Jan Pospieszalski i Jerzy Urban pewnie nigdy nie spotkaliby się na żywo. Ale w karczmie "Biesiadnej" jadł i jeden i drugi
Jan Pospieszalski i Jerzy Urban pewnie nigdy nie spotkaliby się na żywo. Ale w karczmie "Biesiadnej" jadł i jeden i drugi fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Kazik Staszewski i Piotr Kupicha, Jerzy Urban i Jan Pospieszalski, Kaja Paschalska i Jacek Żakowski. To wbrew pozorom nie jest wynik naszej gry w wynajdywanie przeciwieństw. Wszystkie te postaci, bez względu na podziały, stołują się w jednej restauracji. Czym przyciąga ich bar przy krajowej "siódemce"?

REKLAMA
Na 255 kilometrze drogi krajowej numer 7, między Mławą a Płońskiem, w sąsiedztwie absolutnie niczego. Tak mniej więcej można opisać lokalizację karczmy "Biesiadnej". Mimo że przydrożny bar nie ma żadnych reklam, a jego strona internetowa od dawna nie działa, w ciepłe weekendy trudno znaleźć miejsce na parkingu. Jedzą tu rodziny z dziećmi, kierowcy TIR-ów, zakochane pary i dziesiątki celebrytów.
Każdy z nich zostawia po sobie ślad – niewielką deskę do krojenia z autografem. Pamiątki po sławnych gościach zajmują już dwie ściany lokalu.
"Bardzo dziękuję. Pyszna wątróbka i reszta!" – napisał Janusz Weiss. "Dziękujemy za smaczne pierogi" – chwalił Jan Pospieszalski. "Znowu pycha!" – zachwycał się Mietek Szcześniak. "Dzięki!" – Olaf Lubaszenko. "W Biesiadnek przekarmieni ludzie gapią się na niedokarmione świnie" – w swoim stylu podsumował Jerzy Urban.
W "Biesiadnej" swój ślad zostawili też: Maria Czubaszek, Kazik Staszewski, Katarzyna Figura, Jan Piechociński, Jacek Żakowski, Piotr Kupicha, Krzysztof Hołowczyc i wielu innych znanych artystów i dziennikarzy. Swoje tabliczki zostawili też goście z Korei i ci arabskojęzyczni.
Skąd pomysł na kolekcjonowanie pamiątek po gościach? – Tu był taki stary, obskurny bar. Jego właściciel zbierał podpisy sławnych ludzi na tacach. Kiedy w 2004 roku wybudowaliśmy tu Biesiadną, pomyśleliśmy, że będziemy kontynuować tradycję – mówi właścicielka restauracji, Agnieszka Stulich. – Jeśli kelnerzy poznają jakiegoś gościa, podchodzą do niego i proszą o pozostawienie pamiątki. Ale czasem, widząc naszą kolekcję, chcą zostawić autograf sami.
Właścicielka "Biesiadnej" przyznaje, że w zasadzie przygotowania nowych deseczek nikt już nie kontroluje – tradycja żyje własnym życiem. Do baru wiele osób przywozi już nawet pamiątki wykonane wcześniej. – Nie zawsze mamy deski w zapasie. Dzisiaj na przykład nie mamy ani jednej. Ale gdyby ktoś przyjechał, to weźmiemy jego podpis na wałku. Czymkolwiek drewnianym – przekonuje Agnieszka Stulich.
Właścicielka zapewnia jednak, że wśród dziesiątek deseczek ma swoich faworytów. – Dla mnie nadal najcenniejszą jest ta, pozostawiona przez Urszulę Dudziak. Po otwarciu "Biesiadnej" to była nasza pierwsza klientka – wspomina.
Dlaczego klienci restauracji chcą zostawiać po sobie w niej ślady? Zapytaliśmy Mariusza Pudzianowskiego, który także podpisał się na deseczce w "Biesiadnej".
– Zamówiłem takie jedzenie, jakie po prostu lubię. Nie było go w karcie, a i tak dostałem je w 20 minut – wspomina najpopularniejszy Strong Man w Polsce i dodaje, że kucharzom udało się przygotować mu porcję, której nie był w stanie zjeść. Teraz Pudzianowski jest stałym klientem przydrożnego baru.
– Jestem takim klientem, który dobrze nakarmiony wraca. W Warszawie mam taką jedną knajpę, do której chodzę od 7 lat. W Łodzi – od 11. W Biesiadnej zatrzymuję się za każdym razem, kiedy jadę "siódemką". Oczywiście zabieram tam też znajomych, którzy "Biesiadną" polecają dalej – opowiada.
Sukcesu baru w takiej strategii upatruje właścicielka. Choć "Biesiadna" nie ma reklam, ani nawet porządnej strony w internecie, a przy drodze nie zachęcają do jej odwiedzenia specjalne znaki, tłum jest tam niemal zawsze.
– To chyba przez nasze kucharki, które upierają się, że wszystko musi być robione na bieżąco. Smażą więc naleśniki, lepią pierogi. Zawsze można wpaść i zobaczyć, że nie robimy nic z mrożonek – przekonuje.
Jak napisali na swojej desce reporterzy "Wydarzeń" Polsatu: "Diabeł tkwi w szczegółach, a te są tutaj starannie dopracowane".