
Jarosław Kaczyński próbował z całych sił, ale z trudem ukrył na Krakowskim Przedmieściu poirytowanie protestami. Prezes Prawa i Sprawiedliwości usiłował atakować Lecha Wałęsę, kpić z kontrmanifestantów, ale wszystko to wypadło blado.
Jarosław Kaczyński
prezes PiS podczas wiecu na Krakowskim Przedmieściu
Wyszło to jednak Prezesowi niemrawo. Potem oczywiście zapewniał, że polityka prowadzona przez PiS przynosi rezultaty i "prawda" o katastrofie smoleńskiej wkrótce wyjdzie na jaw. Znowu brzmiał tak, jakby zapomniał nawet, że jest liderem partii rządzącej, a nie opozycji. Twierdził, że chce kontynuować swój marsz aż do czasu, gdy na Krakowskim Przedmieściu staną pomniki ofiar. – Państwo polskie jest demokratyczne, nie teoretyczne – zapewniał. – Zwyciężymy! – odpowiedział tłum najwierniejszych sympatyków.
Jednak dziś to nie prezes Prawa i Sprawiedliwości był zwycięzcą. Kontrmanifestanci sprawili Jarosławowi Kaczyńskiemu niespodziankę. Nie doszło do konfrontacji, którą – z nadzieją w głosie – straszyli politycy partii rządzącej od wielu dni. Władysław Frasyniuk wyrósł na nowego lidera i kolejny raz porwał tysiące Polaków. Tym razem hasłem "zostawmy ich z policją", po którym tłumy w kilka chwil rozeszły się nim PiS-owcy rozpoczęli swój marsz.
