
Po ostatniej aferze z antysemickimi postami zamieszczonymi na Facebooku przez polityka Prawa i Sprawiedliwości Waldemara Bonkowskiego wydawałoby się, że tego typu ksenofobiczne wybryki na prawicy nie będą miały już miejsca. Nic bardziej mylnego. Kazimierz Płotkowski, były przewodniczący Regionu Śląskiego partii Polska Razem Zjednoczona Prawica, stwierdził ostatnio na Twitterze, że "Żydzi to nie ludzie, to zwierzęta". Jego wyjaśnienie jest dość kuriozalne.
– Jest on skrajny nawet na tle tej całej fali antysemickich treści, z którymi mamy do czynienia w internecie i w ogóle w życiu publicznym w ostatnich tygodniach – mówi naTemat prof. dr hab. Rafał Pankowski, ze stowarzyszenia „Nigdy Więcej”, wykładowca Collegium Civitas. – Jest to rzeczywiście bardzo bulwersujące. Po pierwsze szokująca jest sama treść rasistowska, a po drugie bulwersujące jest to, że autorem wpisu nie jest wcale taka anonimowa postać. Z powszechnie dostępnych informacji wynika, że jeszcze dwa, czy trzy lata temu był to członek władz jednej ze znaczących partii politycznych w Polsce (Polska Razem - przyp. red.). Na oficjalnej stronie tej partii do dzisiaj można znaleźć informacje o jego związkach z tą partią. Nie jest już jej działaczem, bo pisał w sieci, że wrócił do biznesu, ale nie jest też postacią zupełnie anonimową – dodaje ekspert.
– Tam chodziło o artykuł, gdzie nas (Polaków - przyp.red.) przyrównano do świń i pokazano, że Polacy świnie okradali Żydów w gettcie – mówi Kazimierz Płotkowski. – Uważam, że skoro ktoś mnie może nazwać świnią, to ja też mogę. Bardzo denerwuję się, że ktoś mnie obraża i nawet nasze władze nie reagują na to. Jestem dumny z zachowania Żydów, którzy umieją bronić swojego dobrego imienia, a jestem zdziwiony, że nasz rząd, wicepremier Gliński, nie może nas bronić, kiedy nas obrażają, bo ja nie mam pretensji do Żydów, ja mam pretensję do tych, którzy mnie nie lubią tylko dlatego, że jestem Polakiem – wyjaśnia Kazimierz Płotkowski.
Profesor zwraca także uwagę na kwestię anonimowości w sieci oraz obowiązujące w Polsce przepisy Kodeksu karnego, które przecież zabraniają głoszenia nienawiści. – Bezkarność tego typu wpisów w internecie jest czymś haniebnym. W ogóle w internecie nie ma czegoś takiego jak pełna anonimowość, ale w tym przypadku mamy do czynienia z działaniem z otwartą przyłbicą: pod imieniem, nazwiskiem i to znanym nazwiskiem z polityki, działalności publicznej - stwierdza nasz rozmówca.
Oczywiście antysemityzm istniał już wcześniej, ale jego skala i jego coraz bardziej skrajne formy wyrażania są zatrważające. Jeszcze kilka miesięcy temu trudno wręcz byłoby sobie wyobrazić, że osoby publiczne będą wyrażały swoje poglądy antysemickie, i to tak skrajne, w tak skrajnych formach.
Bez względu na kontekst, takie treści nie powinny trafiać do sieci, zwłaszcza, gdy pisze je osoba publiczna. Co powinno się wydarzyć, żeby nie były publikowane?