Czy Radosław Sikorski powinien wysiąść z taksówki i udzielać pomocy?
Czy Radosław Sikorski powinien wysiąść z taksówki i udzielać pomocy? Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazety

W tle dzisiejszych wydarzeń w Londynie pojawiła się dyskusja na temat tego, jak zachować się w obliczu tragedii. Czy Radosław Sikorski, który był niemal naocznym świadkiem ataku, powinien wysiąść z taksówki i udzielać pomocy, czy też nagrywać film i publikować go w sieci? Internauci nie kryją oburzenia postawą ministra, jednak co innego mówią fachowcy.

REKLAMA
– Jeśli to Sikorski nakręcił, znaczy że jest idiotą. Dzieje się tragedia, a ten zamiast się zainteresować stanem zdrowia ludzi, wezwać pomoc, itp. wyciąga telefon i kręci filmik – napisał internauta oburzony tym, ze Radosław Sikorski nie rzucił wszystkiego i nie ruszył z pomocą ofiarom ataku w Londynie. Dalej pojawiają się zarzuty „zdziczenia”.
Prawda jednak jest inna niż ta, która wyłania się z wpisu internauty. Były szef polskiego MSZ nie stał tam po prostu jako przechodzień bez jakiejkolwiek reakcji. Sikorski jechał dziś taksówką po moście Westminsterskim, gdy usłyszał dźwięk przypominający stłuczkę dwóch aut. Podniósł wzrok znad telefonu komórkowego, na którym właśnie odczytywał wiadomości i zobaczył leżącego na ulicy człowieka. – Z dziennikarskiego nawyku włączyłem kamerę i patrzę, że leżą kolejne osoby – opowiadał minister w rozmowie z dziennikarką TVN24. Film wkrótce potem trafił do sieci.
Czy Sikorski zamiast nagrywać powinien udzielić pomocy? – Najważniejsza zasada, którą zresztą ukuli Brytyjczycy, to zachować spokój. Potem należy zadbać o swoje bezpieczeństwo i osób z najbliższego otoczenia – wyjaśnia Adam Pietrzak, lekarz ratunkowy. Dopiero w następnej kolejności należy wezwać pomoc, informując gdzie doszło do zdarzenia, ile osób jest poszkodowanych i co się stało.
Tego minister nie zrobił, ale i nie było takiej potrzeby. Jak wspominał w rozmowie z TVN24, pomoc natychmiastowo wezwał taksówkarz, dzwoniąc na specjalny telefon alarmowy. I chyba nie był pierwszym, który to zrobił, bo w ciągu dwóch minut Radosław Sikorski usłyszał syreny karetek pogotowia.
– Ratowników uczy się nawet tego, żeby przedkładali własne bezpieczeństwo nad bezpieczeństwo poszkodowanych – twierdzi Pietrzak. Chodzi o to, że martwy ratownik nikogo już nie uratuje. Jak podkreśla nasz rozmówca, wszystkie procedury zaczynają się od słynnego "keep calm".

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl