
Dwa dni bez meczu podczas Euro 2012 to dla kibica prawdziwa wieczność. Długo kazała nam czekać UEFA na pierwsze półfinałowe spotkanie. Ale jeśli dwa dni to cena, jaką trzeba zapłacić za tak fenomenalne widowisko, to na kolejnych turniejach powinna to być standardowa, obowiązkowa przerwa między meczami. Wielkie emocje w Doniecku!
REKLAMA
Futbol nie jest sprawiedliwy. Gdyby był do finału awansowałaby dziś Portugalia. La Furia Roja - tak nazywają dziennikarze drużynę Hiszpanii. Dziś zespół Del Bosque był jedynie roja, bo furia to portugalskie słowo. Ale mimo to Hiszpanie okazali się lepsi w konkursie rzutów karnych i zachowali szanse na obronę tytułu mistrzowskiego.
Ten tekst będzie w większej części o Portugalii. Przyznaję się, że nie doceniłem drużyny Paolo Bento. Nie doceniałem Portugalii tak, jak osiem lat temu zespołu Otto Rehhagela. Wtedy nie wierzyłem, że da się wygrać mistrzostwa Europy, skupiając się na blokowaniu dostępu do własnej bramki. Przecież nie zawsze udaje się grać na zero tyłu, a żeby wygrać trzeba jeszcze coś strzelić. A w ataku Grecy mieli Angelosa Charisteasa. Wtedy zawodnika Werderu, który w całym sezonie w Bremie zagrał raptem w siedmiu spotkaniach, w których strzelił cztery bramki.
Nie, to się nie mogło udać. A jednak udało się.
Przypadek Grecji powinien dać mi do myślenia, ale jeśli tak się w ogóle stało, to trwało to zaledwie chwilę. Przecież w 2006 roku po mistrzostwo świata sięgnęli Włosi - wielka piłkarska nacja. Potem było euro 2008 i mundial w RPA w 2010 roku. Obydwa turnieje zakończone triumfem Hiszpanii. To wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nic dwa razy się nie zdarza, że wyjątek potwierdza regułę, że malutki z dużym może wygrać jeden raz na dziesięć prób.
Portugalia do wczoraj była malutka. Przy Hiszpanii nie mogło być inaczej. Niby ekipa Bento ma po swojej stronie Cristiano Ronaldo, najdroższego piłkarza świata. Niby jego partnerami są wcale od niego nie gorsi na swoich pozycjach zawodnicy, ale gdzie im tam do graczy, których do dyspozycji ma Vicente Del Bosque? Przewidywałem, że La Furia Roja rozniesie w pył Portugalię. Dziś miała skończyć się wspaniała przygoda Ronaldo z Euro 2012. I skończyła się, ale nie tak, jak sądziłem.
Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Alvaro Negredo w pierwszym składzie?! Pamiętałem jednak słowa Czesława Michniewicza o tym, że "trenera zatrudnia się po to, aby widział więcej niż inni, aby podejmował decyzje, których inni wcale nie muszą rozumieć". Nie próbowałem zatem zrozumieć. Postanowiłem poczekać, aż zobaczę to coś, co sprawiło, że wygrał on walkę o pierwszy skład z Fernando Torresem. Nie zobaczyłem, ponieważ moją uwagę skupiła na sobie Portugalia, która grała prawdziwy koncert.
– Nie ma sensu powstrzymywać Hiszpanii w brzydki sposób, żeby w ogóle nie mogła grać w piłkę. Chcemy jednak uniknąć sytuacji, w której rywale będą mieli zbyt duże posiadanie piłki – powiedział Raul Meireles reporterom The Sun. Pierwsza połowa zdawała się potwierdzać jego słowa. Portugalia wyglądała zdecydowanie lepiej od Hiszpanii. Podopieczni Bento grali z większym zaangażowaniem, walczyli o każdy metr boiska. Mieli też zdecydowanie więcej z gry od Hiszpanów.
W 15. minucie Ronaldo popędził lewą stroną boiska, przebiegł około 40. metrów i dośrodkował na głowę wbiegającego Naniego. Zawodnik Manchesteru United spóźnił się nieznacznie, przez co piłka padła łupem Ikera Casillasa. Kilka minut później po faulu na Coentrao pierwszą szansę z rzutu wolnego miał Ronaldo, ale nie było to najlepsze uderzenie. Hiszpania odpowiedziała dopiero po 30 minutach, gdy po wspaniałej zespołowej akcji strzał na bramkę oddał Andres Iniesta.
Przeczytaj również: Kto wygra półfinał Euro? Hiszpania. Jest większa od Portugalii, nie tylko geograficznie, ale i piłkarsko
W przerwie zadzwonił do mnie kolega. – Dobry mecz, dalej jesteś za Hiszpanią? – zapytał. – Nie, Portugalia zasługuje na wygraną. Trzymam za nich kciuki – odpowiedziałem i rozłączyłem się szybko, z niecierpliwością oczekując drugiej połowy. "Wyjątkowo dłuży mi się dziś czas do meczu. Dawać już tego Krisztianu Runałdu!" – napisał dwie godziny przed meczem na twitterze Przemysław Rudzki, dziennikarz Canal Plus. Dokładnie to samo myślałem w przerwie meczu. "Dawać mi drugą połowę!"
Jeszcze wtedy nie przypuszczałem, że będzie ona tak inna od pierwszej, a jednocześnie jeszcze bardziej od niej emocjonująca. Portugalia oddała inicjatywę Hiszpanii, a mimo to stworzyła sobie dogodniejsze sytuacje do strzelenia gola. Trzykrotnie trybuny zamierały, oczekując, jak piłkę z rzutu wolnego uderzy Ronaldo. Pierwszy raz w życiu, gdy Portugalczyk robił te swoje charakterystyczne kroki, uśmiechnąłem się i życzyłem mu powodzenia. Chciałem, żeby strzelił gola! Niestety, nie udało się.
Hiszpania? Xavi oddał strzał, prawda? Chyba tak. Co tam Hiszpania, Forca Portugal! Pochłonął mnie ten mecz.
Przypomniały mi się słowa redakcyjnego kolegi. Tradycyjnie przed meczem Euro w redakcji bawiliśmy się w typowanie wyniku meczu. – Zero, zero – usłyszałem od kolegi z działu kultura. – Bezbramkowy remis może być bardzo emocjonującym spotkaniem – odpowiedział, gdy zarzuciłem mu, że na złość chce, żebyśmy oglądali nudne spotkanie.
Piotrek, miałeś rację. Chociaż niewiele brakowało, żeby spotkanie rozstrzygnęło się w 90 minucie. Jednak żaden z zespołów nie wykorzystał swoich szans i nie przechylił szali zwycięstwa na swoją stronę. Całe szczęście.
Dogrywka to już kompletne szaleństwo. Najwspanialsze 30 minut na tych mistrzostwach. Współczuję redaktorom piszącym relację na żywo z tego spotkania. – Fantastyczny mecz! Pepe, Coentrao i Moutinho. Świetni – napisał znajomy dziennikarz TVP Sport. Nic dodać, nic ująć, chociaż akurat w dogrywce Portugalia opadła z sił i bliższi strzelenia zwycięskiego gola byli Hiszpanie.
– Rzuty karne to loteria, to zawsze gra nerwów... – zaczął Maciej Iwański. – Cicho. Dawać mi te karne!" – pomyślałem. Sędzia spotkania, Turek Cuneyt Cakir rzucił monetą. Strzelamy na bramkę, za którą siedzą Hiszpanie.
Po pięciu minutach to oni wyskoczyli w górę, ciesząc się z awansu do finału, który zapewnił im celny strzał Fabregasa z jedenastu metrów. Wtedy stało się jasne, że Ronaldo, który miał wykonywać piąty rzut karny dla Portugalii nie podejdzie nawet do piłki. Chciał być bohaterem, ale mu nie wyszło.
Złota Piłka dla Leo Messiego?