
Nadal nie wiadomo, czy kolumna rządowych samochodów jechała na sygnale w chwili, gdy w lutym w Oświęcimiu doszło do wypadku z udziałem Beaty Szydło. Biegli przebadali czarne skrzynki pojazdu, ale nie znaleźli w nich śladu po tym, czy syrena była włączona, czy nie.
REKLAMA
Prokuratorzy badający sprawę liczyli na to, że zapis z rejestratorów da im odpowiedź na pytanie, czy limuzyna, którą podróżowała premier Beata Szydło, była w chwili zderzenia pojazdem uprzywilejowanym czy nie. Jest to niezbędne do tego, aby orzec, po czyjej stronie leży wina kolizji z udziałem premier i młodego kierowcy, którego czerwone seicento zostało staranowane przez rządową limuzynę.
Niestety – okazało się, że zamontowane rejestratory takiej informacji nie zapisują. Rejestrator uruchamia się dopiero w momencie uderzenia. Wciąż więc w tej sprawie pozostają znaki zapytania. Część świadków mówi, że kolumna jechała na sygnale, inni przekonują, że w chwili zdarzenia miały jedynie włączone niebieskie światła na dachach. Mężczyzna kierujący fiatem seicento usłyszał zarzut spowodowania wypadku, nie przyznaje się do winy, zatem to, czy pojazd którym poruszała się premier jechał na sygnale jest w tej sprawie kluczową informacją.
Obrońca 21-letniego Sebastiana K. zadanie ma utrudnione – nie zawsze jest powiadamiany o przesłuchaniach świadków. W ostatnim czasie młody kierowca odniósł jedno istotne zwycięstwo – sąd orzekł, że jego zatrzymanie po wypadku było bezzasadne.
Źródło: gazeta.pl
