
Aż 30 lat zajęło unijnym politykom uzgodnienie, gdzie ma się mieścić Europejski Trybunał Patentowy. To kolejny przypadek unijnych absurdów.
REKLAMA
Główna siedziba sądu ma się znajdować w Paryżu, a filie w Londynie i Monachium. To wynik kompromisu, który zawarto w Luksemburgu. Jednak droga do niego była wyboista i bardzo długa. Bo starania o wprowadzenie jednolitego patentu dla całej Wspólnoty rozpoczęto już 30 lat temu. Udało się osiągnąć polityczne porozumienie co do zasady samego patentu, jednak ostatnią przeszkodą był wybór siedziby, czyli walka o pieniądze z unijnego budżetu. Polska prezydencja za jeden ze swoich głównych celów uznała zakończenie sporu i doprowadzenie do kompromisu.
To, co nie udało się nam, udało się Duńczykom. Herman van Rompuy, przewodniczący Rady Europejskie mógł więc dzisiaj obwieścić sukces. "Osiągnęliśmy dzisiaj końcowe porozumienie w sprawie patentu Unii Europejskiej" - napisał na Twitterze. Chociaż będzie to sukces bardzo kosztowny, bo poza główną siedzibą w Paryżu, sąd będzie miał filie w Londynie i Monachium.
– To chyba rekord, nawet jak na unijne standardy – przyznaje dr Paweł Świeboda, prezes demosEuropa. – To specyfika Unii, że różne rzeczy są ustalane i później trudno je zmienić – dodaje.
Choć przypadek wspólnego patentu to ekstremum, dobrze oddaje sposób funkcjonowania unijnej biurokracji. – Mówi się, że unijne młyny mielą wolno – mówi naTemat dr Małgorzata Bonikowska z Centrum Stosunków Międzynarodowych. – Może nie tak, jak w przypadku tej decyzji, ale jeśli dyrektywa zostanie przyjęta w trzy lata, to ocenia się, że to krótko. Normalnie może to zająć nawet siedem lat - dodaje.
Jednak gdy politycy nie mają jasnego planu, albo ścierają się skrajnie przeciwne stanowiska, sprawa może się ciągnąć dekadami. – Najbardziej skrajnym przykładem jest proces wchodzenia do Unii Turcji, który zaczął się w 1969 roku i nadal nie widać jego końca. Podobnie jest z umową o wolnym handlu z Indiami, nad którą pracują już od 7 lat. Nieukończonym jeszcze procesem jest dochodzenie do jednolitego rynku – przypomina dr Bonikowska.
Jednak decyzje nie zapadają tyko na szczytach premierów i prezydentów, które obserwujemy w telewizji, ale na setkach spotkań urzędników niższego szczebla. – Podejmowanie decyzji w Unii ma swoją całą procedurę. Najpierw pracami zajmują się COREPER I i II, gdzie reprezentują nas ambasadorowie i ich zastępcy. To tam zapadają decyzje od połowu szprotek na Bałtyku do przyjmowania nowych krajów – relacjonuje dr Bonikowska.
– Podejmowanie decyzji to po prostu wzajemny handel. Na wstępie każdy przedstawia swoje stanowisko i później się je uciera. Rezygnuje się z jakichś warunków, które postawiło się na początku, inni robią to samo i w końcu uzgadnia się kompromis. To jednak może trwać lata. Nawet w trybie przyspieszonym trwa to miesiące – mówi.
Jednak często dyskusja osiada na mieliźnie i latami może trwać, zanim znowu ruszy. – Czasami jednak nie ma sprzyjającego układu politycznego i wtedy jest pat. W takim wypadku czeka się na wybory i zmianę władzy w jakimś kraju. Czasami udaje się wstrzelić w odpowiedni moment i po kilku latach przestoju podjąć oczekiwaną decyzję – opisuje dr Małgorzata Bonikowska z Centrum Stosunków Międzynarodowych.
Podobne zdanie ma redaktor naczelny tygodnika "Najwyższy Czas!". – To naturalne, że to trwa tak długo, bo wynika ze struktury Unii Europejskiej – ocenia Tomasz Sommer, autor książki "Absurdy Unii Europejskiej". – W tej grze jest wielu aktorów i każdy chce odgrywać jakąś rolę. W dodatku nie wiadomo kto inicjuje podejmowanie decyzji - i to jest największy problem. Co więcej po latach ustaleń z tego początkowego założenia nie zostaje nic, a pod głosowanie trafia zupełnie inny dokument – dodaje.
