W rozmowie z naTemat.pl politolog i były europoseł wybrany z list PiS komentuje najnowsze sondaże, które sugerują, że "dobra zmiana" płaci za tzw. aferę z nagrodami.
W rozmowie z naTemat.pl politolog i były europoseł wybrany z list PiS komentuje najnowsze sondaże, które sugerują, że "dobra zmiana" płaci za tzw. aferę z nagrodami. Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta

Znaczna część Polaków jest w stanie wybaczyć władzy naruszanie standardów demokratycznych i mogą oni nabierać się na historię o "wstawaniu z kolan" oraz czynieniu z Polski mocarstwa. Jednak żadna z tych spraw nie dociera do wyborców PiS tak konkretnie, jak fakt, iż Beata Szydło sama sobie przyznała nagrodę w wysokości dwuletnich zarobków zwykłych ludzi. To przemawia do wyobraźni Polaków o wiele silniej niż najgorętsze apele opozycji – mówi #TYLKONATEMAT dr Marek Migalski. – Mamy do czynienia z powolnym spadkiem poparcia dla PiS – ocenia politolog i były europoseł wybrany z list partii Jarosława Kaczyńskiego.

REKLAMA
Przyjmijmy hipotetycznie, że jestem posłem PiS i zgłaszam się do pana z prośbą o doradztwo z zakresu marketingu politycznego. Wiem, że wkrótce w Sejmie Beata Szydło za wszelką cenę będzie broniła nagród dla ministrów, wiceministrów, wojewodów oraz członków gabinetów politycznych i zaplanowano, że będzie owacja na stojąco. Proszę więc pana o radę, czy do tej owacji dołączyć, bo obawiam się, że moim wyborcom to się nie spodoba...
Na wstępie chciałbym tylko zaznaczyć, że w rzeczywistości takich rad nie udzielam. Pełnię dziś rolę komentatora, a to powinno wykluczać działalność w marketingu politycznym. Choć wiemy, że niektórzy sprawnie te działalności łączą. Co uważam za niemoralne...
Jeśli jednak podchodzimy do tego czysto hipotetycznie, to ostrzegłbym takiego klienta, iż to najgorsze, co może zrobić polityk, gdy popiera rękami i nogami – wszakże mówimy o wstawianiu i klaskaniu – tak niepopularny krok, jak podwyżki lub premie dla rządzących.
Choć może nieco inaczej moja odpowiedź brzmiałaby, gdyby pytał pan jako członek frakcji Beaty Szydło. Wówczas trzeba byłoby kalkulować między niechęcią wyborców a przychylnością politycznego patrona. Wówczas doradzałbym jednak przede wszystkim przemyślenie tego, czy Beata Szydło aby na pewno jest patronem najlepszym.
Bo coraz wyraźniej widać, że taki patron w PiS bardzo szybko traci moc. Na przykład poprzez to upupianie, ośmieszanie i ubezwłasnowolnianie, które widzieliśmy w najnowszym wywiadzie prezesa Kaczyńskiego. Bo tak właśnie należało czytać te słowa o zachęcaniu jej do "pokazania pazurków".
Czy tzw. afera z nagrodami to coś podobnego dla PiS, jak osławione ośmiorniczki dla PO? To cezura, po której są już tylko kłopoty?
Obliczyłem kiedyś, że miesięcznie Małgorzata Sadurska, która do PZU przeszła z funkcji bliskiej współpracowniczki prezydenta Andrzeja Dudy, za swoją obecną miesięczną pensję może kupować 3 tony ośmiorniczek. Trzy tony, co miesiąc... W zależności od tego, jakie przyjmiemy kryteria oceny, rozpasanie tej ekipy należy uznać za co najmniej takie samo, jak poprzedników lub nawet większe. Różnica jest tylko taka, że wielu politykom "dobrej zmiany" na serio przyświeca poczucie wyższości moralnej. Uważają, iż wolno im więcej, bo niosą sztandar moralnej odnowy.
Co jest bardzo zgubne. Znaczna część Polaków jest w stanie wybaczyć władzy naruszanie standardów demokratycznych, ubezwłasnowolnienie Trybunału Konstytucyjnego i mogą oni pozwalać nabierać się na historię o "wstawaniu z kolan" i czynieniu z Polski mocarstwa. Jednak żadna z tych spraw nie dociera do wyborców PiS tak konkretnie, jak fakt, iż Beata Szydło sama sobie przyznała nagrodę w wysokości mniej więcej dwuletnich zarobków zwykłych ludzi. To przemawia do wyobraźni Polaków o wiele silniej niż najgorętsze apele opozycji o ukaranie PiS za łamanie europejskich standardów demokratycznych.
Czyli politycy PiS mylą się, gdy tłumaczą, że z tymi nagrodami emocje zaraz opadną, bo jest 500+, a zaraz będzie Mieszkanie+ i zwykli ludzie też dostają pieniądze?
Mogą się mylić... Beata Szydło wymyśliła na siebie taki pomysł, który zakładał, iż zostanie zapamiętana przez wyborców, jako osoba transferująca do zwykłych Polaków środki budżetowe. Z drugiej strony – co było wyraźnie widać ostatnio – przez aparat partyjny chciała zostać zapamiętana, jako osoba, która także jemu zapewniła dobrobyt.
To niby fajna koncepcja, bo zapewniałaby Beacie Szydło zarówno poparcie społeczne, jak i wewnątrzpartyjne. Problem w tym, że między jednym a drugim jest zasadnicza sprzeczność. Im bardziej Szydło chce dbać o aparat partyjny, tym bardziej krytyczni wobec niej staną się wyborcy. Może nie zapomną od razu, co rząd PiS dla nich zrobił, ale mogą zacząć wierzyć, że inna ekipa zrobi to równie dobrze, ale bez tego ostentacyjnego rozpasania.
Co ciekawe, dokładnie odwrotnie Jarosław Kaczyński wymyślił Mateusza Morawieckiego. On zajmuje diametralnie inne stanowisko niż Szydło. Powiedział, że koniec z nagrodami i zapowiedział spinanie budżetu, kończące z rozdawnictwem dwóch pierwszych lat. W związku z czym Morawiecki będzie nielubiany zarówno przez aparat partyjny, jak i wyborców. Jest więc w jeszcze gorszej sytuacji. Przy pewnej dozie szczęścia, plan Szydło mógłby się jeszcze udać. Morawiecki ma tymczasem misję samobójczą. To prowadzi do naturalnej konfrontacji między Szydło i Morawieckim.
I kto na tej konfrontacji korzysta?
Na pewno nie korzysta na tym PiS. Gdy w partiach zaczynają się wewnętrzne wojny, przez które rządzący przestają zajmować się głównie wyborcami, zawsze kończy się to źle. Dotknęło to SLD, PiS w czasach walki z LPR i Samoobroną, a także PO. Jeśli więc obecna wojna wewnętrzna nie zostanie szybko zakończona, "dobra zmiana" podzieli los poprzedników.
Rozstrzygnięcie tej wojny zależy tylko od jednego podmiotu, który osobiście zyskuje na konflikcie, czyli od prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Jego ulubioną metodą jest bowiem napuszczanie na siebie polityków własnej formacji. Tylko on jest władny, by takie konfrontacje zatrzymać. Dotąd żelazną zasadą było, że w tych sporach prezes Kaczyński decydował, iż przegrywa ten, kto jest silniejszy. Zawsze podcinał tych, którzy wychodzili na prowadzenie w partyjnej rywalizacji. Oczywiście dlatego, by z czasem ta postać nie zagroziła jemu samemu.
Jakkolwiek zyskują koalicjanci PiS? To wszystko dobre informacje dla Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry?
Nie sądzę. Oni wszyscy jadą na tym samym wózku. Niepowodzenie PiS jest równe z klęską całej Zjednoczonej Prawicy. Co więcej, Gowin i Ziobro przestali być potrzebni Kaczyńskiemu. Te hamletowskie dylematy Gowina, gdy głosował za złymi zmianami, by ratować większość sejmową, są już niepotrzebne. Kilku posłów Porozumienia można bowiem łatwo zastąpić Wolnymi i Solidarnymi, niezrzeszonymi oraz paroma osobami wyrwanymi od Kukiza. O tym dobrze wie także Ziobro.
Oni byli potrzebni dwa lata temu do zbudowania koalicji, ale dzisiaj stają się zbędni. Ich pozycja bardzo mocno osłabła. I nie będzie budowana kosztem PiS. Wśród opinii społecznej oni są postrzegani jako cześć PiS. Nikt nie będzie więc porzucał PiS, by zagłosować na "wolnorynkowego Gowina" lub "szeryfa Ziobrę".
W sondażach tradycyjnie mamy wielkie rozbieżności, ale w ostatnich tygodniach wszystkie pracownie są zgodne co do tego, że obóz "dobrej zmiany" traci...
Analiza tendencji jasno wskazuje, że mamy do czynienia z powolnym spadkiem poparcia dla PiS i pewnym odbudowywaniem się PO oraz SLD. Niewątpliwie możemy być już pewni, że takie zjawiska występują. Stawiam więc tezę, że gdyby wybory parlamentarne odbywały się dzisiaj, zakończyłby się bardzo podobnym wynikiem do tego z 25 października 2015 roku.
Jednak bardzo ciekawi mnie, jak te obserwowane obecnie procesy będą dalej przebiegały. Kto powie, że to już jest początek nieuchronnego końca PiS i zapowiedź ich klęski w 2019 roku, ten będzie równie niemądry, jak ci, którzy mówią, iż to tylko chwilowe kłopoty "dobrej zmiany" i ma ona zapewnioną wygraną w kolejnych wyborach.
Piłka cały czas jest w grze, a ostateczny wynik zależy od mądrości liderów PiS, jak i opozycji. Niebagatelne znaczenie mają też sytuacja międzynarodowa i kondycja gospodarcza. A także zupełnie nieprzewidywalne wydarzenia, jak na przykład śmierć któregoś z liderów lub wybuch nowych konfliktów za wschodnią granicą. Polityka jest tak fascynująca właśnie dlatego, że może się w niej wydarzyć absolutnie wszystko.
Czy uwierzył pan w nagły atak alergii Jarosława Kaczyńskiego, czy też był w obozie tych, którzy uznali, iż prezes PiS uciekł przed kłopotami?
Przyczyny nieobecności prezesa Kaczyńskiego może być tak naprawdę wiele. Może to rzeczywiście była alergia, a może boryka się on z poważniejszymi problemami zdrowotnymi. Kalkulacja polityczna również mogła mieć znaczenie. A wszystko to mógł być po prostu... przypadek. Zapewne tylko sam prezes zna prawdę.