnie poradziły sobie całe trzy tysiące.
Nie do końca, bo wielu zawodów już nie ma. Dzisiaj możliwości są mniejsze, nie ma już tego łatwego wejścia na rynek pracy. Kiedyś każdy lekarz miał sekretarkę, teraz muszą sobie radzić sami. I tak dalej. Ale i dzisiaj można kupić samochód do pojeżdżenia przez rok czy dwa za 5 tysięcy koron. Przeciętna szwedzka miesięczna pensja to 20-22 tysiące koron. Poza tym podkreślam – nigdy nie było niczego za darmo.
Jak rozpoczął się proces demokratyzacji, to szwedzcy przyjaciele pytali mnie: to co, wracasz? A ja że nie. Biurokracja w Polsce jest niszcząca. Nie ma szacunku do człowieka.
W Polsce są urzędnicy, w Szwecji w dosłownym tłumaczeniu osoby wykonujące tę pracę to "tjänsteman" czyli służący. To podstawowa różnica, samo podejście do człowieka. W Szwecji przez 30 lat miałem wiele przedsiębiorstw i tylko jedną kontrolę. A przez pięć lat prowadziłem również restaurację, na które władze podatkowe trzymają oko.
Zapomniał pan o mojej żonie w Szwecji, która powiedziała, że zostaje. Chociaż mi wyjazdu nie zabroniła. No ale ja ją kocham. Jest wiele różnych okoliczności, które się zgrywają.
Ale ja naprawdę nie chciałem. Jestem dość naiwny, kiedy spotykam się biznesowo, myślę jak Szwed. Szukam rozwiązania spraw, osiągnięcia porozumień. A Polak często chce oszukać. To nie jest przypadek, że trzymam się biznesowo daleko od Polski.
Bo przyjmuje się więcej ludzi. Kiedyś przyjęcia były limitowane. Kraj przyjmował ludzi do pracy i trochę uchodźców politycznych, to był rząd 20-30 tys. rocznie. Kiedy my przyjechaliśmy, państwo się nami zajmowało. Uczono nas języka, prowadzono do najbliższego miasteczka, żebyśmy zobaczyli jak działa sklep spożywczy czy monopolowy, system kolejek, jak się zachowywać. Przygotowywano nas do wejścia w społeczeństwo. Jak byliśmy gotowi, to pytali gdzie chcemy mieszkać, pomagali znaleźć pracę. Nie wiem ile jeszcze krajów miało taki system, ale to działało tak długo, jak było te 20-30 tys. rocznie. Ale w końcu to padło. Przyjeżdża za dużo imigrantów, nie ma narzędzi. O tym się dyskutuje w Szwecji.
Że nie było planu. W zeszłym roku przyjęto 160 tys. osób, a w Szwecji od dawna brakuje 700 tys. mieszkań. Nie ma miejsc w szkołach, nie ma nauczycieli. Jest trudno tym uchodźcom dać szansę w nowym kraju.
Nie, nie ma aż tak negatywnego nastawienia. Bardziej dyskutuje się właśnie o problemach z mieszkaniami, brakiem miejsc w szkołach.
Jeśli ktoś ma język, np. angielski, jakąś formę edukacji, to dzisiaj też może relatywnie szybko wejść w środowisko. Mamy w parlamencie wiele osób o nieszwedzkim wyglądzie i nazwiskach. To imigranci z ostatnich dziesięciu, dwudziestu lat.
Osobiście nigdy się z nim nie zetknąłem. Owszem, w pierwszych latach, jak byłem w jakimś klubie nocnym i podrywałem panienki, to można było usłyszeć "cholerny obcokrajowiec". Ale wtedy wszystkie sposoby były dobre, żeby wygrać.
To nie jest tak, że ja wyjechałem. Myśmy zostali zmuszeni do wyjazdu. W Szwecji tęskniliśmy, przynajmniej niektórzy. Śpiewaliśmy polskie czy rosyjskie piosenki, piliśmy alkohol i płakaliśmy. Po takim wyrwaniu ze środowiska i umieszczeniu w zupełnie obcym, gdzie nie znamy kodu socjalnego, nie wiemy jak się zachować, człowiek czuje się kolosalnie samotny. A wielu z nas nawet nie chciano wpuścić do Polski na pogrzeby bliskich. Mnie się udało w 1974 czy 1975 roku. Miałem kolegę, który nie był Żydem, został zaproszony do Polski na sympozjum, ja z nim pojechałem. Później jeździłem do Polski motocyklem – bo ja całe życie jeździłem na motocyklu. Mieszają się dwa elementy – emocjonalny i racjonalny. Ten pierwszy powodował, że tęskniłem za Polską, gdzie rodziców wyrzucono z pracy, pozbawiono nas możliwości, ale tęskniłem. Ale znam ludzi, którzy całkowicie się odcięli.
Ja na pewno zeszwedziałem. To już relatywnie wcześnie. Jak przyjechałem z Włoch, to było kilkaset osób w jednym "rzucie", byłem chyba pierwszy, który podjął decyzję, że to moja nowa ojczyzna. Nauczę się języka, zapuszczę korzenie. Zacząłem mówić po szwedzku, zakolegowałem się ze Szwedami. I zarzucali mi koledzy z Polski, że zeszwedziałem.
W Polsce do osiemnastego roku życia nie wiedziałem, że jestem Żydem. Czułem się Polakiem. Ojciec był polskim patriotą, polskim komunistą, wierzył w ten nowy ustrój, a matka była z dobrej polskiej katolickiej rodziny, jej matka i brat co niedzielę do kościoła chodzili. W końcu okazało, że ojciec jest Żydem. Okej, to nie miało znaczenia. Ale przyszedł rok 1967, a potem 1968 i musieliśmy wyjechać. Więc postanowiłem być Żydem, skoro zabrali mi możliwość bycia Polakiem. Ale któregoś dnia we Włoszech spotkany kierowca zapytał mnie, kim jestem.
Kiedy wyznałem, że matka jest Polką, odpowiedział "aaa to ty nie jesteś Żyd". I właściwie miał rację, bo matka musi być. No więc właściwie to nie jestem. I wtedy zapytał czemu wyjechałem z Polski, skoro nim nie jestem. Zamknął mi logiczne koło. Nie dali mi być Polakiem, nie mogę być Żydem, to będę Szwedem. Dupa blada. Nie mogę być, bo mam na imię Tadeusz, czego nikt w Szwecji nie potrafi wypowiedzieć. Co więcej, są słowa, których nikt z nas nie potrafi wypowiedzieć poprawnie, jest melodia języka. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Szwed bez tej melodii nie rozumiał rozmówcy. Teraz 17 proc. mieszkańców jest napływowe. Przyzwyczaili się do inności.
Mam dobrze popier****ne. Jestem w Szwecji i żyję jak Szwedzi, jestem nierozpoznawalny, dopóki nie trzeba powiedzieć siedem po szwedzku. Jest niewymawialne. Jak przyjeżdżam do Polski, czuję się jak u siebie. Lubię jedzenie, znam Warszawę, przypomina mi się młodość. Po czym za kilka dni wsiadam w samolot i lecę do domu, do Szwecji.
Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl
