
Teatr Powszechny, spektakl "Romeo i Julia". Kulminacyjny moment, publiczność w całkowitym napięciu. No, prawie cała, bo jeden z gości ewidentnie musiał odreagować emocje. – Julia wbija sobie sztylet, a pan radośnie chrupie popcorn – opowiada w rozmowie z naTemat Dagmara. Takie obrazki w polskich teatrach są coraz powszechniejsze.
Stąd może podstawowy problem polskiej widowni Anno Domini 2017 – jedzenie. Niektórym Polakom wydaje się, że teatr niewiele różni się od kina. Że można sobie w nim rozkosznie podgryzać wafelka albo sączyć coca-colę z puszki.
– Wiadomo, teatr kojarzy się z elegancją, dlatego staram się też tak ubierać. Oczywiście nie zawsze chodzi o założenie pełnego garnituru czy garsonki, ale krótkie spodenki i trampki jednak trochę rażą – kontynuuje Dagmara.
Jedzenie, ubranie, nasze najczęstsze grzechy. Ale równie często w teatrach po prostu nie potrafimy się zachować. – Korzystanie z komórek i robienie zdjęć to widok dość naturalny – twierdzi Dagmara. – Widziałam raz małżeństwo, ona była żywo zainteresowana spektaklem, a on… no gapił się w telefon całe przedstawienie, bez żadnego zażenowania. Innym razem dziewczyna zasłaniała ekran drugą dłonią. Wydawało się jej, że wszystko jest okej, chociaż w praktyce w ciemności rozświetlała połowę widowni. Jakby nie mogła po prostu wyjść, skoro nie była zainteresowana – dodaje Dagmara.
Takie rzeczy (dzwonki telefonów – red.) zdarzają się dość często w takich ekstremalnych sytuacjach. Jeżeli napięcie na scenie rośnie i nagle odzywa się dzwonek, a jeszcze jak jest śmieszny, to... jest podwójnie śmiesznie.
Podobne doświadczenia ma Zbigniew Zamachowski. – Zawsze mnie deprymuje, kiedy w jednej ze sztuk wychodzimy do drugiego aktu w ciemnościach. Zapada blackout zarówno na scenie, jak i na widowni. Sadowimy się na swoich miejscach i czekamy na drugi akt. Oczywiście przed spektaklem pada komunikat o wyłączenie komórek, ale jeśli jest przerwa, to jak się nietrudno domyślić, wszyscy je włączają. I właściwie to jest zabawne, a nie deprymujące, ale jak wchodzę w ciemności, widzę na widowni dosłownie nieboskłon. Przynajmniej kilkanaście osób ma włączone ekrany i kiedy zapada ciemność, widzimy doskonale i telefony, i podświetlone twarze tych ludzi. Niektórzy te telefony wyłączają, ale inni nie. Znak czasów. Prawdopodobnie trzeba się z tym pogodzić. – opowiada.
Kiedyś w Teatrze Narodowym przeszli siebie dwaj młodzieńcy, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie. Oni nawet nie siedzieli, tylko leżeli. Dla wygody nogi położyli na scenie. Jako główny bohater postanowiłem w dość obcesowy sposób, tak jak oni się zresztą zachowywali, zrzucić im te nogi swoimi nogami. Byli straszliwie zdziwieni. Na szczęście nie było komentarzy, żadnego ciągu dalszego tej interakcji, ale było to dla mnie dojmujące przeżycie.
Czasami aktorzy nie pozostają też dłużni swoim "oprawcom". Znajomy dziennikarz wspomina historię chłopaka, który skończył szkołę aktorską we Wrocławiu.
