Obnażyła bezradność policji. I choć pomogła namierzyć przestępcę, to... sama musi się liczyć z konsekwencjami

Barszczewo pod Białymstokiem: sprzedawczyni i jej rodzina pomogli policji ująć przestępcę.
Barszczewo pod Białymstokiem: sprzedawczyni i jej rodzina pomogli policji ująć przestępcę. Fot. screen ze strony YouTube.com/ Paweł Wojno
Na nagraniu twarz sprawcy widać bardzo wyraźnie. Kamera ma wystarczającą rozdzielczość, aby rozpoznanie przestępcy nie stanowiło większego problemu. Jednak gdyby nie krok sprzedawczyni i jej rodziny, napastnik pewnie nadal byłby na wolności. "Policja jest od zabezpieczania miesięcznic a złodzieja znajdź sobie sam" – komentują mieszkańcy. Sam złodziej zaś przyznał się, że kradł, bo nie był w stanie spłacić zaciągniętych kredytów. Ale po kolei...

Miała mu wydać 5 zł
13 listopada po godzinie 19 na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Idealne warunki, by uciec i "rozpłynąć się". Tego dnia pani Iwona w swoim sklepiku w Barszczewie na obrzeżach Białegostoku przeżyła koszmar. Do środka wszedł młody mężczyzna w kurtce z kapturem na głowie. Była to to zresztą już druga jego wizyta w sklepiku – najwyraźniej za pierwszym razem przyszedł po to, by się rozejrzeć i "zorientować terenie". Za drugim razem poprosił o papierosy L&M i wręczył 20 zł. Nic nie wskazywało na to, że wydarzenia tak się potoczą. – Zapytałam go, czy ma 20 groszy, żeby łatwiej było wydać. Ot, zwyczajna rozmowa z klientem. Gdy otworzyłam kasę i pochyliłam się, żeby wydać mu 5 zł, on nagle użył gazu pieprzowego – opowiada w rozmowie z naTemat wciąż roztrzęsiona właścicielka sklepu w Barszczewie.

Wtedy jeszcze nie wiedziała za bardzo, co się stało – czuła potworny ból i cała twarz ją piekła. Dopiero potem na nagraniu z monitoringu mogła zobaczyć przebieg zdarzenia. Sprawca wycelował jej gaz prosto w twarz, ręką sięgnął do kasy, wyciągając gruby plik banknotów (potem okazało się, że zabrał ok. 700 zł) i uciekł. Pani Iwona wezwała męża, który był niedaleko, ale po napastniku nie było już śladu – zniknął w ciemnościach.
Mąż wezwał policję, a pani Iwona stała nad kranem z zimną wodą, bo to przynosiło jej w bólu ulgę. Funkcjonariusze z III komisariatu w Białymstoku przyjechali do Barszczewa i zabezpieczyli ślady. Śprawca zostawił ich w sklepie sporo, m.in. na paczce papierosów, za które w sumie zapłacił, a których nie wziął. Z punktu widzenia rodziny prowadzącej sklepik w Barszczewie na tym działania organów ścigania się skończyły. Choć z punktu widzenia policji wygląda to inaczej, ale o tym za chwilę.

Dowodów brak
Pani Iwona była przekonana, że sprawca został policji niemal podany na tacy. Przekazane kryminalnym nagrania były bardzo wyraźne – twarz napastnika wydawała się bardzo prosta do rozpoznania. A jednak przez miesiąc nie działo się nic. Tuż po Bożym Narodzeniu sama zadzwoniła do prokuratury, by się dowiedzieć, jak idzie namierzanie sprawcy. Dowiedziała się, że... nie idzie.

Uzyskałam przez telefon informację, że sprawa została umorzona z braku dowodów. Pismo z prokuratury dostałam później. Tam na dokumencie jest data - już 22 grudnia umorzono sprawę (do napadu doszło 13 listopada – przyp. red.). Wtedy z rodziną doszliśmy do wniosku, że należy policji pomóc w znalezieniu dowodów, których im brakuje.

Już w Nowy Rok na YouTube.com zamieszczono nagranie ze sklepowego monitoringu opatrzone prośbą: "Każdy kto kojarzy gościa na filmie proszony jest o przesłanie jakikolwiek informacji".
Ten zam film zamieszczono również na Facebooku na profilu "Spotted: Białystok" z garścią złośliwości wobec białostockich mundurowych.

"Być może jeżeli podamy policji: imię, nazwisko, pesel, adres zameldowania i numer buta gościa ze zdjęcia to go znajdą. Z naszych informacji wynika, że w tym czasie w okolicy Starosielc (skrzyżowanie Popiełuszki i Elewatorskiej) miały miejsce podobne napady na sklepy."

Facebook.com / Spotted: Białystok
Pod wpisem zaś ironicznych komentarzy jest więcej:

"Gość centralnie ustawiony twarzą do kamery i nie mogą znaleźć."

"Policja jest od zabezpieczania miesięcznic a złodzieja znajdź sobie sam."

"Nie zawracać pupy milicji."

"Policja to by zadziałała jakby piwo pił."

"Najlepiej sami go namierzcie i oddajcie w ręce policji, to być może go nie wypuszczą"

Facebook.com/ Spotted: Białystok
Po raz kolejny poznaliśmy moc internetu – to, co było niemożliwe przez ponad miesiąc, po zamieszczeniu w sieci nagrania z napadu, stało się możliwe w cztery dni. W piątek popołudniu sprawca został zatrzymany przez kryminalnych z III komisariatu w Białymstoku, w niedzielę zaś został aresztowany. Pomogła w tym informacja od anonimowej osoby.


Wprawdzie umorzono, ale...
– To była taka "kropka nad i" w potwierdzeniu tożsamości tego mężczyzny wytypowanego przez funkcjonariuszy – tłumaczy w rozmowie z naTemat rzecznik podlaskiej policji nadkomisarz Tomasz Krupa. Nie ma wątpliwości, że zamieszczenie w internecie nagrania ze sklepowego monitoringu przyspieszyło sprawę, ale jednocześnie zdecydowanie zaprzecza zarzutom, że w tej sprawie policja była bezczynna.
nadkom. Tomasz Krupa
rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku

Rozumiem rozżalenie osób poszkodowanych, które dowiadują się, że sprawa została umorzona. Zapewniam jednak, że to nie oznacza, iż przekreślone zostają szanse na rozwiązanie sprawy i wytypowanie sprawcy. I tak było w przypadku zdarzenia w Barszczewie: wprawdzie sprawa została umorzona, ale jednocześnie prokuratura skierowała do nas pismo, żebyśmy opublikowali wizerunek tej osoby. To się stało jeszcze w ostatnich dniach grudnia, przed publikacją filmu, na jaką zdecydowała się rodzina.

Szybko się okazało, że napad na sklep w Barszczewie to nie wszystko, co 24-latek ma na sumieniu. Kilka miesięcy wcześniej młody mężczyzna zaatakował 81-letnią kobietę. Obserwował ją, gdy wyszła z banku, poszedł za nią, a gdy była na klatce schodowej, wyrwał jej torebkę, w której było ok. 4 tys. zł. Dochodzenie w tej sprawie też zostało umorzone. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych mu czynów, grozi mu do 12 lat więzienia. Niewykluczone, że to nie koniec listy.
– Zawsze w takich przypadkach kryminalni porównują metody działania zatrzymanego sprawcy i jego zachowanie do zdarzeń, w których sprawcy pozostają niewykryci – wyjaśnia nadkom. Krupa. Na razie na nic innego nie policjanci nie wpadli, choć całkiem prawdopodobne jest, że zgłosi się jeszcze ktoś, kto padł ofiarą 24-latka. Ten bowiem przyznał policjantom, że dokonywał napadów, bo ma "wiele długów po niespłaconych kredytach zaciągniętych w parabankach a jego zamiłowaniem jest hazard".

Poszkodowana liczy się z konsekwencjami
– Cieszę się, że ktoś jeszcze go rozpoznał i dzięki temu kolejne osoby nie staną się jego ofiarami. To buduje wiarę, że istnieje jeszcze jakaś sprawiedliwość – komentuje w rozmowie z naTemat właścicielka sklepu w Barszczewie. Przyznaje przy tym, że zdaje sobie sprawę, iż publikacją nagrania w internecie naraziła się na pozew ze strony napastnika. 24-latek może bowiem na drodze cywilnej dochodzić praw za bezprawne użycie wizerunku i oczekiwać finansowego zadośćuczynienia za "doznaną krzywdę".

Jestem świadoma tego, że on może próbować mnie oskarżać o bezprawne użycie swojego wizerunku. Ale wiem, że taka osoba musi się ujawnić, powiedzieć: "tak, to jestem ja, ja napadłem na sklep i na staruszkę, a teraz żądam zadośćuczynienia". Jeśli tak zrobi, to proszę bardzo, niech mnie pozywa, jestem gotowa się z nim sądzić. Stanę z podniesioną głową, bo nie żałuję tego, co zrobiłam.

– Nagranie w dużej mierze ułatwiło zatrzymanie podejrzanego, ale nie można gdybać, że jeśli nie byłoby filmu, to by się to nie udało – uważa rzecznik podlaskiej komendy. Przypomina przy tym, że policja nie może opublikować takiego filmu, jak to zrobiła rodzina, bez decyzji prokuratora. A poza tym zawsze należy rozpatrywać wszelkie "za" i "przeciw". – Publikacja wizerunku poszukiwanego sprawcy zawsze może sprawić, że zacznie się on ukrywać jeszcze skuteczniej. Dla niego to będzie sygnał, aby bardziej się schować – tłumaczy nadkom. Tomasz Krupa.

Dowody na tacy
Nie ma jednak wątpliwości, jak to wypada w odczuciu społecznym. To bowiem nie jest pierwszy przypadek, że policja ogłasza sukces: "zatrzymano przestępcę", choć wcześniej go poszukiwała długo i... bezskutecznie. Działania zaś przyspieszyły dopiero wtedy, gdy do akcji przystąpili sami poszkodowani lub ich bliscy. Tak było jesienią w Warszawie, gdy na stacji benzynowej na Gocławiu dotkliwie pobito jednego z klientów. Gdy żona zaatakowanego mężczyzny dostała pismo, że z powodu niewykrycia sprawcy sprawa została umorzona, zamieściła zdjęcia napastnika i numer rejestracyjny samochodu, którym odjechał. Wtedy sprawca znalazł się szybko.

Edit: Na prośbę rzecznika Komendanta Głównego Policji informuję, że wskazana przeze mnie osoba została ustalona i...

Opublikowany przez Małgorzata Korólczyk-Rabek na 14 października 2017
Rzecznik podlaskiej policji oczywiście zdaje sobie sprawę z ostrych komentarzy pod adresem funkcjonariuszy. Zapewnia, że są one niezasłużone i przyznaje, że moc internetu jest ogromna – apel rodziny osoby poszkodowanej często sprawia, że działania przyspieszają. – Oczywiście, że odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa spoczywa na policji. To bardzo dobre i bardzo fajne, że w społeczeństwie są osoby, które zdają sobie sprawę, iż warto nam w tym pomóc. Kiedyś słyszałem takie powiedzenie: 'Policja jest tak silna, jak mądre jest społeczeństwo, dla którego ona pracuje' – podsumowuje nadkom. Tomasz Krupa.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...