Wyzwanie 48 godzin lub 72 godziny - nastolatki dobrze wiedzą, co to jest.
Wyzwanie 48 godzin lub 72 godziny - nastolatki dobrze wiedzą, co to jest. Fot. Mateusz Skwarczek /Agencja Gazeta

Jeszcze nikt nie wiedział, co się stało, poszukiwania nie ruszyły jeszcze na masową skalę, a wśród znajomych nastolatek z Tryńczy pojawiła się właśnie taka hipoteza. Że zaginięcie dziewcząt to tylko gra, rodzaj wyzwania rozpowszechnionego przez Facebooka. Rzeczywistość okazała się najbardziej okrutna. Ale ile rodzin i znajomych zaginionych nastolatków chciałoby, żeby tak właśnie było? Co chwila słychać zaginięciach bardzo młodych ludzi...

REKLAMA
14-letnia Wiktoria, jej równolatka Andżelika, 15-letnia Natalia z Bochni – to tylko przykłady z pierwszych trzech dni nowego roku. Cofnąć się o kilka tygodni wstecz, trafimy jeszcze na 14-letnią Patrycję z Rawicza, 11-letnią Natalię z Bydgoszczy i 17-letnią Aleksandrę Julię z Białegostoku...
Wszystkie nastolatki wyszły z domu, ślad po nich zaginął, poszukiwała ich policja, a komunikaty o ich zaginięciu do dziś "wiszą" w sieci. Patrycja znalazła się z 32-letnim mężczyzną, którego poznała w internecie. Jeździli prawdopodobnie kradzionym mercedesem, przed policją uciekali wjeżdżając pod prąd na autostradę, a wcześniej taranując bramkę.
"W tym czasie nie kontaktuje się z rodziną ani znajomymi"
W takich okolicznościach, ale jednak Patrycja się odnalazła. Ale być może przez kilka dni jej rodzice darli włosy z głowy, być może też pomyśleli, że to może być wyzwanie 48 godzin. Tak jak znajomi nastolatek z Tryńczy, którzy po ich zaginięciu właśnie takiej myśli się uchwycili.
"Na początku myśleliśmy, że oni grają w taką grę, teraz bardzo popularną. Nazywa się "72 godziny". Polega na tym, że ktoś znika z domu na 72 godziny. W tym czasie nie kontaktuje się z rodziną ani znajomymi. Jeśli tyle wytrzyma i wcześniej założy się z kimś, wygrywa nagrodę. Głupia zabawa, ale się przyjęła" – to fragment reportażu rzeszowskiej "Wyborczej". I słowa Grześka, znajomego nastolatek, które dziś brzmią jak próba chwycenia się ostatniej deski ratunku.
Gdy kilka dni temu pisaliśmy o zaginieniu dwóch 14-latek z Siedlec, jeden z czytelników też napisał w komentarzu: "Może jakiś challenge podjęły, teraz nastolatki mają takie pomysły na zaimponowanie sobie niestety".
– To sposób na poradzenie sobie z niepokojącą sytuacją, że nagle znikają młode dziewczyny. Żeby złagodzić niepokój, rodzice mogą sobie wyobrażać różne, pozytywne scenariusze. To pewien wytrych i próba ułożenia świata, jakby nic złego się nie stało. Kiedyś mówiło się, że nastolatka może poszła gdzieś do rodziny, pokłóciła się, poszła gdzieś z chłopakiem. Też szukano pomysłów, które dążyły do tego, żeby uspokoić rodziców – mówi naTemat psycholog Marta Abramowicz.
"Takich zniknięć nie można bagatelizować"
O wyzwaniu 48 godzin było głośno kilka miesięcy temu. O 72 godzinach – bardziej w 2015 roku niż teraz, ale najwyraźniej nadal jest praktykowane. Zasada jest prosta – młody człowiek znika i przez określony czas nie utrzymuje z nikim kontaktu.
Marta Abramowicz mocno podkreśla: – Takich zniknięć również nie można bagatelizować. Nawet jeśli młode osoby podjęły wyzwanie i znikają na 48 godzi to nigdy nie wiadomo, co się stanie. Zawsze w tym czasie może im się coś przydarzyć – coś nieoczekiwanego, czego nie zaplanowały. Każde zaginięcie traktowałabym bardzo poważnie.
Na początku grudnia w mieście Nowa Ruda zniknęła 14-latka, która – jak ustalono – wcześniej pisała na Facebooku, że zamierza podjąć wyzwanie 48 godzin. Coś co w oczach małolata miało być zabawą, zakończyło się akcją policji i poszukiwaniami wcale nie na małą skalę. – Policjanci rozpoczęli poszukiwania małoletniej. Sprawdzali m.in. miejsca gromadzenia się młodzieży, dworce, szpitale oraz pustostany. Weryfikowali każdą informacje, która wpływała do jednostki policji, by jak najszybciej odszukać dziewczynę – relacjonowała podinspektor Wioletta Martuszewska, rzecznik Komendy Powiatowej Policji w Kłodzku, której słowa cytował "Express Bydgoski". Znaleziono ją na strychu jednego z budynków, mówiła, że ukrywała się w różnych miejscach.
W lokalnych mediach znajdziemy wiele podobnych przykładów, jedne potwierdzone, inne oparte tylko na spekulacjach. "Fala zaginięć podlaskich nastolatków. Znikasz z domu na dwie doby i... zbierasz punkty" – tak w listopadzie pisał "Dziennik Zachodni". Podając przykłady 14-letniego Michała i 12-letniej Niki z Białegostoku oraz 14-letniej Sylwii z wioski koło Goniądza. Wszyscy mieli odnaleźć się po 48 godzinach.
Podlaska policja prostowała potem te informacje. "Informuję również, że zawsze ustalamy przyczyny ucieczki osoby małoletniej i do chwili obecnej nie odnotowaliśmy przypadku, aby gra "48 godzin” była jej bezpośrednią przyczyną" – taką odpowiedź uzyskał wtedy portal rodzice.pl.
"Nastolatek sam nie wpadnie na taki pomysł"
A zatem może się okazać, że więcej mitu w tych opowieściach niż prawdy. Ale mimo to pojawienie się takiego wyzwania nie zaskakuje psycholog. Głośno było o innych niebezpiecznych, z narażeniem życia, które swego czasu były popularne wśród młodych ludzi. Niebieski wieloryb, kładzenie się na drogach czy torach.
– Normalny, przeciętny nastolatek nie wpadnie na taki pomysł. Ale jeśli przeczyta o tym w mediach, dowie się, że ktoś gdzieś się tak bawił, to coraz więcej osób będzie miało ten pomysł. Kiedyś w psychologii mówiło się o syndromie zarażania samobójstwem. Jeśli jedna osoba w klasie podejmuje próbę samobójczą, to od razu w szkole mogą się pojawić kolejne osoby, które będą chciały zrobić to samo – mówi.
Ale również psycholog nie ma wrażenia, że z tego powodu jest dziś więcej zaginięć młodych ludzi.