
Ich zapał do skoków rósł wraz z sukcesami Adama Małysza. Choć amatorscy skoczkowie często mają pod górkę – brakuje im sprzętu i odpowiednich warunków do trenowania – to powtarzają, że skoki są dla nich odskocznią od rzeczywistości. Liczne upadki, strata kilku zębów, połamanie nart – są gotowi na wszystko.
Być jak Małysz Imponuje im upór słynnego Brytyjczyka Eddi'ego "Orła" Edwardsa, kciuki trzymają za naszych: Stocha i Żyłę. Ale najpierw był Adam Małysz, później Kamil Stoch. Inspirowali młodych, których głowy zaprzątały marzenia o tym, by ich sukces powtórzyć. Ci więc budowali skocznie i trenowali na nich całymi dniami. – Amatorscy skoczkowie, którzy działają w ramach sekcji "TKKF Dzikusy Łódź", to nie są ludzie z przypadku – zapewnia Bartłomiej Marczak, amatorski skoczek.
Ale to osoby, które od przedszkola interesują się skokami, znają wszystkich zawodników, wyniki, skocznie na całym świecie. – Sami zresztą od dzieciństwa budowali skocznie z papieru. To pasjonaci z krwi i kości – ocenia Marczak. On także zalicza się do tej grupy: amatorsko skacze od 8 lat. Jego największym idolem był oczywiście Adam Małysz. – Postanowiłem, że pójdę w jego ślady, zacznę trenować i trochę go naśladować – mówi Marczak. W internecie założył nawet stronę: "Skoczek Bartek ze Zgierza".
W ten sposób poznał przyjaciela, tak samo zapalonego do skakania. – Znalazł mnie, napisał, porozmawialiśmy. I umówiliśmy się na starej zaniedbanej skoczni, która nie była używana od wielu lat. Postanowiliśmy, że ją odnowimy, że tam zaczniemy stawiać swoje pierwsze kroki. Dołączyło do nas kilka osób – opowiada Marczak. Ale być skoczkiem z centralnej Polski nie jest wcale tak łatwo. Dopiero po 18-tce kupił sobie narty, zaczął wyjeżdżać i trenować w górach. W nieco lepszej sytuacji lokalizacyjnej znalazł się Łukasz z Okocimia, wsi w województwie małopolskim. Trenować zaczął także na fali "małyszomanii". – Byliśmy grupą 8-10 osób i zainspirowaliśmy się sukcesami Adama Małysza. Zbieraliśmy się co weekend albo po szkole i skakaliśmy razem – wspomina Łukasz.
Straty liczone w zębach O straconych podczas treningu zębach Bartłomieja Marczaka krążą w tym środowisku legendy. – Po lądowaniu przewróciłem się, krew poleciała mi z wargi, poszedłem na dokładniejsze prześwietlenie i okazało się, że korzenie w zębie są pęknięte i niestety trzeba było je usunąć – opowiada sam Marczak. Na YouTube aż roi się od filmów amatorskich skoczków. A na nich najczęściej: prowizoryczna skocznia, narty i młodzi ludzie, którzy z zapałem szybują, a potem najczęściej spektakularnie lądują. Zdarza się, że upadają.
Jeden z nich np. rozbił sobie głowę, inni lądują na plecach, skręcają stawy skokowe, kolanowe. – Zdarzało się uderzyć głową w zeskok. Czasem złamać narty. Nie zniechęciłem się, choć były chwile zwątpienia i większej ostrożności – przyznaje Łukasz. Wtóruje mu także Bartłomiej: – Na początku była taka myśl, co ja robię, może sobie odpuszczę. Ale nie zrobię tego. Teraz mamy większą rozwagę – mówi Marczak.
Upadki i stracone zęby samych skoczków nie zrażają. Tylko organizatorzy zawodów dla amatorów mogą być pełni obaw. – Chłopaki mieli sprzęt nie do skoków, tylko narty zjazdówki – opowiada Damian Szczerba, organizator amatorskich zawodów w Niecwi, koło Nowego Sącza. Zadbał o całe zaplecze, w razie gdyby komuś coś się stało. Ale, jak przyznaje na tysiąc skoków, zdarzają się dwa poważne upadki.
Amatorscy skoczkowie mogą także startować w innych zawodach, zapisując się do kategorii open. – To wymaga dobrego treningu, przygotowania technicznego, dlatego niektórzy się o nas boją. Ale jeśli jest możliwość, to staramy się brać udział w zawodach. I wyjeżdżamy na nie średnio raz w miesiącu. W Polsce, ale i za granicę: Niemcy, Czechy – opowiada Marczak. Amatorskie skoki w Skawicy Prawdziwą mekką amatorskich skoczków narciarskich jest m.in. Skawica. To tu w lutym po raz ósmy przy stadionie "LKS Huragan" odbyły się Mistrzostwa Amatorów w Skokach Narciarskich Południowej Polski. Te zawody ocierają się o profesjonalizm: – Mamy budkę sędziowską, komputery, nagłośnienia, pomoc medyczną, zespół który gra nam w przerwie – chwali się Kazimierz Pająk ze Skawicy.
Nagroda też była kusząca – bo to puchar Kamila Stocha, odebrany z rąk jego ojca – Bronisława. Na szczęście w tym roku organizatorzy skoków mogli odetchnąć z ulgą, bo brak śniegu nie pokrzyżował im planów, jak to się stało dwa lata temu. – Nie mamy armatek, dlatego nie było skoków – mówi Kazimierz Pająk. Brak śniegu zabił też amatorskie zawody w Niecwi. – Przez ostatnie trzy lata niestety nie było śniegu. Poza tym chłopcy, którzy skakali nabrali wagi i znaleźli sobie inne zajęcia – opowiada Damian Szczerba, organizator skoków.
Pytam Kazimierza Pająka, czy bez zupełnego przygotowania, mogłabym przyjechać i skoczyć na zawodach w Skawicy. – Tak, mogłaby pani. Tylko lepiej byłoby wcześniej potrenować – ostrzega Pająk. W tym roku w Skawicy skoczyło 35 osób. Sporo wystraszyło się wysokości i zrezygnowało w trakcie. – Dużo osób wychodzi na próg, a później wraca. Bo dołu nie widać. U nas można skakać do 30 metrów – rozwija Pająk.
– Niektórzy skoczkowie przyjeżdżają co roku, mają nawet oryginalne sprzęty, narty skokowe, kombinezony, są świetnie wyposażeni – mówi Bronisław Stoch. I ubolewa, że w Skawicy nie pojawili się żadni trenerzy. Co ocenia się podczas amatorskich skoków? – Miernik osiągnięć skoczka amatorskiego to odległość. Ważne, by ten skok był ustany, bez żadnych podpórek. Sylwetka nie jest taka ważna – mówi Łukasz. – Nie zdecydowaliśmy się na ocenę zawodników pod względem stylu, bo w locie są 2-3 sekundy. Ciężko coś zobaczyć. Braliśmy pod uwagę tylko odległość, a za upadek odejmowaliśmy np. 5 punktów – odpowiada Szczerba.
Być jak Eddie Eddie "Orzeł" Edwards – to skoczek narciarski, olimpijczyk. Ale jego skoki były jednym z powodów, by Międzynarodowa Federacja Narciarska wprowadziła kwalifikacje do zawodów. W ubiegłym roku do kin wszedł film "Eddie zwany Orłem". To historia chłopaka, który za wszelką cenę chciał być olimpijczykiem.
Bartłomiej Marczak
amatorski skoczek narciarski
I amatorscy skoczkowie chcą być jak Eddie. – Mimo tego że nie mamy dostępu do skoczni i wszystko jest pod górkę. Coś jednak można osiągnąć – dodaje Marczak. – Eddie to ewenement. Najgorszy skoczek, a kibicowano mu. Jeśli chodzi o profesjonalne skoki, to trzymam kciuki za naszych: Kamila Stocha, Piotra Żyłę – mówi Łukasz.

Bartłomiej Marczak na początku chciał pójść drogą Małysza, ale szybko przekonał się, że to niemożliwe. – Wiadomo, że nie chodziło o starty w Pucharze Świata, ale o niższe kadry zawodowe. Ale to nie jest możliwe mieszkając w centrum Polski i nie mając warunków do trenowania. Ciężko myśleć o jakiejś zawodowej karierze. Teraz skoki to odskocznia od rzeczywistości. Jedni grają w piłkę nożną, a my skaczemy. Lubimy ten sport, jest niepowtarzalny – przyznaje Marczak. I zaznacza, że w tym roku do sekcji "TKKF Dzikusy Łódź" ze względu na sukcesy polskiej kadry, zgłosiło się sporo osób: pytali o sprzęt i chcieli się zapisać. – Popularność amatorskich skoków rośnie z roku na rok – podkreśla Marczak.
Napisz do autorki: daria.rozanska@natemat.pl
