
Gruchnęła wiadomość – rząd planuje dać zielone światło samorządom, które chciałyby drastycznie ograniczyć ruch w centrach miast. Wjazd do tzw. stref czystego transportu byłby bezpłatny tylko dla samochodów korzystających z alternatywnych źródeł paliw. Pomysł w pewnej mierze sprawdzony na zachodzie, ale zupełnie nieprzystający do polskich realiów. Na szczęście do jego realizacji jeszcze daleka droga – a tych, którzy myślą, że za chwilę będą mieli poważny problem, możemy uspokoić.
Pożar wznieciła "Gazeta Wyborcza", która poinformowała, że rząd przyjął projekt, na mocy którego polskie miasta będą mogły tworzyć wspomniane wyżej strefy. Jak wynika z publikacji, stworzeniem takich stref zainteresowane są Warszawa, Poznań czy Kraków.
Przywoływana jest nawet wypowiedź Barbary Zielińskiej z wrocławskiego ratusza, która tłumaczy, że w tym roku strefy wprowadzić się nie uda, bo trzeba się przygotować do egzekwowania nowych przepisów i ponieść koszty samego przygotowania do nich. Ale nietrudno z tego odgadnąć, że na Dolnym Śląsku chcą wprowadzić ograniczenia jak najszybciej. Ale to nie takie proste.
To "tylko" projekt
Od pomysłu do realizacji jest naprawdę daleka droga. Z publikacji "Wyborczej" można trochę odnieść wrażenie, że wszystko wydarzy się już zaraz. Tak się jednak nie da.
– Projekt na razie przegłosowała Rada Ministrów – przypomina w rozmowie z naTemat – a może wręcz studzi emocje – rzecznik stołecznego ratusza Bartosz Milczarczyk. Rządowy projekt teoretycznie powinien (chociaż w państwie PiS to różnie bywa) przejść konsultacje społeczne. Te, jak nietrudno się domyślić, wypadłyby dla pomysłodawców miażdżąco. Bo kto przy normalnych zmysłach zgodzi się na to, żeby jego nowiutkie, spełniające wszystkie normy emisji spalin, hybrydowe auto nagle nie mogło za darmo wjechać do centrum miasta? Dodajmy, że zdecydowana większość Polaków jeździ autami nie takimi, a wieloletnimi i znacznie bardziej trującymi – i mamy odpowiedź.
Załóżmy nawet, że pomijamy konsultacje społeczne. Dalej mamy sejmową komisję, potem Sejm, wielki jazgot w mediach, Senat, podpis prezydenta. I co? Dalej nic – zgodnie z tym, co wiadomo na ten moment, samorządy będą miały możliwość wprowadzić takie strefy, a nie je będą musiały wprowadzić. A to wcale nie musi być takie proste pomimo hurraoptymizmu w tekście "Wyborczej".
Pomysł zachodni, wykonanie… polskie
Wprowadzanie ograniczeń w transporcie w centrach miast to nic nowego. Taki system od lat obowiązuje choćby w Londynie – choć nie tak rygorystyczny, jaki proponuje się u nas. W stolicy Wielkiej Brytanii za wjazd do centrum Londynu pobiera się jedenaście i pół funta. Płatna jest jazda w godzinach od siódmej do osiemnastej i od poniedziałku do piątku za wyjątkiem świąt.

Płatność dokonywana jest automatycznie. Kierowca, zanim wjedzie do centrum, powinien zarejestrować się w specjalnym systemie. System kamer wychwytuje, że wjeżdżamy do centrum, a odpowiednia należność jest pobierana z naszego konta. I już. To w ogóle istotne w kontekście całej awantury – niezbędna jest nie tylko strefa, ale i odpowiedni sposób na pobieranie pieniędzy. A tego na razie w Polsce nie ma. To więc kolejna ważna sprawa – stworzenie takiej strefy to nie tylko podpis urzędnika.
Warto także zauważyć, że Londyn, który wprowadził strefę w 2003 roku, już wtedy oferował mieszkańcom szeroką alternatywę. Miasto jest przecież znane z rozległej sieci kolejowej, sieci metra, sieci obwodnic (choćby całego miasta i śródmieścia), dużej ilości autobusów i innych środków komunikacji.
A jak jest w Warszawie, gdzie zanieczyszczenia ze spalin samochodowych powodują 60 proc. smogu, więc miasto jest żywo zainteresowane programem? Półtorej linii metra, które powstaje w konwulsjach, pół obwodnicy miasta, mizerna sieć kolejowa. Nie ma się czym chwalić.
Zapytałem więc rzecznika urzędu miasta w Warszawie, kiedy należy się takiej strefy spodziewać. Okazuje się, że nie tak prędko, jak niektórzy mogliby się obawiać. – Jeśli można mówić o metodzie działania kija i marchewki, to my działamy metodą marchewki. W taki sposób, że rozbudowujemy system komunikacyjny. Drugą linię metra, powstaje południowa obwodnica Warszawy, wybieramy tabor, tworzymy buspasy. W sytuacji, kiedy zakończy się budowa drugiej linii metra i południowej obwodnicy, kiedy kolejarze skończą przebudowę linii średnicowej, kiedy damy alternatywę dla samochodów, będzie można myśleć o innych rozwiązaniach – mówi Milczarczyk.
Bartosz Milczarczyk
Rzecznik UM w Warszawie
– Trzeba takie rozwiązania wprowadzać w sposób rozważny, żeby nie sparaliżować totalnie ruchu. Ale wszystkie metropolie dążą do takich rozwiązań. To naturalne. Centrum ma swoją przepustowość, nie da się wpuścić nieskończonej ilości samochodów. To naturalny trend – mówi Milczarczyk. Czyli z dużej chmury mały deszcz.
To właściwie casus opłat za parkowanie. Od lat samorządy większości dużych miast boją się dotknąć tematu (czyt. wystawić na pożarcie w następnych wyborach) podniesienia niskich cen. Nikt nie chce na siebie wziąć odpowiedzialności.
To się nigdy nie uda w państwie PiS
Warto też zauważyć, że rząd nie wpadł na taki pomysł sam z siebie, nawet pomimo postępowych poglądów premiera Mateusza Morawieckiego i jego fascynacji autami elektrycznymi.
Projekt według informacji "GW" ma szybko przejść przez Sejm, aby Polska nie miała sprawy przed Trybunałem w Luksemburgu na niewdrożenie przepisów UE o rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych.
Wątpliwe jest jednak, że projekt "przejdzie" w obecnym kształcie – bo dla takiej partii jak Prawo i Sprawiedliwość to polityczne samobójstwo, uderzenie swój elektorat. Najczęściej nie składający się z najbogatszych Polaków, którzy przyjmą takie przepisy wzruszeniem ramion. W grę wchodzi jeszcze wariat, wedle którego partia projekt przepycha, a później oddaje wszystko w ręce samorządów, a prezes przekonuje, że "co złego to nie my". Ale po pierwsze (znowu): samorządy mogą się bać odpowiedzialności. A po drugiej: zdaje się, że PiS planuje (ile z tego wyjdzie to inna historia) wygrać tegoroczne głosowanie. Także w dużych miastach.
Zwrócili na to uwagę niektórzy prawicowi publicyści. "Tym projektem PiS uderza we własny elektorat. Nie pojmuję tego. Ale pewien jestem, że ludzie się wściekną" – napisał na Twitterze Łukasz Warzecha. Zauważył też, że nikt się nie zastanawia nad tym, czy polskie miasta infrastrukturalnie są na to gotowe.
O wściekłość rzeczywiście – trudno nie było. Internet ugina się pod komentarzami dotyczącymi tego pomysłu. W dużej mierze negatywnymi.
Jedna internautka przekonuje, że taki projekt nie rozwiąże problemu smogu, a chodzi jedynie o sięgnięcie do kieszeni tych, którzy pieniądze mają: kierowców.
"I jeszcze w ramach pomocy dla ubogich zwolnijcie ich z opłat za te wszystkie golfy i passaty. Absurd goni absurd" – dodaje kto inny.
"Czemu nie zaczną od tych cholernych pieców, które najbardziej zanieczyszczają miasta. Niech zgadnę, bo tu trzeba by dofinansować wymianę ogrzewania na gazowe" – to kolejny komentarz.
