
Odpalasz grę. Kończysz pierwszy poziom, potem błyskawicznie przechodzisz przez kolejne. Pracujesz jako tester gier komputerowych. Dobrze się bawisz, a przy okazji dobrze zarabiasz. Ale to tylko wyobrażenie. W rzeczywistości jest raczej tak: włączasz grę, kończysz pierwszy poziom, cofasz się i 58 razy wymachujesz mieczem, by sprawdzić, czy aby na pewno wszystko dobrze działa. Jedno się zgadza: nieźle zarabiasz. – Testerzy oprogramowania poszukują defektów – tłumaczy nam Radosław Smilgin, autor książki "Zawód tester".
Poszukują cudzych błędów
– Testerzy są jak defensywni pomocnicy na boisku – takiego porównania używa Bartosz, kiedy proszę, by wyjaśnił na czym polega jego praca. – Ich nie widać, ale ich rola jest kluczowa – zaznacza Bartosz, który ma kilkuletni staż pracy jako tester. I dodaje, że odpowiada za jakość wyprodukowanego oprogramowania: musi znaleźć jak najwięcej błędów, w jak najkrótszym czasie.
Klient zgłasza się do firmy i chce kupić oprogramowanie, płaci i chce mieć dobry produkt. Analitycy, programiści i my - testerzy jesteśmy jednym teamem, jak na boisku. Musimy współpracować, rozmawiać. Biznes rozmawia z klientem, potem przekazuje analitykom wiadomość, co chcą mieć. Analitycy przygotowują całą dokumentację i przekazują ją biznesowi. Potem programiści wytwarzają kod, a my w tym czasie na podstawie dokumentu tworzymy pierwsze przypadki testowe.
Prawdziwy boom
Jeszcze parę lat temu testerzy byli traktowani po macoszemu. – Było takie przekonanie, że programista jest najlepszy, a testerzy są na doczepkę. W Polsce programiści sami sobie testowali aplikacje, które pisali. I to było dość błędne. Ale to się zmieniło. Boom na testerów trwa od dwóch-trzech lat, a w ostatnim roku zapotrzebowanie jest jeszcze większe – zaznacza Bartosz. Być może niektórych kusi złudne wyobrażenie o tym, że to wyłącznie przyjemna praca. – Ludziom się wydaje, że testowanie gier jest przyjemne, że tylko się gra i później dostaje się za to pieniądze. To absolutnie nie jest prawdą. To praca bardzo nużąca, bardzo trudna i niewiele ma wspólnego z wyobrażeniem ludzi młodych – mówi nam Radosław Smilgin, Testerzy.pl, autor książki "Zawód tester".
Testowanie gier jest jedną z najbardziej męczących czynności w ramach testowania. To nie jest przyjemne. Proszę sobie wyobrazić, że daną postacią trzeba przejść całą planszę po krawędziach. Albo przez 8 godzin macha się mieczem w różnych miejscach, żeby zobaczyć, czy on będzie się dobrze zachowywał. To praca bardzo nużąca, bardzo trudna i niewiele ma wspólnego z wyobrażeniem ludzi młodych.
W zawodzie testerów oprogramowania odnajdują się nie tylko osoby, które mają wykształcenie techniczne, ale i takie, które ukończyły polonistykę, inne językowe kierunki, a także te, które skończyły ekonomię, byłe księgowe, bo takiego typu oprogramowanie też testujemy. Jeżeli mamy oprogramowanie, które służy wsparciu produkcji, to fajnie gdyby ten nasz tester miał doświadczenie czy wiedzę na temat tego, jak produkuje się części samochodu, jak to wygląda w procesie produkcji. Powstały studia do kształcenia testerów oprogramowania: na warszawskiej Vistuli i krakowskim UJ. Są też zawodowe kursy.
"Gracz, projektant"
Marcin żartuje, że od dziecka miał w sobie pierwiastek "gracza-projektanta". Po cichu marzył o tym, by nie tylko grać, ale i projektować. Kiedy przestał pracować jako handlowiec w agencji wizualnej, natknął się na ogłoszenie "zostań testerem gier". – Chciałem się wkręcić w tę branżę. A tak się składa, że rozpoczęcie pracy jako tester, nie jest złym pomysłem. Można powiedzieć, że człowiek uczy się o produkcji gier na błędach innych osób. Stwierdziłem, że to może być ta szansa dla mnie. Spróbowałem i teraz jestem tu gdzie jestem – mówi Marcin, który przez ponad trzy lata był testerem gier komputerowych.
Przedział ilości i rodzaju błędów, jakie występują w grach jest duży. Wszystko zależy od tego, jakiego gatunku jest to gra, jak bardzo rozbudowana, itd. Pod to jeszcze trzeba podpiąć, na jakiej platformie wykonywane są to testy (PC, konsole, mobilki) i mamy naprawdę kawał pracy.
Kreatywna, a nie monotonna praca
Zanim Marcin Biedroń został testerem oprogramowania w Testerzy.pl, pracował w IT (pracownik helpdesku). – Czyli pomagałem innym ludziom w problemach komputerowych. Przez pewien okres pracowałem w banku, również przy komputerach, ale były to raczej prace informatyczne – opowiada. Zdecydował się na zmianę, bo prace, które do tej pory wykonywał były bardzo monotonne.
A praca jako tester wymaga dużej kreatywności. Trzeba wykazać się kreatywnością, żeby zrozumieć zamysł twórcy oprogramowania oraz wczuć się w rolę takiego użytkownika, któremu przyszłyby do głowy przewidywalne pomysły. Takiego, który myśli poza schematem. Ten użytkownik czasem zrobi coś przez nieuwagę, przez przypadek i my symulujemy takie rożne przypadki. Muszę się wcielić w rolę takiego trochę szaleńca.
Testuje z pasji
Bartosz od liceum związany był z komputerami: serwisy, helpdeski, doradztwo. Wiedział, że w tym najlepiej się odnajduje. Wybrał liceum o profilu informatycznym, potem studia – też informatyka. – Jedna z firm na staż potrzebowała testerów. Pomyślałem, że pójdę, zgłębię wiedzę. I tak zostałem. Już w trakcie studiów inżynierskich zaproponowali mi stanowisko młodszego testera – mówi Bartosz.
Kiedy zaczynałem cztery lata temu, byłem na drugim roku studiów. Oprogramowaniem interesuję się tak naprawdę od liceum. Wiedziałem, że testerzy w Stanach Zjednoczonych zarabiają więcej, niż programiści. Testerzy automatyczni oprócz wiedzy programistycznej, mają też wiedzę biznesową i są pomostem między programistami a biznesem.
