
W obronie Jacka Kurskiego niespodziewanie stanęła dziennikarka "Gazety Wyborczej". "Ten, kto tłumaczy kiboli, którzy napadli na Jacka Kurskiego, chyba upadł na głowę. Bandyci to bandyci. Niezależnie od tego kogo atakują" – napisała Dominika Wielowieyska. Tylko że to trochę nie tak.
Stara prawda mówi: "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą". Jeżeli człowiek wchodzi i prowokuje, to musi wiedzieć, iż nie zostanie entuzjastycznie powitany. Czy reakcja kibiców Legii na zachowanie Jacka Kurskiego była adekwatna? Nie tyle adekwatna, co zrozumiała. Zasady panujące na stadionach są proste: wiadomo, które sektory są gości, a które gospodarzy. Wiadomo, że w sektorze VIP też obowiązują pewne zasady. To sektor z założenia neutralny, gdzie nie ma takiego dopingu, jak w sektorach kibiców – nie ma flag, racowisk i tego typu widowiska. Jeśli zatem Jacek Kurski chciał wymachiwać flagą, mógł kibicować w sektorze gości. Po to obowiązują te zasady, żeby nie dochodziło do żadnych niebezpiecznych lub nawet tylko nieprzyjemnych sytuacji.
Jestem człowiekiem kochającym piłkę i lechistą z krwi i kości. Trenowałem w tym klubie jako trampkarz, potem przez wiele lat działałem w organizacjach kibicowskich. Poczułem zew kibica.
