
Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem – tak z przymrużeniem oka można zrelacjonować to, jak przez niemal cały dzień politycy Prawa i Sprawiedliwości komentowali sprawę zatrudnienia w SKW byłego pracownika służby bezpieczeństwa PRL. Jeszcze ciekawiej się zrobiło pod wieczór, gdy MON wreszcie wydało oświadczenie w tej sprawie.
REKLAMA
Gdy przez media przetoczyła się wieść o tym, że Jan Kudrelek, dawny współpracownik SB, jest zatrudniony jako prawnik w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, nawet zwolennicy PiS przecierali oczy z niedowierzania. Przecież Antoni Macierewicz z upodobaniem podkreśla, jak to czyści armię z elementów komunistycznych. W końcu w ten właśnie sposób argumentował zwolnienie niemal połowy generałów, którzy w ostatnich dwóch latach odeszli ze służby. Tymczasem sam zatrudnił Jana Kudrelka, o którym wiadomo, że był pracownikiem SB.
Politycy Prawa i Sprawiedliwości, a także rzeczniczka partii nie mieli na ten temat nic do powiedzenia. Nie znali sprawy, nie znali szczegółów, odsyłali do rzecznika MON, słowem – nabrali wody w usta. Aż wieczorem ministerstwo obrony opublikowało komunikat, z którego... nie wynika właściwie nic. Rzecznik MON Anna Pęzioł-Wójtowicz stwierdziła, że pan Jan Kudrelek nie jest i nigdy nie był pracownikiem SKW. Zbagatelizowała jego pracę dla Służby Kontrwywiadu Wojskowego, podając, iż wykonywał doraźne czynności jedynie na podstawie umowy zlecenia, która – według informacji rzecznik MON – została rozwiązana.
Innymi słowy Kudrelek pracował dla SKW, ale nie był formalnie zatrudniony. Przy okazji cały świat dowiedział się, że w polskim kontrwywiadzie zatrudnia się osoby na umowę zlecenie. Tylko patrzeć, jak na portalach zobaczymy ogłoszenie o ciekawej pracy dla agentów służb specjalnych.
