José Manuel Barroso i Herman van Rompuy
José Manuel Barroso i Herman van Rompuy Fot. Komisja Europejska

Aż 30 lat zajęło unijnym politykom uzgodnienie, gdzie ma się mieścić Europejski Trybunał Patentowy. To kolejny przypadek unijnych absurdów.

REKLAMA
Główna siedziba sądu ma się znajdować w Paryżu, a filie w Londynie i Monachium. To wynik kompromisu, który zawarto w Luksemburgu. Jednak droga do niego była wyboista i bardzo długa. Bo starania o wprowadzenie jednolitego patentu dla całej Wspólnoty rozpoczęto już 30 lat temu. Udało się osiągnąć polityczne porozumienie co do zasady samego patentu, jednak ostatnią przeszkodą był wybór siedziby, czyli walka o pieniądze z unijnego budżetu. Polska prezydencja za jeden ze swoich głównych celów uznała zakończenie sporu i doprowadzenie do kompromisu.
To, co nie udało się nam, udało się Duńczykom. Herman van Rompuy, przewodniczący Rady Europejskie mógł więc dzisiaj obwieścić sukces. "Osiągnęliśmy dzisiaj końcowe porozumienie w sprawie patentu Unii Europejskiej" - napisał na Twitterze. Chociaż będzie to sukces bardzo kosztowny, bo poza główną siedzibą w Paryżu, sąd będzie miał filie w Londynie i Monachium.
– To chyba rekord, nawet jak na unijne standardy – przyznaje dr Paweł Świeboda, prezes demosEuropa. – To specyfika Unii, że różne rzeczy są ustalane i później trudno je zmienić – dodaje.
Choć przypadek wspólnego patentu to ekstremum, dobrze oddaje sposób funkcjonowania unijnej biurokracji. – Mówi się, że unijne młyny mielą wolno – mówi naTemat dr Małgorzata Bonikowska z Centrum Stosunków Międzynarodowych. – Może nie tak, jak w przypadku tej decyzji, ale jeśli dyrektywa zostanie przyjęta w trzy lata, to ocenia się, że to krótko. Normalnie może to zająć nawet siedem lat - dodaje.
Jednak gdy politycy nie mają jasnego planu, albo ścierają się skrajnie przeciwne stanowiska, sprawa może się ciągnąć dekadami. – Najbardziej skrajnym przykładem jest proces wchodzenia do Unii Turcji, który zaczął się w 1969 roku i nadal nie widać jego końca. Podobnie jest z umową o wolnym handlu z Indiami, nad którą pracują już od 7 lat. Nieukończonym jeszcze procesem jest dochodzenie do jednolitego rynku – przypomina dr Bonikowska.
Jednak decyzje nie zapadają tyko na szczytach premierów i prezydentów, które obserwujemy w telewizji, ale na setkach spotkań urzędników niższego szczebla. – Podejmowanie decyzji w Unii ma swoją całą procedurę. Najpierw pracami zajmują się COREPER I i II, gdzie reprezentują nas ambasadorowie i ich zastępcy. To tam zapadają decyzje od połowu szprotek na Bałtyku do przyjmowania nowych krajów – relacjonuje dr Bonikowska.
– Podejmowanie decyzji to po prostu wzajemny handel. Na wstępie każdy przedstawia swoje stanowisko i później się je uciera. Rezygnuje się z jakichś warunków, które postawiło się na początku, inni robią to samo i w końcu uzgadnia się kompromis. To jednak może trwać lata. Nawet w trybie przyspieszonym trwa to miesiące – mówi.
Jednak często dyskusja osiada na mieliźnie i latami może trwać, zanim znowu ruszy. – Czasami jednak nie ma sprzyjającego układu politycznego i wtedy jest pat. W takim wypadku czeka się na wybory i zmianę władzy w jakimś kraju. Czasami udaje się wstrzelić w odpowiedni moment i po kilku latach przestoju podjąć oczekiwaną decyzję – opisuje dr Małgorzata Bonikowska z Centrum Stosunków Międzynarodowych.
Podobne zdanie ma redaktor naczelny tygodnika "Najwyższy Czas!". – To naturalne, że to trwa tak długo, bo wynika ze struktury Unii Europejskiej – ocenia Tomasz Sommer, autor książki "Absurdy Unii Europejskiej". – W tej grze jest wielu aktorów i każdy chce odgrywać jakąś rolę. W dodatku nie wiadomo kto inicjuje podejmowanie decyzji - i to jest największy problem. Co więcej po latach ustaleń z tego początkowego założenia nie zostaje nic, a pod głosowanie trafia zupełnie inny dokument – dodaje.