
"Kilkanaście lat temu mieszkałem na niewielkiej ulicy Duracza w Warszawie" – tak swój wpis na Facebooku zaczyna Andrzej Saramonowicz. I choć zasłynął on głównie jako scenarzysta i reżyser komedii, to w historii, jaką opisuje, humoru raczej jest niewiele. Twórca filmowy na przykładzie jednej ulicy na Bielanach komentuje niedawną decyzję wojewody o zmianie nazw ulic w Warszawie.
Zgodnie z ustawą dekomunizacyjną samorządy w całej Polsce miały obowiązek dokonać zmiany nazw ulic i obiektów użyteczności publicznej do 2 września 2017 r. W większości miast lokalne władze dostosowały się do nowego prawa. Władze Warszawy stanęły okoniem i zmian nie dokonały. Wtedy do akcji wkroczył wojewoda. Najpierw wysyłał pisma ponaglające a potem jednoosobowo podjął decyzję o zmianie komunistycznych nazw ulic w stolicy.
"Czekaliśmy na to tyle lat" – oświadczył wojewoda Zdzisław Sipiera na listopadowej miesięcznicy smoleńskiej, z dumą ogłaszając, iż "Aleja Armii Ludowej przestała istnieć! W to miejsce będzie Aleja Lecha Kaczyńskiego!". W sumie zmiana dotyczy 47 ulic w Warszawie.

Fakt, że na liście ulic przeznaczonych do zdekomunizowania znalazła się ulica Teodora Duracza, nie powinien nikogo dziwić. Duracz to uczestnik rewolucji październikowej, przedwojenny działacz komunistyczny, wieloletni agent wywiadu radzieckiego w Polsce. I wcale nazwa ta nie musiała tkwić na tabliczkach aż do teraz. Andrzej Saramonowicz wspomina, że gdy mieszkał tam ćwierć wieku temu, powstała inicjatywa, aby patronem ulicy został Zbigniew Herbert (teraz w okolicy jest Park Herberta). On był za, ale większość sąsiadów przeciwko. Wtedy dopięli swego.
Trudno się bowiem oprzeć wrażeniu, że gdyby władze Warszawy na czas zmieniły nazwy ulic wskazane przez IPN, to nie musiałyby to być koniecznie takie nazwy, jakie wyznaczył wojewoda. Teraz lokalna Platforma zapowiada, że będzie blokować decyzję wojewody mazowieckiego.
