
Dziś wystartowała także Liga Obrony Internetu, instytucja, którą można nazwać super bohaterem światowego internetu.
REKLAMA
Przebrała się miarka. Amerykańskie SOPA i PIPA, europejska ACTA oraz debata nad umową CETA to zbyt wiele dla użytkowników internatu. Postanowili zakończyć partyzancką walkę o wolność internetu, jaką prowadzono dotychczas w formie zrywów. Dziś wystartowała Liga Obrony Internetu (The Internet Defense League). Niejedna organizacja zaangażowała się w jej działanie m.in. Mozilla, Wordpress, Torrentfreak.
Każdy może być "Batmanem"
Każdy może przyłączyć się do LOI. Możemy zarejestrować w niej swoją stronę WWW lub maila. Wtedy dostaniemy kod, który możemy wkleić na swoją witrynę. Ten kod opublikuje na naszej stronie logo i informację o tym, że popieramy Ligę. W przypadku sytuacji kryzysowej dostaniemy kolejny kod, który opublikuje na naszej stronie informację o tym, co się dzieje i co grozi internetowi. Powstanie Ligi wymierzone jest w polityków, którzy działać mogą na szkodę internetu.
Logiem Ligi jest uśmiechnięty kot, przez twórców nazywany bat-sygnałem dla internetu. Organizatorzy planują wyświetlić go na budynkach niczym filmowe sygnał wzywający człowieka-nietoperza. Jak na razie zebrali fundusze na takie widowisko w czterech miastach: Nowym Jorku, San Francisco, Waszyngtonie i Londynie. Mają jeszcze kilka miast-kandydatów, między innymi... Ułan Bator w Mongolii. Specjalnie wynajęte na tę okazję projektory obwieszczą światu, że Liga nie śpi.
Internet niejednokrotnie swojej siły oddziaływania dowiódł, wydawać by się mogło, że nie potrzebuje swojego "Batmana". Otóż nic bardziej mylnego. Zdaniem ekspertów jest wciąż podatny na zagrożenie.
Koniec z sieciową partyzantką
– Jakieś 5-6 lat temu internet był neutralną siecią, wspólnotą. Odpowiednim słowem jest tu angielskie "commons", które nie ma dokładnego polskiego odpowiednika. Wszyscy mieli równe prawa, była to przestrzeń, gdzie każdy mógł swobodnie działać – mówi naTemat Michał Woźniak, prezes Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania, która była jednym z organizatorów głośnego swego czasu "Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu".
– Potem zaczęło się szufladkowanie. Robienie sztucznych zagród, tłoczenie w ramach kontroli czy ochrony własności. Internetowi zaczęto narzucać narodowe granice – tłumaczy Michał Woźniak. Dodaje, że działo się to także w innych krajach, nie tylko u nas. W Polsce natomiast nie ma filtrowania treści i cenzury prewencyjnej, czym nie każde państwo może się pochwalić.
Zaznacza, że potrzebny jest podmiot taki jak Liga Obrony Internetu. – Bardzo mi się podoba ten pomysł. Potrzebna jest platforma kontaktowa, żeby można było szybko reagować. Do tej pory te zrywy w obronie internetu były takie "półpartyzanckie". Teraz będzie można je lepiej zorganizować – tłumaczy. Dodaje, że Liga powstała po wstrząsach spowodowanych SOPĄ, PIPĄ i ACTĄ. – Wtedy organizowano blackouty, wyłączanie czy zaciemnianie stron niektórych protestujących np. Wikipedii angielskiej. Na tych stronach były komunikaty o tym, co grozi internetowi. Nie każdy do tego dotarł. Liga znacznie usprawni sieć połączeń i szybkość reakcji – mówi Michał Woźniak.
Zaznacza, że świetnym pomysłem jest pozostawienie możliwości wyboru członków Ligi. Raz deklarując przystąpienie, nie muszą za każdym razem aktywnie uczestniczyć. Mają wybór, czy chcą walczyć o wolność w sieci czy nie. Mówi też, że to pokaz siły internetu. Do tej pory próby samoorganizacji w internecie chwilę trwały, teraz w jednym momencie wszyscy dostaną informację o tym, co się dzieje.
Obywatel patrzy, Liga nagłaśnia
– To nie Liga będzie patrzeć na ręce polityków. To obywatele będą to robić. Rozmawiałem z osobami zaangażowanymi w jej powstanie. Mówili, że Liga jeśli sama na żaden trop nie wpadnie, będzie weryfikować prawdziwość nadesłanych zgłoszeń – mówi Michał Woźniak. Jeśli donos okaże się prawdziwy, wtedy zacznie działać. Wszystko sprowadza się do informowania i natychmiastowego kontaktu na jednej platformie komunikacji, jaką jest Liga.
– To nie Liga będzie patrzeć na ręce polityków. To obywatele będą to robić. Rozmawiałem z osobami zaangażowanymi w jej powstanie. Mówili, że Liga jeśli sama na żaden trop nie wpadnie, będzie weryfikować prawdziwość nadesłanych zgłoszeń – mówi Michał Woźniak. Jeśli donos okaże się prawdziwy, wtedy zacznie działać. Wszystko sprowadza się do informowania i natychmiastowego kontaktu na jednej platformie komunikacji, jaką jest Liga.