
Były ostre zapowiedzi, że posypią się kary. Jak na razie dyscyplinarnie zwolniono tylko kilku policjantów. W kierownictwie policji we Wrocławiu i w komendzie dolnośląskiej do dziś nikt nie poniósł odpowiedzialności w związku z torturowaniem zatrzymanego Igora Stachowiaka.
REKLAMA
W postępowaniu dowiedziono, że zarówno wrocławski komendant policji i jego zastępca, jak i ich zwierzchnicy z komendy dolnośląskiej policji wiedzieli o tym, iż funkcjonariusze torturowali zatrzymanego i skutego kajdankami Igora Stachowiaka. Zatrzymany został wielokrotnie porażony paralizatorem i zmarł. Gdy o tragedii i nieprawidłowościach zrobiło się głośno za sprawą materiału dziennikarza TVN24 Wojciecha Bojanowicza, do mediów poszedł przekaz, że wszyscy winni zostaną przykładnie ukarani.
I rzeczywiście, pięciu policjantów, którzy torturowali zatrzymanego, zostało zwolnionych dyscyplinarnie 4 miesiące temu. Ich przełożeni – choć o wszystkim wiedzieli – mają więcej szczęścia. Przez miesiące kluczyli, nie pojawiali się na przesłuchaniach, przynosili zwolnienia lekarskie. W efekcie, choć zostali odwołani z pełnionych funkcji, to nie zostali zwolnieni dyscyplinarnie i jeszcze przez kilka miesięcy dostawali normalne pensje. Jeden z wyższych oficerów pobierać ją zresztą będzie jeszcze przez rok.
Komendant Główny Policji po nagłośnieniu przez media wydarzeń z Wrocławia zapewniał, że w policji nie ma miejsca dla takich ludzi. Okazało się, że owszem, może i nie w policji, ale w innych służbach już tak. Jeden z policjantów zamieszanych w tę sprawę pracuje dziś w ... Żandarmerii Wojskowej.
źródło: TVN24
