
W mitologii była domeną bogów, w Biblii jej narzędziem stała się piękna Salome, a według ludowego porzekadła ma słodki smak. Jak wygląda i smakuje współczesna zemsta na byłych partnerach? Jest rekompensatą psychiczną na polu, na którym nic nam niczego nie wynagrodzi, a może domeną ludzi małych i nienawistnych? Pewne jest jedno – sprawia ogromną przyjemność, na co dowodów dostarcza nawet nauka.
REKLAMA
Jakiś czas temu portale społecznościowe obiegł post dziewczyny, która wywiesiła koszule byłego na siatce przy osiedlowym śmietniku, zrobiła swojemu dziełu zdjęcia i wrzuciła na Facebooka z podpisem „Śpiesz się kochanie, markowe koszule na śmietniku to rzadka okazja”.
Podobny rozgłos zyskała aukcja internetowa, której przedmiotem było dziesięć kartonów ubrań kupionych rzekomo przez chorobliwie zazdrosną dziewczynę z karty firmowej byłego już chłopaka. Obie zemsty były szeroko komentowane w sieci. Głosy potępiające odwet jako niski i źle świadczący o mszczącej się osobie mieszały się z gratulacjami dla pomysłowych dziewczyn.
Zemsta chętnie potępiana przez ogół społeczeństwa chowanego w myśl „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” na ustach, w pierwotnych społeczeństwach spełniała ważne funkcje. Strach przed nią chronił przed gwałtem i rozbojem. Nic dziwnego, że jeden z najstarszych zbiorów praw, kodeks Hammurabiego, został oparty właśnie na prawie do zemsty.
Kanonicze „oko za oko” stawiało , wbrew pozorom, na przełomową jak na tamte czasy uczciwość. Nikt nie miał prawa odpłacać z nawiązką, nakręcając tym samym spiralę nienawiści, ale zareagować jedynie „stosownie” do doznanych szkód. Uszczerbki fizyczne przewidziane w kodeksie miały też przestrzegać inne społeczności przed niegodziwcami, w razie gdyby postanowili zmienić miejsce zamieszkania.
Ku przestrodze
W dzisiejszych czasach trudno ostrzec przed kimś osoby spoza bezpośredniego kręgu znajomych, nie wikłając się w nieprzyjemne sytuacje. Niełatwo też ocenić, na ile takie przestrogi są troską o pobratymców, a na ile perfidną zemstą. Oliwia, 30-latka pracująca jako graficzka, niedawno napsuła sobie krwi historią z przeszłości. Zaczęło się, jak to bywa, od dobrych chęci.
– Zanim poznałam Patryka (narzeczony Oliwii – red.) miałam kilku chłopaków, ze wszystkimi rozstałam się w trybie raczej pokojowym, po prostu życie toczyło się dalej, a my mieliśmy na nie skrajnie różne pomysły, nie było sensu się boksować o priorytety. Z Łukaszem było inaczej. To była wakacyjna miłostka przywieziona z festiwalu muzycznego, a jak się potem okazało także jedyny człowiek, który mnie skrzywdził – opowiada.
– Początkowo nawet tego nie zauważałam, bo wiesz, to były takie pasywno-agresywne teksty w stylu „taa, co ty nie powiesz” wygłaszane kpiącym tonem, albo uwagi, że wyglądam jak fleja, bo założyłam na spacer nieuprasowaną bluzę. Na to, że własny facet traktuje mnie jak wroga numer jeden zwróciła mi uwagę jedna z przyjaciółek. Śmiertelnie się na nią za to obraziłam. Jednak z czasem zdałam sobie sprawę, że się go boję – tego, co niemiłego dziś usłyszę, w jakim on będzie humorze, kiedy wrócę do domu... – wspomina.
W końcu rzuciła Łukasza, który postanowił nie oddawać pieniędzy, które był jej winien, a na każde pytanie o zwrot odpowiadał, że „nie zasłużyła sobie” i żeby przestała się do niego odzywać, bo już nie są razem. Zaczął też rozpuszczać wśród wspólnych znajomych plotki. Na samo wspomnienie Oliwia czerwieni się i kręci głową mówiąc, że nawet nie chce jej się tego powtarzać.
Łukasz pojawił się ponownie w jej życiu dość niespodziewanie. Dziewczyna z księgowości, którą Oliwia bardzo lubiła, przyprowadziła go na imprezę firmową. Graficzka postanowiła przestrzec koleżankę. Umówiła się z nią na kawę i starała się wyłożyć przestrogę najdelikatniej jak umiała. Dziewczyna zareagowała lodowato, powiedziała, że Łukasz po wyniszczającym związku z nią trafił terapię, jest idealnym facetem i żeby pilnowała swojego nosa.
– To było jakbym dostała w twarz, miałam dobre intencje, a ona potraktowała mnie jak wścibskie babsko. Kilka miesięcy później był szał na Tindera, koleżanka pokazała mi ze śmiechem jakiegoś typa, który namawiał ją kretyńskimi tekstami na seks. Patrzę na zdjęcie, a tam Łukasz. Byłyśmy po kilku drinkach, zaczęłyśmy do niego pisać z profilu koleżanki. Screeny wysłałyśmy jego nowej dziewczynie – opowiada Oliwia.
– Poczułam ogromną satysfakcję. Z jednej strony chodziło chyba o to, że udowodniłam, że miałam rację, on nadal był fatalnym chłopakiem. Z drugiej to było upajające poczucie sprawczości. Taki okropny człowiek powinien być samotny, a ja właśnie się do tego przyczyniłam – wspomina.
Nazajutrz zrzedła jej mina, kiedy zobaczyła wymęczoną twarz dziewczyny z księgowości. Satysfakcja zamieniła się w wyrzut sumienia, który dawał jej bolesne kuksańce przez kilka kolejnych miesięcy, każdego dnia, kiedy widział zbolałą minę i niechlujnie dobrany strój tamtej. Na pytanie czy żałuje odpowiada, że tak, to karma powinna czynić swoją powinność.
Nikt nie musi wiedzieć
Czy zemsta może mieć właściwości konsolacyjne, a nie być bezsensowną formą przemocy obarczoną wyrzutami sumienia? Zdaniem Ani, 27-latki z Warszawy jak najbardziej.
– Kilka lat temu byłam w związku, który był podręcznikową definicją tego, co określa się mianem toksycznej relacji. Po roku względnej sielanki zaczęły się awantury, mój ówczesny chłopak był chorobliwie zazdrosny, nawet o takie rzeczy jak wieczorne wyjście z koleżankami czy wyjazd na weekend. Brałam to za oznakę zakochania i ustępowałam w niektórych kwestiach, jednak po jakimś czasie okazało się, że to on gra nie fair, a dośpiewywanie sobie historyjek o zazdrości w które zdaje się, że sam wierzył pozwala mu na samousprawiedliwienie. Zaczął się bolesny okres rozstań i powrotów, przeprosin we łzach i zapewnień. Okłamywałam się, że dam radę go zmienić, bo nie potrafiłam go zostawić, albo może nie potrafiłam być sama, nie wiem – opowiada dziewczyna.
– Przerwy między kolejnymi powrotami robiły się coraz dłuższe, kiedyś nie widzieliśmy się dwa tygodnie, a ja poszłam na randkę z facetem, który od dawna się wokół mnie kręcił. Kiedy wyjechałam na 3-miesięczny staż wiedziałam już, że Piotrek mnie zdradził. Mimo że nie rozstaliśmy się oficjalnie, nie żałowałam sobie dobrej zabawy – mruga do mnie Anka i kontynuuje.
– To nie miało waloru „na złość mamie odmrożę sobie uszy”, bawiłam się świetnie i bez wyrzutów sumienia. Po powrocie spotykałam się z nim jeszcze kilka miesięcy, chciałam chyba odczarować tak bolesną dla mnie kiedyś sytuację, w której cała moja naiwność i zakochanie zostały brutalnie podeptane. Nie czułam potrzeby powiedzenia mu, że go okłamałam i zdradziłam. Nigdy nie chciałam go skrzywdzić, to była taka cicha zemsta, w której tak naprawdę chodziło o mnie. Musiałam przestać być we własnych oczach tą naiwną gąską i wejść na ten poziom zakłamania, po którym w związku już nie ma co ratować, żeby wybić sobie z głowy tamtego mężczyznę – opowiada.
W filmie jak w życiu
Podobnie zemsta została pokazana w filmie Romana Polańskiego „Śmierć i dziewczyna”. Pewnej nocy Gerardo przyprowadza do domu na odludziu mężczyznę, który pomógł mu naprawić samochód. Jego żona, śpiąca w pokoju obok Paulina, rozpoznaje głos gościa. To jej niegdysiejszy oprawca, dr Roberto Miranda, który przed laty znęcał się nad nią w więzieniu dla działaczy politycznych. Przez resztę filmu między bohaterami rozgrywa się subtelna psychologiczna gra.
Grana przez Sigourney Weaver bohaterka krępuje swojego kata, a przez następne godziny próbuje wymusić na nim przyznanie się do czynów sprzed lat, aby okrutnie go ukarać. Ten statyczny dramat to studium zemsty, którą Polański pokazuje jako oczyszczający rytuał bez którego nie sposób w pełni przepracować traumy i pozbyć się piętna ofiary.
Zdaje się, że na początku lat 90. problem zemsty zajmował reżysera w sposób szczególny. Dwa lata przed „Śmiercią i dziewczyną” nakręcił kultowe już „Gorzkie gody”, gdzie szukanie sprawiedliwości przez okrutnie potraktowaną kochankę przeradza się w błędne koło przemocy psychicznej i fizycznej.
Zemsta w tym wydaniu, zostawia w psychice rany tak głębokie, że krzywdzące się osoby zaczynają być na siebie skazane tracąc umiejętność odróżniania porywów miłości od nienawiści. Przykłady wendety w kinematografii i literaturze można mnożyć bez końca, jednak ten bez wątpienia płodny fabularnie temat znajduje barwne realizacje również w życiu codziennym.
Emilia, poznana przy okazji reportażu o policjantkach, pracuje na komendzie w jednym z miast powiatowych. Wspomina szczególnie spektakularną zemstę, z którą spotkała się na służbie. Pewnego ranka na komisariat przyszedł Damian, lokalny lowelas trzęsąc się ze złości w swojej przyciasnej ramonesce. Wykrzykiwał niecenzuralne epitety pod adresem swojej kolejnej już, a jak się okazało, także byłej narzeczonej.
Kiedy mężczyzna odrobinę się uspokoił i zaczął mówić składnie, okazało się, że w nocy ktoś podpalił jego największą dumę – sprowadzone przed kilku laty z Niemiec białe BMW. Był przekonany, że za zniszczenia odpowiada kobieta, z którą kilka dni wcześniej zerwał zaręczyny. Oględziny niczego nie wykazały, z kolei dziewczyna miała świetne alibi – była na babskim wieczorze w domu jednej z koleżanek, co potwierdziły skwapliwie wszystkie obecne tam kobiety.
– W mieście dużo było plotek o tym podpaleniu, rzekomo nikt nic nie widział, ale ludzie byli pewni, że to sprawka byłej narzeczonej. Nikt jej nie potępiał, znajoma pracująca na poczcie widziała jak jakieś kobiety gratulują jej odwagi. Inna sprawa, że ten mężczyzna, którego samochód został zniszczony to kawał drania. Wszczynał awantury, rozbijał się po ulicach tym swoim autem, fatalnie traktował kolejne dziewczyny, które leciały do niego, jak ćmy do światła. Raz była nawet sprawa o pobicie – opowiada policjantka.
Kilka lat temu na Uniwersytecie w Zurychu zespół doktora Ernsta Fehra przeprowadził doświadczenie polegające na badaniu tomograficznym mózgów jego uczestników podczas wymierzania kar. Badani grali w grę polegającą na inwestowaniu wirtualnych pieniędzy, przy czym mogli działać na korzyść swoją, bądź całego zespołu.
Kolejną opcją była możliwość ukarania kolegów, w których wcielili się aktorzy, elektrowstrząsami (one również miały być symulowane). Kiedy karani byli aktorzy grający fair w mózgach badanych aktywowały się ośrodki odpowiedzialne za ból i współczucie. Oglądanie „zasłużonej” kary pobudzało z kolei w mózgu badanych ośrodki odpowiedzialne za przyjemność. Szczególnie silnie stymulowało to ośrodek nagrody u mężczyzn, bowiem panie po chwili współczuły „winnemu” tak samo jak uczciwemu graczowi. Czy oznacza to, że zemstę mamy zakodowaną w genach, podobnie jak jedzenie i prokreację?
Mamy prawo dochodzić instytucjonalnie sprawiedliwości kiedy chodzi o uszczerbki mienia czy zdrowia, ale na uszczerbki psychiczne i emocjonalne prawo pozostaje głuche. Zdaje się, że zemsta pełni współcześnie funkcję emocjonalnego zadośćuczynienia. Sądząc z lektury for internetowych częściej szczęśliwie wyobrażonego niż wprowadzana w życie. Zamiast chwytać za katanę, jak mściwa bohaterka „Kill Billa” wolimy, niezależnie od wyznania lub jego braku, zdać się na tzw. karmę. Do przekonania, że ludzie którzy nie postępują fair i krzywdzą innych skończą źle, trzeba jednak nie tyle głębokiej duchowości, co wiary w związki przyczynowo-skutkowe.
Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl
