"W moim przypadku 20 procent to około 2600 zł". Samorządowcom z PiS też nie podobają się obniżki sterowane z Warszawy

Jarosław Kaczyński wywołał wstrząs zapowiedzią obniżenia pensji politykom i samorządowcom.
Jarosław Kaczyński wywołał wstrząs zapowiedzią obniżenia pensji politykom i samorządowcom. Fot. Przemek Wierzchowski/Agencja Gazeta
Zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o obniżeniu wynagrodzeń politykom, głównie posłom, wywołała wstrząs. Ale nie mniejszy na szczeblu samorządowym, gdyż – jak zapowiedział prezes PiS – chodzi też o nowe limity dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Poruszenie po tych słowach widać jednak nie tylko wśród włodarzy opozycji. Ci związani z obozem władzy też mają zastrzeżenia i obawy. – Cóż to za samorząd, jeśli ktokolwiek w Warszawie może powiedzieć: "Oho, za dużo zarabiacie?" – mówi nam jeden z samorządowców PiS.


– Będzie dużo skromniej, niż było dotychczas – zapowiedział Jarosław Kaczyński. Pełna grupa, którą wymienił obejmuje – oprócz posłów i senatorów – także wójtów, burmistrzów, prezydentów miast oraz starostów i marszałków województw. "Popieram" – rozległo się zaraz w sieci. Niektórzy natychmiast zaczęli wytykać pensje samorządowców i porównywać je do polityków, choć w przypadku włodarzy i posłów maksymalna wysokość pensji wynosi 12,5 tys. zł.
Różnica jednak jest taka, że o wysokości pensji wójtów czy burmistrzów decydują lokalni radni. Dlatego fakt, że nagle miałaby się do tego mieszać Warszawa, nie wszystkim na dole się spodobał. I to nie tylko włodarzom, którym bliżej do ogólnokrajowej opozycji.


"Powinna ustalać rada gminy czy miasta"
Starosta oświęcimski, członek PiS od 15 lat, o propozycji obniżki dowiedział się z mediów. – Na razie to tylko zapowiedź prezesa Kaczyńskiego, ale uważam, że wcześniej powinny być szerokie konsultacje na ten temat. Uważam też, że wysokość wynagrodzenia wójtów, burmistrzów czy prezydentów powinna ustalać rada gminy czy miasta. Nie powinno to być regulowane ustawą parlamentarną – mówi w rozmowie z naTemat Zbigniew Starzec.


Jak obniżka dotknie go osobiście? – Za pracę, którą wykonuję, uważam że zarabiam godnie. Ale nawet moja skarbnik uważa, że za tę odpowiedzialność powyżej 200 mln zł zarobki powinny być wyższe. Cóż mam powiedzieć? W moim przypadku 20 procent to około 2600 zł. Ale ja nie przyszedłem do samorządu, by zarabiać pieniądze. Chcę startować w wyborach bezpośrednich, pomimo tego, że parlament chce obniżyć pensje – mówi starosta.


Tu wyjaśnienie. Wynagrodzenie wójta, burmistrza lub prezydenta miasta ustala rada gminy. Starosty – rada powiatu. A marszałka województwa – sejmik wojewódzki. Wysokość wynagrodzenia oparta jest na kwocie bazowej, która w 2018 roku wynosi 1789,42 zł - pensja włodarza może być jej siedmiokrotnością, czyli maksymalnie może wynieść 12,5 tys. zł. Pensje samorządowców zależą od wielkości miasta czy gminy, ostateczną decyzję podejmują radni.

Nie raz głośno było, gdy je obniżali, co odbierano jako zagrywkę polityczną – na przykład w przypadku prezydenta Białegostoku czy burmistrza Wołomina. Co chwila w ogóle wybuchają dyskusje o tym, jakie pensje im się należą. – Nasza odpowiedzialność jest ogromna. Jesteśmy pierwszym buforem. Do nas docierają pierwsi zadowoleni i niezadowoleni. Warszawa jest daleko. To my musimy ratować sprawy na pierwszym froncie, odpierać uderzenia i gasić pożar – uważa Zbigniew Starzec.

"Obniżki pójdą w dół"
Starosta oświęcimski przewiduje, że w związku z obniżkami problem może pojawić się gdzie indziej, i to ogromny. Bolesny wcale nie najbardziej dla samych włodarzy. Zresztą, mówią to również inni samorządowcy.

– Obniżka obejmie całą kadrę kierowniczą urzędów, skarbników, sekretarzy oraz naczelników wydziałów. Bo nie powinno być tak, aby skarbnik powiatowy zarabiał więcej niż starosta. Albo mniej niż naczelnik wydziału. Dlatego po kolei, ta obniżka, decyzją szefa urzędu, zejdzie w dół. A to może powodować ogromny problem z pracownikami w urzędzie, który i tak już jest ogromny. Widzę to już w tej chwili – twierdzi Zbigniew Starzec.

U niego, w 2017 roku, odeszło 9 osób z wydziału inwestycji, z architektury – 5, z finansów 4. – Mamy naprawdę ogromny problem z zatrudnianiem kadry do urzędu. Nie można znaleźć dobrych fachowców. Ich zarobki są bardzo, bardzo słabe – mówi.
Zbigniew Starzec

Szczyt marzeń dla dobrego inspektora to u mnie pensja rzędu 3 tys. zł brutto, a rynek pracy weryfikuje nasze możliwości płacowe. Firmy prywatne bardzo często korzystają z wykwalifikowanej już kadry urzędniczej podkupując ich o wiele wyższymi zarobkami. Jak mamy być konkurencyjni, gdy magister inżynier architekt zarabia u nas 2600-2700 zł?

"Jakby nie było większych problemów"
Wielu samorządowców zwraca na to uwagę. – My nie zarabiamy maksymalnych pieniędzy, dlatego myślę, że to nas nie dotknie. Ale gdyby miało to dotknąć pracowników urzędu, to miałbym inne zdanie. Bo nasi i tak zarabiają słabo. Za jakiś czas nie będzie nawet pracowników chętnych do pracy w gminie. Za 2 tys. zł netto nie będzie ludzi do pracy w urzędzie. A mieliśmy doganiać UE, gdzie ludzie zarabiają co najmniej 1000 euro – mówi naTemat Stanisław Szot, zastępca wójta w gminie Jeżowe.

To typowa wiejska gmina z silnym elektoratem PiS. Uważana za najbardziej pisową w powiecie niżańskim. – Sam popieram PiS od wielu, wielu lat. Jestem sympatykiem tego ugrupowania, tak jak i wójt gminy Jeżowe. Ale to, co leży nam na sercu, to mówimy tak, jak jest – mówi nam zastępca wójta. Od niemal 30 lat pracuje w samorządzie i nie pamięta pomysłów, by odgórnie obniżyć samorządowcom pensje.
– Może po części jest to zasadne. Ale nie wiem, czy to dobry moment na zajmowanie się tym problemem. Samorząd jest samorządem i po to nim jest, żeby miał określoną prawem samorządność. Są organy, które go kontrolują, czy działamy zgodnie z prawem, a nie żeby
ktoś w Warszawie groził nam palcem. Cóż to za samorząd, jeśli ktokolwiek w Warszawie może powiedzieć: "Oho, za dużo zarabiacie"? Jakby nie było większych problemów w gminach. Nasz kraj trzeba zorganizować, bo on jest niezorganizowany – mówi.

Dodaje też, że nie można się bawić samorządami: – Rząd bardziej powinien spojrzeć na to, co w samorządach jest ważnego i pilnego do poprawy. A nie to, że akurat w samorządach za dużo zarabiają, bo tak w większości nie jest.
"Władza na górze może kazać wszystko"
Stanisław Szot twierdzi, że u nich w gminie ważne jest dziś to, by nie musieli co roku dokładać 8 mln zł do oświaty i żeby te pieniądze można było przeznaczyć na inwestycje. – Władza na górze może kazać wszystko zrobić. Może dać nauczycielom podwyżki, nie przekazując dofinansowania na ten cel. Może zlecić gminie zadania do wykonania, nie dając finansowania. Wszystko się skupia na gminach. My dostajemy 10 mln subwencji oświatowej, a dokładamy prawie 8 mln. Ciągle się samorządom przykręca śrubę. Zobaczymy, co będzie dalej – mówi.

Wskazuje też na to, że premier Morawiecki zapewniał, że z kopyta mają ruszyć fundusze na drogi gminne, a wszystko leży. – Nie ma pieniędzy na drogi gminne – mówi.
Zrzucić winy na samorządy
Podobne głosy słychać i z lewa, i z prawa. Informacja o obniżkach na najniższym szczeblu wszędzie wywołała duże poruszenie. Lokalne portale zastanawiają się, ile u nich zarabiają włodarze i jak bardzo może ich uderzyć po kieszeni decyzja z Nowogrodzkiej. Samorządowcy odbijają piłeczkę. Nie podoba się ingerencja "góry", ale nie brak też głosów, że obniżenie pensji może wzmóc korupcję. Takie głosy pojawiły się już w lokalnych portalach:
Jan Puchała, starosta limanowski
dla Nowosadeczanin.info

To nie jest dobry pomysł. Uważam, że odpowiedzialność na takim stanowisku wiąże się też z odpowiednimi zarobkami. Niskie zarobki niosą ze sobą zagrożenie korupcją. Samorządowiec musi być dobrym menadżerem i powinien dobrze zarabiać. Obniżenie pensji może zaowocować negatywną selekcją. Ci najlepsi pójdą do prywatnego biznesu, ci słabi, często przypadkowi, będą się pchać do samorządu, postrzegając zarobki jako atrakcyjne. Czytaj więcej

Władysław Wnętrzak, wójt Rytra
dla Nowosądeczanin. info

Uważam, że rząd nie powinien tak mocno ingerować w funkcjonowanie samorządów. Obecnie mieszkańcy i rada mogą sami ustalić wysokość wynagrodzeń, które powinny być dostosowane do możliwości finansowych gmin. Nawet jeśli radni chcąc komuś dokopać i obniżyć wynagrodzenie, albo wręcz przeciwnie – jak są sukcesy, to je podnieść, to takie decyzje powinny być konsultowane z mieszkańcami za pośrednictwem radnych. Czytaj więcej

To wizerunkowy problem dla partii rządzącej, która teraz próbuje scedować część winy na samorządy. To populistyczna zagrywka, którą jestem zbulwersowana – to słowa Teresy Mazurek, wójt gminy Świdnica.

Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa mówił w TVN24: – Jeżeli ktoś ponosi odpowiedzialność, jak na przykład mówię o sobie, za ponad pięciomiliardowy budżet, a ma pensję zasadniczą 6200 złotych, to jest to kpina.
Samorządowcy, z którymi rozmawiamy, przyznają, że nikt z nimi niczego nie konsultował, o planach prezesa dowiadywali się np. z mediów. A jeden z wójtów na Podlasiu, gdzie PiS zawsze wygrywa, dowiaduje się tego od nas. – Wójtów też? I burmistrzów? Dla samorządowców też mają być obniżki? – pyta z niedowierzaniem. Dopiero po chwili dopowiada spokojnie: – Wiadomo, że jak będą obniżki to nie jest to dla samorządowców dobre. Ale jak obniżą, to obniżą. Trzeba będzie pracować za mniej. Może będzie mniej konkurencji?

Starosta Zbigniew Starzec: – Myślę, że zainteresowanie kandydowaniem w wyborach będzie o wiele mniejsze – i do parlamentu, i do samorządów.
"Nie wszyscy są hochsztaplerami"
Z punktu widzenia Warszawy wszyscy wójtowe czy burmistrzowie wrzuceni zostali do tego samego worka. A oni widzą to zupełnie inaczej. – W samorządach ludzie mają niskie zarobki. Nie we wszystkich samorządach jest tak, że się dobrze zarabia. Są samorządy, które nie wiedzą, na co wydawać pieniądze. A są takie, które mają niewystarczające dochody. My nie jesteśmy bogaci ani w atrakcje turystyczne, ani nie mamy zakładów. Mamy za to przyrodę, zdrowe powietrze, ale za to nikt nie płaci – mówi zastępca wójta gminy Jeżowe.
Nie wszyscy mają takie same wynagrodzenia, w biedniejszych gminach włodarzom dużo brakuje do maksimum 12,5 tys. – Ja przez kilkanaście lat miałem uposażenie jedno z najniższych w regionie i jestem za tym, by było jakieś ograniczenie górne. Uważam, że jakiś ustawowy ogranicznik powinien być w odniesieniu do wszystkich osób funkcyjnych. Limit górny powinien być zrobiony, gdyż są gminy nieprzyzwoicie bogate w stosunku do nieprzyzwoicie biednych – przyznaje w rozmowie z naTemat Janusz Słabicki, wójt gminy Stubno, również na Podkarpaciu.

Twierdzi, że jemu pomysł obniżek dla samorządowców się podoba, ale żeby zrobić to z głową. Jak mówi, jest za kontrolą i limitowaniem, gdyż ludzie bywają nieodpowiedzialni i zachłanni. – Ale nie można zakładać, że wszyscy są hochsztaplerami – podkreśla. I trudno odmówić mu racji.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...