Kwitu Rulleti to pierwszy w Polsce dresoseksualny model
Kwitu Rulleti to pierwszy w Polsce dresoseksualny model Fot. kwituruletti.tumblr.com

"Co ty robisz?" – karciłem się w myślach idąc w głąb Nowego Bemowa w Warszawie. Czułem się jakbym szedł na randkę w ciemno, a przecież miałem tylko pogadać z pierwszym w Polsce "dresoseksualnym modelem". Wszystko przez te stereotypy. Z jednej strony miało to być spotkanie z modelem, ale z drugiej strony mogłem nie wiedzieć, co panuje w trendach na sezon jesień/zima i dostać za to w zęby. Zwłaszcza, że mój pośrednik zapewnił mnie, że idę na spotkanie z "prawdziwkiem", a nie żadnym przebierańcem, który nosi modne ostatnio dresy.

REKLAMA
"Tu impresariat Kwita Rulettiego, jaka forma wywiadu pana interesuje?" – tak mniej więcej zaczęła się moja przygoda. Początkowo uznałem, że rozmowa przez telefon lub przesłanie pytań w zupełności mi wystarczą. Nie miałem też pewności czy to wszystko nie jest formą jakiegoś internetowego happeningu. Zwyciężyła ciekawość, gdy zaproponowano mi osobiste spotkanie w naturalnym środowisku bohatera artykułu. "Kwitu otacza się niezwykłym folklorem" - takie dostałem zapewnienie w wiadomości. Nie mogłem się powstrzymać i mój sceptycyzm zszedł na drugi plan. Na pierwszy wysunął się bohater tego artykułu, który pokazał mi swoje królestwo w Warszawie.
logo
Kwitu wśród ukochanych butów. Fot. naTemat
Narodziny legendy
Zdjęcia dresoseksualnego modela (nie ja wymyśliłem tę nazwę) znalazłem na facebookowej stronie "Bezpiecznej zabawy", która słynie z absurdalnego poczucia humoru. Np. wzorując się na słynnym kąciku "Bravo" publikuje pytania amatorów narkotyków wraz z odpowiedziami wymyślonych ekspertów. Autor sprzedaje też prześmiewcze koszulki składające się z popularnych memów, polityków i celebrytów. Przygotowali również reklamę parodiującą aplikację Tinder o nazwie... Diler. Domyślacie się, że nie chodzi tam o randkowanie.
Dowiaduje się więc u źródła, jak to wszystko się zaczęło. – Gdy zaczęliśmy robić czapki, to szukaliśmy kogoś, na kim dobrze wyglądają klasyczne 6 panelowe, tak zwane "wpier***lki". Nasz znajomy przyprowadził Kwita na melanż i zrobił wielkie wrażenie. Cały na biało, obwieszony złotem i skarpety prawie do kolan jak kiedyś Limp Bizkit. Do tego rozgadany i co chwila rzucający jakimiś bon motami. Lew salonowy (śmiech). Później pojawił się pomysł nakręcenia wideo do apki Diler. Od razu padło na niego w roli dilera. I jak spotykaliśmy się częściej na jakichś przymiarkach, to zauważyliśmy, jaki on ma potencjał – wspomina Maciej z Bezpiecznej Zabawy.
Maciej
Bezpieczna Zabawa

"We wszystkim wygląda dobrze, z twarzy zimny skur***l jak Putin. I ma taki specyficzny chód, co tylko sztywni ludzie z osiedla mają, co z resztą postanowiliśmy wrzucić na bluzie jaką zrobiliśmy dla niego do filmu. Dynamiczny krok z butelką piwka, sylwetka niczym Johnnie Walker. Logotyp okazał się tak dobry i nawiązujący do jego osoby wiec postanowiliśmy stworzyć bardziej luksusowe ciuchy Kwitu Ruletti, z podkreślającymi jego bogactwo grafikami."

– Więc skoro mamy modela z wielką kolekcją sportowych butów i biżuterii, mamy projekty jego ubrań, czemu nie mógłby założyć bloga i tam udostępniać ten swój świat? A że jest koniunktura teraz na dresoseksualizm i vlogerów w Polsce, to zamiast jakiegoś pajaca z wybiegu, lepiej wziąć naturszczyka, co nie wygląda jak przebieraniec – tłumaczy przedstawiciel handlowy Bezpiecznej Zabawy.
I wtedy pojawia się on, cały na biało
Gdy doszliśmy do wieżowca na Nowym Bemowie, zostałem pozostawiony sam sobie. – Wjeżdżasz na 11. piętro i dalej już będziesz wiedział co robić – powiedział mi na pożegnanie Patryk. To właśnie on "spiknął" Kwita z Bezpieczną Zabawą. To było przeznaczenie spowodowane jakąś koincydencją planet. A teraz moim przeznaczeniem było poznać efekt tej współpracy. – No cześć, jestem Kwitu – po wyjściu z windy przywitał mnie facet jak z obrazka, a konkretnie ze zdjęć w internecie. "O cholera, on istnieje naprawdę" – pomyślałem i wreszcie mogłem przestać obgryzać paznokcie. Zaprowadził mnie na półpiętro do swojego "biura". Plakaty półnagich dziewczyn przywodziły na myśl warsztat samochodowy.
logo
Kwitu w swoim biurze. Fot. naTemat
Łańcuchy na szyi i nadgarstku, zegarek - wszystko złote, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Na głowie czerwona czapka bejsbolówka z napisem "Make bath salts legal again" parafrazujące hasło wyborcze Donalda Trumpa. Na nogach nowiuśkie buty i dżinsy ze ściągaczem na kostkach. Do tego koszulka ze swoją ksywą, oczywiście napisana czcionką w kolorze złotym i nawiązująca do etykiety Johnny'ego Walkera. – Gdzie masz dresy? – spytałem odważnie. – A, bo wróciłem dopiero co z pracy i nie zdążyłem się przebrać – odpowiedział delikatnie zakłopotany. Nie chciał powiedzieć, gdzie chodzi w takim osobliwym wdzianku, a ja zbytnio nie drążyłem, wszak żadna praca nie hańbi. – Nie jestem też handlarzem, ale zdziwiłbyś jak zarabiam – pozostawił mnie z nutką tajemnicy.
– Kiedyś jednak handlowałem. Monetami. Byłem numizmatykiem. Wszystko "przepadło" w Smoleńsku. Zginął wtedy prezes NBP i nic po tym nie było takie samo – mówi ze smutkiem Kwitu. – Czyli zawsze miałeś "kwit", czyli pieniądze i pewnie stąd ta ksywa? – dopytuję. – Wiesz jak to jest z ksywami, nigdy sami ich nie wybieramy i nie wymyślamy. Kiedyś ludzie na mnie mówili "Kret", bo na jednej imprezie się tak się nawaliłem, że poszedłem spać. Znajomi próbowali mnie budzić tymi świetlikami na ryby, wodziłem za nimi głową, a że miałem okulary, to jeden rzucił "patrz, on wygląda jak kret!". Teraz przylgnęło do mnie "Kwitu" i już nikt wkoło nie mówi "bez kitu", lecz "bez kwitu" – śmieje się warszawski model i pokazuje charakterystyczny gest pocierania kciuka o palce.
Dresiarz w wersji glamour
Pejoratywne określenie "dresiarz" zupełnie nie przystoi do Kwita. "Dres" to też stan umysłu, nie trzeba do tego zakładać szeleszczących ubrań. Mylne wrażenie wyniosłem z mojej kochanej Łodzi, gdzie większość osób zakłada dres, by potrenować lub spuścić komuś lanie. – Napijesz się? – proponuje Kwitu i wyciąga butelkę trunku. Bynajmniej nie był to jabol, lecz Ballantine's . I to w edycji limitowanej. Smakował równie dobrze jak całe to spotkanie. – Od zawsze wszyscy mi mówili, że dobrze się ubieram. Na nikim się nie wzoruję, sam komponuję moje kreacje. Styl?
Ma być luźno. Krytyka? Ch*j mnie to boli – skwitował Kwitu.
– Nike czy Adidas? – chciałem rozstrzygnąć odwieczny spór. – Oto jest pytanie... – zamyślił się Kwitu. Nike ma swoje mankamenty, ale najwięcej mam właśnie Airmaxów, choć ostatnio kupiłem jedne w Croppie. Buty to moje oczko w głowie. Ludzie pytają "k***wa, ile ty masz par? Tyle nosisz i masz je jak nowe", a ja po prostu o nie dbam. Jestem pedantyczny pod tym względem – wyjawia swój sekret i chwali mi się swoją kolekcją, która zawstydzi niejedną czytelniczkę.
logo
Buty to konik Kwita. Fot. naTemat
logo
I do dna! Fot. naTemat
logo
Nie wszystko złoto, co się świeci. Fot. naTemat
Nie dres zdobi człowieka
I tak sobie gadaliśmy o modzie długo, aż w pewnym momencie zrobiło nam się głupio. Jak to tak, dwóch facetów o ciuchach? Ano właśnie, tak to jest u nas, że o tym się nie gada, bo to przecież niemęskie. Podobnie jak i ekstrawagancki ubiór. Kwitu jednak udowadnia, że konwenanse są po to, by je mieć gdzieś i nie przejmować się modą czy tym, co mówią inni. I przeszliśmy w inne rejony. Może i nie zastanawialiśmy się nad tym, czy np. klony mają duszę, ale zahaczaliśmy co rusz o egzystencjalne zagwozdki i dyskutowaliśmy po prostu o życiu, kobietach, używkach, internecie, zajawkach, rodzinie i innych wartościach. Tak jakbyśmy się znali jak łyse konie, może to też kwestia tego samego, "czarnobylskiego" rocznika. – Znajoma zrobiła mi dzień, zobacz – i pokazuje mi na telefonie zdjęcie roznegliżowanej koleżanki.
Było też na poważnie. – Moim najlepszym ziomkiem był mój nieżyjący, świętej pamięci ojciec, rodowity prażanin. To najważniejsza osoba w moim życiu. Mam też brata, który jest moim zupełnym przeciwieństwem. Ma dzieci, ubiera się bardziej elegancko, czym bardzo mi zawsze imponował. Jest też fanem motoryzacji – wylicza. – Mnie nigdy nie ciągnęło do aut - wolałem by to mnie wozili. Z resztą, do tego trzeba być odpowiedzialnym, bo ma się na głowie nie tylko siebie, ale i innych – zwierza się dresoseksualny vloger. Zaimponował mi tym, że też potępia pijanych za kółkiem. A wyszło to z tematu imprez i powrotów. – Na klubów już nie chodzę. Kiedyś chadzałem do Blue w Staroźrebach, grał tam Dj Wojtek. Teraz na stare lata wolę spotkać się u siebie, posiedzieć z ziomkami. Kocham Warszawę i nigdy się stąd nie ruszę – obiecuje.
logo
"Mój ssssskarb" Fot. naTemat
logo
Kwitu - pierwszy dresoseksualny vloger. Fot. naTemat
Quo vadis, Kwitu?
O wyjątkowym warszawiaku na pewno jeszcze usłyszycie. – On promuje nas, my jego. Planujemy nakręcić z nim serię filmów - ma wiele do przekazania wiedzy na temat osiedlowego stylu życia. Murowany sukces. To jest drugi Jan Himilsbach, tylko że wychowany w późnych latach 90. i o wiele lepiej ubrany – mówi Maciej z Bezpiecznej Zabawy. Nie widzi się jednak w roli modela na wybiegach w Paryżu czy Fashion Week – To nie dla mnie. Wolę patrzeć jak ktoś chodzi w moich ciuchach. Moje ziomki już brylują po osiedlu w czapkach ode mnie. Chcę zarażać moim stylem innych.
W ostatnich latach dresy z impetem wdarły się do świata mody, na salony i do codziennego życia. Zaczęło się parę lat temu od luźnych spodni i adidasów, noszonych nawet do marynarki, a kończy się na pełnym stroju sportowym, który przestaje być kojarzony z patologią. To też pokłosie swoistego renesansu muzyki elektronicznej. Techno słuchają już niemal wszyscy, rozrasta się znów kultura rave, duża zasługa w tym tria didżejskiego Wixapol i podobnych, szalonych imprez na które młodzi chodzą częściej, niż na rockowe koncerty. Choć Kwitu zawsze tak się ubierał, teraz stał się symbolem obecnych czasów. O czym marzy i jak siebie widzi w przyszłości? – Chcę by coś po mnie zostało, żebym był zdrowy i by kwit się zgadzał.