
Trzy nastolatki spotkały się z dwoma mężczyznami w pierwszy dzień świąt, z którymi miały zjeść pizzę. Cała piątka tragicznie zginęła po tym, jak daewoo tico, którym jechali, wpadło do rzeki Wisłok. O akcji wydobycia auta z rzeki opowiedział młody strażak, który nie spodziewał się tak dramatycznego finału.
REKLAMA
Cała akcja zaskoczyła 22-letniego strażaka z Przemyśla, który służbę pełnił zaledwie od września. Początkowo nic nie zapowiadało dramatu. – Przeglądając internet natrafiłem na artykuł o akcji poszukiwawczej trzech nastolatek z Tryńczy. Niedługo potem zostaliśmy zadysponowani do poszukiwań przy użyciu sonaru. To miały być standardowe poszukiwania. Nie wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać – powiedział 22-letni strażak w rozmowie z portalem Nowiny24.
Myśl, że może chodzić o tragedię, pojawiła się, gdy okazało się, że na dnie jest duży obiekt przypominający samochód. – Pojawiły się myśli, że to może być ten samochód, którym miały jechać zaginione nastolatki. Po kilku godzinach nie było już wątpliwości – powiedział strażak Adrian Pisarski. Jak dodał, nigdy nie przypuszczał, że na początku służby będzie brał udział w takiej akcji. Jak jednak mówi, zawsze trzeba mieć to z tyłu głowy i być gotowym na wszystko.
Największe wrażenie wywarło na nim to, że podczas gdy strażacy wydobywali auto z rzeki, na skarpie obserwowali to masowo obserwowali mieszkańcy Tryńczy. – Były tam całe rodziny, nawet z małymi dziećmi. Wydaje mi się, że najmłodszym powinno się oszczędzić takich widoków – zauważył strażak.
Śledczy ustalili, że daewoo tico, zanim wpadło do wody, zjechało ze skarpy i koziołkowało. Za kierownicą miał siedzieć 24-letni właściciel auta. Przyjechał do Polski jedynie na święta, na co dzień pracował w Niemczech. Miał kupić auto za kilkaset złotych. Miało służyć jedynie podczas kilkudniowego pobytu w Polsce.
źródło: Nowiny24
