
W jednym z tczewskim mieszkań znaleziono zwłoki Józefa. 60-latek od lat nie korzystał z pomocy opieki społecznej i żył w nieogrzewanym lokalu komunalnym. Był "łagodny" i lubiany przez sąsiadów, dlatego tak bardzo im zależało, by nic złego z Józkiem w te mrozy się nie stało. Przynosili mu ciepłe posiłki. A jak nie odpowiadał, gdy pukali do drzwi, to zaczęli się martwić. Powiadomili i straż, i policję. Ale na ich reakcję trzeba było zaczekać do następnego dnia. Spóźnili się. Teraz prokuratura bada, co było przyczyną śmierci 60-latka, a i w policji trwa postępowanie wyjaśniające.
REKLAMA
"Mama, Józek chyba nie żyje"
"Ten pan po prostu zamarzł... apeluję, żeby zgłaszać, ja zgłosiłam, nikt się nie ruszył" – napisała pod jednym z artykułów na facebookowej stronie Tczewska.pl Kamila Gorzyńska, sąsiadka Józefa. To ona donosiła mu ciepłą zupę. Uważnie słuchała, o czym trąbiono w telewizji, by wraz z mrozem rosła czujność i empatia, by nie zapominać o osobach, które są szczególnie narażone na zamarznięcie. I to ona w niedzielę zadzwoniła najpierw na straż miejską, poźniej na policję. "Przyjmujący zgłoszenie (policjant – red.) stwierdził, że nie widzi powodu do wysłania patrolu" – napisała potem na Facebooku, już po śmierci Józefa. Zwłoki mężczyzny znaleziono w kamienicy przy ulicy Wyszyńskiego w Tczewie (woj. pomorskie).
"Ten pan po prostu zamarzł... apeluję, żeby zgłaszać, ja zgłosiłam, nikt się nie ruszył" – napisała pod jednym z artykułów na facebookowej stronie Tczewska.pl Kamila Gorzyńska, sąsiadka Józefa. To ona donosiła mu ciepłą zupę. Uważnie słuchała, o czym trąbiono w telewizji, by wraz z mrozem rosła czujność i empatia, by nie zapominać o osobach, które są szczególnie narażone na zamarznięcie. I to ona w niedzielę zadzwoniła najpierw na straż miejską, poźniej na policję. "Przyjmujący zgłoszenie (policjant – red.) stwierdził, że nie widzi powodu do wysłania patrolu" – napisała potem na Facebooku, już po śmierci Józefa. Zwłoki mężczyzny znaleziono w kamienicy przy ulicy Wyszyńskiego w Tczewie (woj. pomorskie).
W jego mieszkaniu miało być siedem stopni mrozu. Na zdjęciach, które opublikowano w lokalnych mediach, widać skromne i zapuszczone pomieszczenie. Na jednym: rozbity piec kaflowy, obok którego stoi zniszczony fotel. Na kolejnym: puste łóżko ze zrolowaną kołdrą. W rozmowie z dziennikarzami Tczewska.pl Kamila Gorzyńska (nie odpowiedziała na naszą prośbę rozmowy) opowiadała, że jeszcze w piątek dała Józefowi jedzenie. A w niedzielę wieczorem zadzwoniła na straż miejską. Odesłali ją na policję. – Dyżurny policjant nie widział powodu, żeby wysłać patrol, bo pan żyje w mieszkaniu – mówiła Gorzyńska.
Kontakt z Józefem się urwał. Nikt nie widział go na ulicy. Nie było żadnej reakcji, gdy sąsiedzi pukali do jego drzwi. – W niedzielę, około godziny 14:00, też chciałam zanieść mu obiad, ale odmówił. Wtedy jeszcze żył – mówiła dziennikarzom Tczewska.pl inna sąsiadka, Maria Makowska. W poniedziałek jej zięć miał się wspiąć na dach i przez okno dostać do mieszkania 60-latka. – Powiedział: "mama Józek chyba nie żyje". Wezwaliśmy policje – relacjonowała Makowska.
Z kolei policja o 15:48 zawiadomiła straż pożarną, by otworzyć mieszkanie. – Po przyjeździe zabezpieczono teren działania. Do mieszkania strażacy weszli w asyście policji. W mieszkaniu znajdowały się zwłoki mężczyzny – informuje nas młodszy aspirant Michał Myrda ze Straży Pożarnej w Tczewie.
Dlaczego?
Wielu zachodzi w głowę, dlaczego nie było natychmiastowej reakcji policji, dlaczego straż miejska nic nie zrobiła? – Wezwano ich już w niedzielę. A przyjechali dopiero w poniedziałek po 15:00. Jak to się stało, że w niedzielę nikt nie podjął interwencji? – zastanawia się lokalny dziennikarz, z którym rozmawiamy przez telefon. O to, dlaczego w odpowiednim czasie nie zareagowano pytamy straż, policję i prokuraturę.
Straż miejska: – Zadzwoniła do nas kobieta (mowa o zgłoszeniu sprawy przez Kamilę Gorzyńską – red.) mówiła, że się martwi, opowiedziała życiorys tego pana. Dyżurny poprosił ją, by zadzwoniła do policji i raz jeszcze im o tym opowiedziała. Bo nic by nie dało, gdyby pojechał tam strażnik. My nie mamy uprawnień, żeby wejść do mieszkania. I ta pani zgodziła się. Za kilka minut zadzwoniła na policję. A efekt później był taki, jaki był – mówi nam Andrzej Jachimowski, komendant Straży Miejskiej w Tczewie.
Policja: – My z mediów dowiedzieliśmy się, że wcześniej było zgłoszenie, dlatego Komendant Powiatowy Policji w Tczewie zlecił przeprowadzenie czynności wyjaśniających – mówi nam asp. sztab. Dawid Krajewski.
Dlaczego?
Wielu zachodzi w głowę, dlaczego nie było natychmiastowej reakcji policji, dlaczego straż miejska nic nie zrobiła? – Wezwano ich już w niedzielę. A przyjechali dopiero w poniedziałek po 15:00. Jak to się stało, że w niedzielę nikt nie podjął interwencji? – zastanawia się lokalny dziennikarz, z którym rozmawiamy przez telefon. O to, dlaczego w odpowiednim czasie nie zareagowano pytamy straż, policję i prokuraturę.
Straż miejska: – Zadzwoniła do nas kobieta (mowa o zgłoszeniu sprawy przez Kamilę Gorzyńską – red.) mówiła, że się martwi, opowiedziała życiorys tego pana. Dyżurny poprosił ją, by zadzwoniła do policji i raz jeszcze im o tym opowiedziała. Bo nic by nie dało, gdyby pojechał tam strażnik. My nie mamy uprawnień, żeby wejść do mieszkania. I ta pani zgodziła się. Za kilka minut zadzwoniła na policję. A efekt później był taki, jaki był – mówi nam Andrzej Jachimowski, komendant Straży Miejskiej w Tczewie.
Policja: – My z mediów dowiedzieliśmy się, że wcześniej było zgłoszenie, dlatego Komendant Powiatowy Policji w Tczewie zlecił przeprowadzenie czynności wyjaśniających – mówi nam asp. sztab. Dawid Krajewski.
Sprawą Józefa zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Tczewie. Ale po komentarz odsyłają do rzeczniczki z okręgowej. – Nie wiemy, czy przyczyną zgonu mężczyzny było zamarznięcie. Sprawę prowadzi Prokuratura Rejonowa w Tczewie. W jej toku będą ustalane przyczyny zgonu – odpowiada zdawkowo Grażyna Wawryniuk, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
"Łagodny Józek"
Nie wiadomo, czy Józef zamarzł we własnym domu. Prokuratura bada, co było przyczyną śmierci, a w policji trwa postępowanie wyjaśniające. Wszystkim jest przykro.
"Łagodny Józek"
Nie wiadomo, czy Józef zamarzł we własnym domu. Prokuratura bada, co było przyczyną śmierci, a w policji trwa postępowanie wyjaśniające. Wszystkim jest przykro.
Przykro jest też sąsiadom. Bardzo lubili Józefa i chcieli ochronić przed najgorszym. 60-latek miał czwórkę dzieci i siostrę, ale mieszkał sam. – Miał rentę, ale od kilku lat nie korzystał z żadnych dodatkowych świadczeń. Słyszałem w MOPS, że on był doskonale zorientowany, gdzie może się zwrócić, by otrzymać pomoc. Jednak od kilku lat tego w ogóle nie robił – mówi nam lokalny dziennikarz, który prosi o anonimowość.
I faktycznie, tczewski MOPS potwierdza, że mężczyzna od pięciu lat nie korzystał z pomocy społecznej, "posiadał własne środki do życia". – W ostatnim czasie nikt z rodziny czy sąsiadów nie zgłaszał się do tutejszego ośrodka w sprawie pomocy – informuje nas Julia Jakubowska, dyrektor MOPS. – Pan Józek był łagodnym, niegroźnym sąsiadem. Nie chciał pomocy od MOPS. Był świadomy, w jakich warunkach żył. Sam tego chciał – mówi naTemat sąsiadka 60-latka.
Dlatego pomagali mu sąsiedzi. – Donosili panu Józefowi obiady. Z moich informacji wynika, że ten pan od alkoholu nie stronił, natomiast nie sprawiał żadnych problemów. Nie wiem, czy on sobie nie radził, czy po prostu taki styl życia wybrał – podkreśla dziennikarz.
"Nie bądźmy obojętni! Nie bójmy się dzwonić!"– apeluje Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, by reagować, gdy na mrozie widzimy kogoś, kto potrzebuje pomocy. Wystarczy wybrać numer alarmowy 112.
