Policja w coraz większym stopniu jest angażowana do walki z opozycją.
Policja w coraz większym stopniu jest angażowana do walki z opozycją. Fot. Marta Bogdanowicz

Policja coraz częściej zatrzymuje pod byle powodem ludzi, którzy idą zamanifestować swój sprzeciw wobec rządu. Czasem sprawa trafia później do sądu, gdzie często oskarżenia ocierają się o śmieszność. Tyle tylko, że jest to coraz mniej zabawne. O tym w tym w najnowszym "Newsweeku" pisze Paweł Reszka.

REKLAMA
Jechali samochodem na demonstrację. Wieźli megafon, zostali zatrzymani przez policję. Powód? Zawsze jakiś się znajdzie. Przepalona żarówka oświetlająca tablicę rejestracyjną, brak plastra w apteczce. Dość, żeby zatrzymać dowód rejestracyjny i wystawić mandat. Ale nie to jest w tym wszystkim istotne. Najważniejsze, że megafon nie dotarł na demonstrację.
Inna historia. Kobieta szła wzdłuż szosy przez las. Ale nie po tej stronie, co powinna. Jej znajomi dostawali mandaty za brak dzwonka przy rowerze albo za światełko odblaskowe w niewłaściwym kolorze. Powodów do ukarania było wiele, wspólny mianownik jeden – wszyscy protestowali przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.
Mandat lub grzywnę można dziś dostać za wszystko. Wystarczy w trakcie happeningu przed siedzibą PiS przy Nowogrodzkiej w Warszawie powiesić plakat z napisem "Łapy precz od wolności i demokracji", by przyjechała policja i ukarała winowajców lub złożyła wniosek do sądu o ukaranie sprawców wykroczenia.
Czasem nie wiadomo, czy z zarzutów śmiać się czy płakać. Podczas procesu Arkadiusza Szczurka i Macieja Bajkowskiego sąd chciał się dowiedzieć, czy tłum zebrany pod Pałacem Prezydenckim reagował na skandowane przez niego hasła. A jeśli tak, to w jaki sposób. Bajkowski twierdzi, że nie pamięta, bo gdy krzyczał "kłamca" w kierunku Jarosława Kaczyńskiego dostał w głowę trzonkiem od flagi. Szczurek zapewnia, że wzbudzali zainteresowanie i bardzo go to cieszy. Sąd w dalszej części rozprawy próbował dociec, jaką moc miał megafon, który Szczurek trzymał w rękach. Kolejny rozprawa w tej sprawie odbędzie się 14 grudnia.
Po co to wszystko? Opozycjoniści nie mają żadnych wątpliwości, że chodzi o to, by ich zastraszyć i zamknąć im usta. Temu mają służyć na przykład takie akcje, jak "Bezpieczna szosa" w Teremiskach. Pojawiło się mnóstwo patroli policji, które "dbają o bezpieczeństwo", czyli zatrzymują do kontroli i wlepiają mandaty z byle powodu, np. na drodze, na której właściwie nigdy wcześniej nie dochodziło wypadków. Problem w tym, że to droga prowadząca na tereny, na których w najlepsze trwa wycinka drzew.
Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że policja wykorzystywana jest po prostu do walki z opozycją. Zresztą sami funkcjonariusze chyba też nie mają złudzeń. – Mniej niż 100 złotych się nie da – tłumaczył policjant zatrzymanemu, który podczas przewożenia megafonu miał w samochodzie przepaloną żarówkę od podświetlenia tablicy rejestracyjnej. Zupełnie jakby policjantowi było przykro, że nie może dać wyłącznie pouczenia.
Więcej - czytaj w poniedziałkowym numerze miesięcznika "Newsweek"