Zachowanie w teatrze to dla wielu Polaków wiedza tajemna.
Zachowanie w teatrze to dla wielu Polaków wiedza tajemna. Fot. Jan Zamoyski / AG

Teatr Powszechny, spektakl "Romeo i Julia". Kulminacyjny moment, publiczność w całkowitym napięciu. No, prawie cała, bo jeden z gości ewidentnie musiał odreagować emocje. – Julia wbija sobie sztylet, a pan radośnie chrupie popcorn – opowiada w rozmowie z naTemat Dagmara. Takie obrazki w polskich teatrach są coraz powszechniejsze.

REKLAMA
To w zasadzie musiało się wydarzyć. Im teatr powszechniejszy, im więcej osób ma do niego dostęp, a raczej chce do niego chodzić, tym więcej przykrych obrazków na widowni. Bo wspomniany powyżej przykład to tylko czubek góry lodowej.
Teatr być może niektórym kojarzy się jeszcze z jakimś szczególnym prestiżem, ale taka postawa nie ma już nic wspólnego z rzeczywistością. W samej stolicy jest kilkadziesiąt scen – mniejszych, większych, ale jednak. Nie ma większego problemu w tym, aby raz, dwa razy w miesiącu (a nawet częściej) być na nowej sztuce. Co miesiąc.
Teatr nie jest też przesadnie drogi. Owszem, ciągle jest droższy od kina, ale jeśli spojrzymy na ceny weekendowych biletów w multipleksach, szybko okaże się, że teatr wcale nie jest jakąś nieprawdopodobną inwestycją.
Głodny nie jesteś sobą
Stąd może podstawowy problem polskiej widowni Anno Domini 2017 – jedzenie. Niektórym Polakom wydaje się, że teatr niewiele różni się od kina. Że można sobie w nim rozkosznie podgryzać wafelka albo sączyć coca-colę z puszki.
– Wiadomo, są teatry komediowe, gdzie niektórym być może wydaje się, że można więcej, ale Teatr Wielki? Opera? Rozpakowywanie kanapek to chyba delikatna przesada. Jednemu z panów obecnych na widowni nawet dość głośno się odbiło po posiłku – wspomina swoją wizytę przy placu Teatralnym w Warszawie Ewa.
Takich historii jest więcej. – Sama widziałam, jak w Romie w połowie spektaklu laska zaczęła jeść kanapkę. Chyba zgłodniała – wspomina Daria. – Popcorn w Powszechnym w czasie spektaklu Romeo i Julia był dosyć szokujący. Podczas, gdy Julia wbijała sobie sztylet, pan radośnie chrupał. Może myślał, że jest w kinie? Nie wiem, nie znajduję dla takiego zachowania wytłumaczenia – mówi z kolei Dagmara.
Ubiór to podstawa
– Wiadomo, teatr kojarzy się z elegancją, dlatego staram się też tak ubierać. Oczywiście nie zawsze chodzi o założenie pełnego garnituru czy garsonki, ale krótkie spodenki i trampki jednak trochę rażą – kontynuuje Dagmara.
Ubiór do teatru to kolejna skomplikowana kwestia. Sam byłem świadkiem, jak w warszawskim Kwadracie na widowni pojawił się ogolony na łyso (naprawdę nie chcę tutaj utrwalać stereotypów, ale tak się złożyło) pan, który siedział po prostu w szarej bluzie dresowej. Z wielkim logiem znanej amerykańskiej firmy sportowej. Do tego dżinsy (chociaż tyle…) i sportowe (białe) buty.
Oddajmy sprawiedliwość – niektórzy o odpowiednim ubiorze pamiętają. Chociaż wychodzi w praktyce… także co najmniej średnio. – Rzeczywiście, niektórzy się "starają" – mówi mi Daria. – Pamiętam jedną moją wizytę w Teatrze Polskim. Było lato, ciepło, spektakl w środku tygodnia. I było wiele młodych osób, to było budujące. Rzecz w tym, że niektóre laski przebierały się do wejścia… na środku chodnika. Tuż przed teatrem. Zmieniały trampki na szpilki, wyglądało to groteskowo – kontynuuje.
– Z drugiej strony w Polonii widziałam, jak dziewczyna w przerwie między aktami zmieniła buty na widowni. Ze szpilek… na trampki. Pewnie już szykowała się do wyjścia – dodaje.
logo
Fot. Anna Krasko/Agencja Gazeta
Maniery – albo ich brak
Jedzenie, ubranie, nasze najczęstsze grzechy. Ale równie często w teatrach po prostu nie potrafimy się zachować. – Korzystanie z komórek i robienie zdjęć to widok dość naturalny – twierdzi Dagmara. – Widziałam raz małżeństwo, ona była żywo zainteresowana spektaklem, a on… no gapił się w telefon całe przedstawienie, bez żadnego zażenowania. Innym razem dziewczyna zasłaniała ekran drugą dłonią. Wydawało się jej, że wszystko jest okej, chociaż w praktyce w ciemności rozświetlała połowę widowni. Jakby nie mogła po prostu wyjść, skoro nie była zainteresowana – dodaje Dagmara.
– Kiedyś babka sobie na widowni odebrała telefon. Tak po prostu. Kiedy się jej zwróciło uwagę, że tak się nie robi, to stwierdziła, że skoro ktoś dzwoni pięć razy to pewnie coś ważnego. Ale zamiast wyjść i oddzwonić to odebrała na widowni – opowiada z kolei Katarzyna. – Widziałam też, jak jak dziecko cały spektakl grało na komórce. Nie wiem po co brać dzieci do teatru, jak nie są zainteresowane – podkreśla.
Katarzyna nie zapomni też swojej wizyty w Teatrze Kwadrat. – Gość, duży, gruby chłop, ale elegancko ubrany, się strasznie wkurzył, chyba na tematykę przedstawienia, ewidentnie nie przeczytał, że to sztuka m.in. o geju. No i zachowywał się jak wariat. Sapał, gadał sam do siebie przez zaciśnięte zęby. „Co to k***a jest, co to k***a jest” – dosłownie tak. Nawet chciałam mu zwrócić uwagę, ale bałam się, że mi przyłoży – wspomina.
– Miał taki półgodzinny atak, jak się zorientował, o co chodzi. Dosłownie siedział i mruczał do siebie. W końcu jednak nawet rozbawił mnie, kiedy zaczął z nienawiścią drzeć bilet. Zachowywał się mimo wszystko jak typowy prostak. Szkoda było mi tylko jego żony, której ewidentnie było za niego wstyd – dodaje.
To wszystko? A gdzie tam – absurdów jest więcej. Sam pamiętam, jak po jednym ze spektakli połowa widzów klaskała, a połowa... wychodziła. Część wyskoczyła równo z kurtyną, niektórzy pewnie ruszyli za nimi. W efekcie aktorzy kłaniali się ludziom przeciskającym się do wyjścia wzdłuż pierwszego szeregu.
logo
Fot. Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0/Wikimedia Commons
Z innej perspektywy
Na szczęście większość z tych historii nie dociera do aktorów na deskach. Ich nie dość, że oddziela "czwarta ściana", to jeszcze widownia pogrążona jest w mroku. Co oczywiście na niektóre bolączki jednak nie pomaga.
– Najbardziej drażniące są włączone telefony komórkowe. Mimo że w każdym teatrze w Polsce nadawany jest komunikat, to kiedyś ktoś napisał, że publiczność nie słucha, co się mówi do niej. Po prostu. A tam wyraźnie jest powiedziane, żeby wyłączyć telefony lub je ściszyć. Kiedyś zapytałem o to pewną panią, to ona mi powiedziała "bardzo przepraszam, ale ja nie umiem wyłączyć". Nie wiedziałem jak zareagować – mówi w rozmowie z naTemat Cezary Żak.
Cezary Żak

Takie rzeczy (dzwonki telefonów – red.) zdarzają się dość często w takich ekstremalnych sytuacjach. Jeżeli napięcie na scenie rośnie i nagle odzywa się dzwonek, a jeszcze jak jest śmieszny, to... jest podwójnie śmiesznie.

– Raz mi się zdarzyło przerwać przedstawienie, jak telefon zadzwonił po raz kolejny. Zamilkłem na chwilę. Co jakby spowodowało, ze część widowni mało nie zlinczowała tego człowieka, któremu telefon dzwonił co chwilę. Aktorzy teoretycznie nie powinni na takie rzeczy zwracać uwagi, jest ta słynna czwarta ściana, która nas oddziela od widowni. Telefony są na tyle głośne, że nie da się tego uniknąć, przeszkadzają. Zdarza się również, że widzowie rozmawiają, ale to incydentalne kwestie. Ja nie pamiętam przypadku, który by mnie szczególnie poruszył – dodaje.
Niebo pod dachem
Podobne doświadczenia ma Zbigniew Zamachowski. – Zawsze mnie deprymuje, kiedy w jednej ze sztuk wychodzimy do drugiego aktu w ciemnościach. Zapada blackout zarówno na scenie, jak i na widowni. Sadowimy się na swoich miejscach i czekamy na drugi akt. Oczywiście przed spektaklem pada komunikat o wyłączenie komórek, ale jeśli jest przerwa, to jak się nietrudno domyślić, wszyscy je włączają. I właściwie to jest zabawne, a nie deprymujące, ale jak wchodzę w ciemności, widzę na widowni dosłownie nieboskłon. Przynajmniej kilkanaście osób ma włączone ekrany i kiedy zapada ciemność, widzimy doskonale i telefony, i podświetlone twarze tych ludzi. Niektórzy te telefony wyłączają, ale inni nie. Znak czasów. Prawdopodobnie trzeba się z tym pogodzić. – opowiada.
– Pamiętam, jak kiedyś graliśmy "Kartotekę", a to lektura szkolna. Graliśmy o dwunastej, na widowni obecna była młodzież gimnazjalna i licealna. Dała się uspokoić dopiero 10 minutach, wcześniej jazgot był potworny – dodaje.
Zbigniew Zamachowski

Kiedyś w Teatrze Narodowym przeszli siebie dwaj młodzieńcy, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie. Oni nawet nie siedzieli, tylko leżeli. Dla wygody nogi położyli na scenie. Jako główny bohater postanowiłem w dość obcesowy sposób, tak jak oni się zresztą zachowywali, zrzucić im te nogi swoimi nogami. Byli straszliwie zdziwieni. Na szczęście nie było komentarzy, żadnego ciągu dalszego tej interakcji, ale było to dla mnie dojmujące przeżycie.

– Różnie bywa. Ludzie czasami komentują na widowni i rozmawiają, ale nigdy nie zdarzyło się nic, co by mi rozbiło przedstawienie. Aż tak źle nie było, to nie jest teatr szekspirowski. Ludzie jako tako potrafią się zachować… Raczej – podsumowuje.
Aktor też człowiek
Czasami aktorzy nie pozostają też dłużni swoim "oprawcom". Znajomy dziennikarz wspomina historię chłopaka, który skończył szkołę aktorską we Wrocławiu.
Kilka lat później przyszło mu grać gdzieś na Śląsku przed młodzieżą szkolną. Aktorzy nie znoszą takich występów, bowiem doskonale wiedzą, że młodzież najczęściej spektaklem zainteresowana nie jest. Jest po prostu spędzana na widownie, a za wszystko płaci samorząd zadowolony, że krzewi kulturę wśród młodego pokolenia.
– No i ta młodzież siedzi na tej widowni i docina aktorom, niespecjalnie przejmuje się tym, że trwa spektakl. W końcu – w trakcie gry – ten aktor podszedł do pierwszego rzędu i mówi po cichu do jednego z tych uczniaków: "przyp******ć ci teraz czy po spektaklu?".
Do końca był już spokój.