shutterstock

O pewnych zawodach panuje przekonanie, że może je wykonywać każdy, a do tego zapewniają maksimum „lansu” przy minimum wysiłku. Najczęściej takie zdanie pojawia się w kontekście zawodu stylisty, fotografa i dziennikarza. Ile w nim prawdy?

REKLAMA
Dziennikarstwo wydaje się teraz osiągalne jak nigdy wcześniej. Wszyscy, którzy "coś kiedyś gdzieś" opublikowali lubią mówić o sobie per „dziennikarze”. Akredytacja dziennikarska pozwala wejść za kulisy miejsc niedostępnych dla „zwykłych” ludzi. To już wystarczy, żeby mieć chętkę, aby dołączyć do klubu. Wywiad to przecież zwykła rozmowa, a każdy ma jakąś opinię. Warsztat wydaje się pojęciem mgławicowym, zapomnianym słowem z lamusa nudnych pojęć. Mamy wolną amerykankę, a jednocześnie rosnący głód lepszych tekstów, do których coraz trudniej się przebić.
Im więcej ciebie tym mniej
Co prawda miejsc etatowych w dużych, szacownych tytułach jest coraz mniej, a pomysł na utrzymywanie się z pisania freelancerskiego zakrawa o szaleństwo, ale przecież można zarabiać na innym polu i publikować treści publicystyczne, wywiady czy recenzje na swoich blogach czy portalach, które agregują autorów, o których istnieniu papierowe media nie mają pojęcia.
Niejednokrotnie są to zresztą autorzy świetni, którzy nie mają wystarczającej pewności siebie czy kontaktów, żeby przebić się do mediów głównego nurtu. Nikt już nie marnuje czasu na skanowanie, pojawiających się w rosnącym tempie tekstów na każdy temat, nikomu nie chce się szukać nowych talentów, które można następnie odławiać, pielęgnować i wychować na tuzy. Dla wielu redaktorów wydaje się to ogromną stratą czasu i pieniędzy – dopóki nie podstawisz się im przed nos ( najlepiej kilkukrotnie) nie możesz liczyć na to, że ktoś cię przeczyta, „odkryje” i zatrudni.
Odrębną sprawą jest fakt, że coraz trudniej powiedzieć, czym teksty dziennikarskie miałyby być – a to oczywiście stwarza możliwości do podciągania pod tę etykietkę tekstów najróżniejszych. Czy lepiej szerzej otworzyć drzwi dla chętnych czy wprowadzić surową „door selection”? Polityka otwartych drzwi wpuszcza wielu niechcianych gości, polityka gęstego filtra może skończyć się odrzuceniem wartościowych autorów. Jak jednak nadążyć z „witaniem gości”, skoro jest ich aż tylu?
Fotografowie i fotoroby
Mamy już więc tekst. Wypadałoby czymś go zilustrować. Długa kolejka ustawia się również po zlecenia w zawodzie fotografa. Karol Gregoruk, fotograf miesiąca Nikona, tłumaczy:
– Są fotografowie, których jedyne umiejętności to zdolności autokreacji i którzy potrafią świetnie „wbić” się w środowisko, mimo że to, co robią nie przedstawia sobą żadnej wartości artystycznej. Mają po prostu dobry pomysł na siebie i znajdują się w odpowiednim czasie i miejscu. Wielu fotografów staje się rozpoznawalnych dzięki pewności siebie i sile przebicia – jeśli chcesz zaistnieć, nie możesz się chować, musisz szukać dróg. Ludzie są jednak mimo wszystko mądrzy – jeśli dobijesz się wysoko, a u szczytu okaże się, że twoje umiejętności to bardziej efektowna autoprezentacja, niż warsztat – prześwietlą cię i odrzucą. Jeśli natomiast chcesz przez chwilę być modny i zaistnieć w środowisku – to pewność siebie, a nie aparat poniesie cię dalej. Jeśli chcesz czegoś więcej niż chwilowy blichtr – wtedy praca fotografa jest jednym z najtrudniejszych zawodów.
– Musisz cały czas pilnować, żeby być na czasie z kulturą masową czy alternatywną. Znajomi mówią mi, że przecież ja nie pracuję, ciągle siedzę w jakiejś kawiarni. Tymczasem dla mnie chodzenie na wystawy, oglądanie albumów w księgarni, przeglądanie w kawiarni magazynów, to moja praca. Z takich „badań terenowych” buduje się potem grunt pod pomysły. Wiele osób mówi: "o też mógłbym robić takie zdjęcia, jak Terry Richardson, co w tym trudnego, żeby ustawić ładną dziewczynę na tle białej ściany i błysnąć fleszem." Nie mają pojęcia o jego warsztacie i o tym, że ten fotograf poza „łatwym i i przyjemnymi” zdjęciami dziewcząt robi też trudne, ale tez wiążące się z ogromną odpowiedzialnością i wrażliwością kampanie reklamowe dla Sisleya czy H&M. Na szczęście, czasem modni bywają także genialni twórcy.
Wszyscy znają się na ciuchach
Inny zawód, w którym równie łatwo pomylić fachowca z żółtodziobem to stylistka. Kto w końcu nie potrafi zebrać ubrań do niebieskiego worka z Ikei w miarę sensownie zestawić ich ze sobą na modelce? Każdy przecież ma jakiś gust. Stylistki więc pewnie nie mają żadnych specjalnych kwalifikacji, a tylko „dobrze się ustawiły”. Gabi Gnat, stylistka pracująca w zawodzie od dekady ( zaczynała w pierwszych polskich magazynach lajfstajlowych: „A4 Magazyn”, „Aktiviscie” i „Exklusivie” z początku lat 90. ) twierdzi:
– Pracuję w tym zawodzie już od dawna i pamiętam, że kiedy zaczynałam, było zupełnie inaczej. Nie było mody na zawód stylistki, nie był to klucz to zaistnienia w towarzystwie, raczej zajawka stosunkowo niewielkiej grupy osób. Teraz stylistek jest tyle, że trudno stwierdzić, co właściwie oznacza to pojęcie. W większości nie znam tych osób, bo zwykle nie są to ludzie, którzy rzeczywiście pracują w zawodzie, ale ci, którzy zrobili zaledwie kilka sesji i już poczuwają się do tytułu. Denerwuje mnie to bardzo. To przecież psuje rynek! Wiele z tych osób nie ma kwalifikacji, nie ma swojego stylu, bezwstydnie kopiuje pomysły z zagranicznych gazet albo takie, którzy styliści dłużej obecni na rynku robili kilka lat temu.
– Robią po łebkach, za małe pieniądze, i co najgorsze, magazyny to publikują, bo zależy im na oszczędnościach, a czasem też nie ma tam osób, które potrafią odróżnić złe od dobrego. Czasem prowadzi to do odsunięcia na bok osób, które naprawdę się znają na modzie. Na szczęście jednak wciąż to profesjonaliści są najczęściej brani do pracy i dostają prestiżowe zlecenia. Z prostego powodu – można im zaufać, nie są sezonowymi efemerydami, które bardziej bawią się niż pracują i o których słuch równie szybko zaginie, jak szybko zrobił się szum.
Żyjemy w czasach dominacji social media, wszelkich odmian popkultury, silnego oddziaływania obrazu i nieustannego naporu informacji. Nic dziwnego, że to właśnie profesje związane z wizerunkiem oraz takie, które szybko i trafnie komentują rzeczywistość obrazem czy tekstem stają się obiektami największego pożądania i jednocześnie największej pogardy. W każdym zawodzie są wannabes i ci, którzy ciężko harują. W zawodach, które aktualnie są modne, czy też użyteczne w komentowaniu tak zwanych dzisiejszych czasów, widać to mocniej. Jaka jest wasza opinia?