
Kiedy politycy Prawa i Sprawiedliwości jeden po drugim wychodzą pouczać Europę w sprawie tego, jak walczyć z terroryzmem, wielu wyborcom ręce same składają się do oklasków. Problem w tym, że na terrorystach te buńczuczne słowa o wypowiadaniu im wojny nie robią żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, brzmią jak oficjalne zaproszenie do kraju, który bardzo chce stać się wreszcie atrakcyjnym miejscem na mapie światowego terroru.
REKLAMA
– Dokąd zmierzasz, Europo? Powstań z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci – grzmiała premier Beata Szydło. – Zagrożenie tkwi wewnątrz Europy, ale są też zagrożenia zewnętrzne. Trzeba rozpocząć z nimi walkę i to twardą walkę. Jest prowadzona przeciwko Europie wojna – dodawał prezes PiS Jarosław Kaczyński. – Masowe deportacje muzułmanów do Afryki, wyburzenie meczetów i wzmocnienie służb specjalnych – proponował poseł Stanisław Pięta.
Dla Prawa i Sprawiedliwości takie pouczanie Europy w sprawie tego, jak walczyć z terroryzmem to dziś ulubiony temat. Partia rządząca odkryła, iż w ten sposób może budować wizerunek ważnego gracza na arenie międzynarodowej. Na Twitterze to, co mówił prezes Kaczyński zaczęto nawet tłumaczyć na angielski. Jak zawsze, wszystko to jest oczywiście skrojone wyłącznie z myślą o zadowoleniu własnego elektoratu. Jest to zauważalne także na świecie. Tyle, że tym razem skutkiem ubocznym może nie być tylko ośmieszenie Polski...
Grubo myli się ten, kto sądzi, że tylko Beata Szydło i Jarosław Kaczyński mają ochotę wykrzyczeć, co myślą o terroryzmie w Europie. Czy inni milczą ze strachu, wstydu lub spętani polityczną poprawnością? Nie. Emocjonalne wystąpienia większość przywódców zostawia co najwyżej na zamknięte dyskusje na europejskich szczytach, bo biorą oni pod uwagę konsekwencje tego, co mówią. I wiedzą, że wszelkiej maści terroryści to ludzie, którzy ciągną szczególnie tam, gdzie jest medialny szum.
Z tej zasady wynikał też dotychczasowy immunitet od terroryzmu, który miała Polska. Oczywiście, że nad Wisłą nie doszło dotąd do żadnego zamachu także dzięki czujności służb specjalnych, którym łatwiej jest operować w homogenicznym społeczeństwie. Od zawsze najważniejsze dla położenia Polski na mapie światowego terroryzmu było jednak to, iż ten kraj po prostu był... nieatrakcyjny. Żadne z Polski mocarstwo, czy raj turystyczny. Terroryści wiedzieli, że o zamachu w Warszawie nie będzie mówiło się tyle, co o ataku na Paryż, Londyn, czy Berlin. Mielno nie interesowało ich tak, jak Nicea.
Z każdym kolejnym słowem o tym, jak to Europa została rzucona na kolana, a Polska z góry na ten rzekomy upadek patrzy, politycy PiS generują jednak coraz większe zainteresowanie terrorystów. Bo szczytem naiwności byłaby wiara, że te buńczuczne słowa Kaczyńskiego, Szydło, czy Pięty odstraszają terrorystów. Jest raczej wręcz przeciwnie. To głośno składane zaproszenia do udowodnienia, iż od terroru nikt nie jest wolny. W ten sposób Polska "wreszcie" staje się atrakcyjnym miejscem, by spróbować tu dokonać zamachu z prawdziwego zdarzenia.
Im bardziej politycy PiS przechwalają się, że wiedzą jak wygrać z terrorystami, tym mocniej Polacy powinni więc trzymać kciuki za wysiłki służb. Doświadczenia państw od Polski znacznie potężniejszych pokazują jednak, że kiedy terroryści gdzieś uderzyć zechcą, to nie powstrzymają ich ani pilnie strzeżone granice, ani najsprawniejsi agenci i komandosi.
