Przednia szyba tego Rolls-Royce’a jest jak różowe okulary. Patrzysz w nim na świat zupełnie inaczej

Rolls-Royce Dawn przytłacza swoją majestatycznością. Ale robi to dobrze. Fot. naTemat
Podróż przez stołeczne Powiśle przypomina przedzieranie się przez wąskie uliczki Cannes. Słońce dostające się do auta przypieka co najmniej jak w Santa Monica. Wreszcie śródmiejskie wieżowce przypominają znacznie większe londyńskie City. W Rolls-Royce’ie Dawn łatwo stracić kontakt z rzeczywistością. Ten kabriolet jak żaden inny samochód przenosi cię w dalekie strony – nawet jeśli tak naprawdę jedziesz tylko po przysłowiowe bułki.

Dostałem go w swoje pożądliwe łapska tylko na dwadzieścia cztery godziny, ale zdążyłem go poznać z każdej strony. Wiecie, to jedno z tych aut, z których się w zasadzie nie chce wysiadać. Co mnie mogło lepszego spotkać w moim wielokrotnie tańszym mieszkaniu kupionym na kredyt?
Zignorowałem więc wszystkie inne obowiązki, wyciszyłem telefon i dałem się pochłonąć temu autu. Rolls-Royce Dawn odwdzięczył mi się po stokroć: zabrał mnie w przygodę dookoła świata ulicami naszej stolicy. I to wcale nie jest głupie czy patetyczne – Dawn w morzu warszawskiej brzydoty (nazwijmy rzeczy po imieniu…) wygląda co najmniej jak betlejemska gwiazda. Jest piękny, a przede wszystkim – ekstremalnie rzadki, egzotyczny.

Bo Porsche są zbyt zwyczajne
Ten samochód oddziałuje na otoczenie. Przez jego przednią szybę świat wygląda znacznie lepiej – jest bardziej kolorowy, ciekawszy, bardziej intrygujący. Tak, ten samochód jest tak dobry. I tak bardzo inny niż moglibyście oczekiwać. Bo to już nie jest taki Rolls-Royce, którego – przynajmniej w mojej ocenie – kupiłby sobie prof. Janusz Filipiak, twórca potęgi Comarchu i jeden z najbardziej znanych polskich klientów tej luksusowej marki. To auto skierowane do znacznie młodszej klienteli. I jednocześnie klienteli, która chce się wyróżnić na ulicach.

Dawn to po prostu maszyna ostateczna, jeśli masz mniej niż 40 lat i chcesz być numerem jeden na światłach. I wcale nie chodzi o prędkość (choć jej nie brakuje), tylko o ogólną notę. W czasach, kiedy na delikatnie skonfigurowane Porsche 911 w leasingu może sobie pozwolić byle menedżer, startupowiec czy inny piłkarz, właśnie takie auto zapewnia odpowiednią dawkę prestiżu. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo mnie nie stać i na używane 911, nie mówiąc o Rollsie. Jakimkolwiek.


Ale Brytyjczycy przecież też nie owijają w bawełnę – otwarcie mówią, że to auto dla ludzi młodych. Nie tych, którzy siądą z tyłu na kanapie i zajmą się sączeniem Moëta, tylko we własne ręce chwycą wieniec kierownicy (spójrzcie jaki jest cienki – już się takich nie robi...) i poprowadzą to zjawiskowe auto. Zresztą z tyłu w Dawnie nie ma *aż tyle* miejsca. Jest go mnóstwo, ale jak na Rolls-Royce’a jest go *mało*.
To paradoks, bo Rolls-Royce Dawn ma to wszystko, do czego zostali przyzwyczajeni klienci. Kiedy pierwszy raz wsiadam do niego z pracownikiem warszawskiego salonu marki (jedynego w tej części Europy!), zostaję zasypany szczegółami dotyczącymi wykończenia wnętrza. Skóra taka, drewno takie, metal taki… Nikt normalny by tego nie spamiętał, wystarczy wam po prostu informacja, że wszystko jest z najwyższej półki.

Co mi się jednak rzuciło w oczy? Spójrzcie na zdjęcia wnętrza. Widzicie te elementy w miedzianym kolorze, choćby obudowę wylotów powietrza pod ekranem multimedialnym? One nie są w kolorze miedzianym, one po prostu są zrobione z miedzi. Tak trzeba żyć. I oczywiście jak komuś ten miedziany detal nie w smak, to równie dobrze może sobie w tym miejscu zażyczyć różową modelinę wypieczoną w neapolitańskim piecu. Że wymyślam? To Rolls-Royce – tutaj nie ma limitów, wszystko zależy od zasobności portfela chętnego do nabytku. Zresztą dywaniki są tutaj wykonane ze skóry delikatniejszej, niż fotele w jakimkolwiek innym aucie, Po co? Bo można. Tak po prostu.
Oczywiście w czasie jazdy mam dostęp do tych wszystkich gadżetów, za które Rolls-Royce jest tak kochany. Drzwi otwierają się w przeciwny kierunku, a żeby daleko nie sięgać po uchwyt przy zamykaniu, kierowca ma do dyspozycji odpowiedni guzik. Po otwarciu drzwi ujrzymy też otwory na parasole. Stale ogrzewane powietrzem z silnika, dzięki czemu parasolki schną błyskawicznie. Natomiast po otwarciu samego auta wysuwa się słynna figurka Spirit of Ecstasy.

Do tego miałem przyjemność jechać specjalną edycją Inspired by Music. Samochód wyróżnia się przede wszystkim niewyobrażalnie dobrze grającym zestawem nagłośnienia stworzonym przez brytyjską markę Bespoke Audio. To tak, jakby dla kogoś "zwyczajny" Dawn był zbyt przaśny.
Moc ukryta, ale nigdy się nie kończy
Sama jazda to doznanie co najmniej unikatowe. Rolls-Royce Dawn to przecież kabriolet wyposażony we wszechmocny silnik V12 o mocy 624 koni mechanicznych zdolny wysłać na orbitę wahadłowiec. Słynny wskaźnik zapasu mocy w tym aucie naprawdę nigdy się nie kończy – zgodnie z obowiązującą legendą zawsze mamy jej zapas. A mimo to w czasie jazdy kierowcę niepokoją głównie dźwięki z otoczenia.

Sam silnik pracuje właściwie bezszelestnie. Ale tak musi być, bo Rolls-Royce Dawn nie jest autem wulgarnym. Jest raczej jak dystyngowany dżentelmen, który nie zwraca uwagi na siebie na siłę. Świadomy swojej wartości, pewien, że inni i tak się zainteresują sami z siebie. To wrażenie jest jeszcze spotęgowane podczas jazdy z zamkniętym dachem – trafiłem wtedy do bezpiecznego kokona, który szczelnie odgrodził mnie od otoczenia.
Dach jednak rozłożyłem głównie po to, żeby zobaczyć, że się da. Sensem życia Dawna jest przecież jazda pod chmurką. Najlepiej wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża, ale akurat musiały mi wystarczyć stołeczne ulice. I także wtedy bez tego dachu jest cicho, także podczas gwałtownego przyspieszania. Dawn nie męczy kierowcy żadnymi wulgarnymi dźwiękami. Dawn jest aksamitny, a kierowcę oddziela od nawierzchni. To raczej nie jest jazda, nie chcę też tego porównywać do płynięcia jachtem (choć w materiałach promocyjnych można znaleźć, że z tego auta wysiada się jak z jachtu) po spokojnym jeziorze, bo to zbyt wyświechtane porównanie. Ten Rolls-Royce robi coś innego: przenosi kierowcę trochę w stan nieważkości.

W tym aucie można mieć wrażenie, że ten kolos – ponad dwie i pół tony masy własnej – jest lekki jak piórko. Dziury pokonuje bez najmniejszych trudności i to nawet z dużą prędkością., co sprawdziłem na dziurawej ulicy, przy której mieszkam. Przy otwartym dachu słychać, że zawieszenie ciężko pracuje na nierównościach. Ale wrażenie jest takie, jakby amortyzatory utrzymywały to auto "w pionie" z dziecinną łatwością. Absolutnie ŻADNE drgania nie są przenoszone do środka.
To naprawdę inny poziom. Łatwo się zachwycać, ale... po prostu tak jest. Jeździłem różnymi komfortowymi, luksusowymi autami. Lexusem LS, Mercedesem klasy S, BMW serii 7, Audi A8. Wszędzie było wygodnie, ale to po prostu nie ta liga. A przecież mówimy o Rollsie, który został stworzony do jazdy, a nie do bycia wożonym.

Ludzie nie widzą. Udają, że nie widzą
No i może najważniejsza sprawa: Dawn daje swojemu właścicielowi dużo tego, na co czeka od pierwszej chwili za kierownicą tego auta. Dużo zazdrosnych spojrzeń. To nie jest jednak taka typowa zazdrość, tak jak ludzie zazdroszczą Porsche czy Ferrari. Ten Rolls-Royce jest znacznie bardziej egzotyczny, spotkane osoby często wręcz nie wiedzą, co to za auto. Podskórnie jedynie czują, że widzą coś niepowtarzalnego. Czego szybko znów nie uświadczą – chyba że w telewizji na transmisji z jakiegoś royal wedding w przyszłości.
Swojego czasu mój redakcyjny kolega przy okazji testu Rolls-Royce'a Wraith scharakteryzował zresztą siedem typów osób, które na ulicy obserwują ten samochód. Dawn to jednak kabriolet. Auto bez dachu znacząco skraca kontakt pomiędzy kierowcą samochodu a postronnymi osobami. I w moim odczuciu z tamtych siedmiu typów osób Dawna obserwuje tylko typ czwarty: tajniak.

Spędziłem z tym autem dobę, ale przez pierwszą godzinę miałem wręcz wrażenie, że nikt go nie obserwuje. Co światła zerkałem w lewo i w prawo – i nic. Wszyscy skupieni na swoich sprawach. Na telefonach komórkowych, na szybach w swoich autach, ale nie na Dawnie.
Oczywiście byłem w dużym błędzie – ludzie patrzą na ten kabriolet, wręcz pożerają go wzrokiem. Ale powtórzmy: to kabriolet, więc robią wszystko, żeby uniknąć wzroku kierowcy. Nie chcą, żebyś wiedział, że patrzą. Ale robią to. W sumie ja robiłbym to samo. Nie chciałbym okazać swojej słabości. Niemniej jednak jazda Dawnem to doznanie dość surrealistyczne. Można poczuć się wyobcowanym, choć w rzeczywistości jest się na świeczniku w absurdalnie drogim aucie bez dachu.

Jednak porozmawiajmy o pieniądzach
No ale właśnie. Oczywiście zostaje ostatnia kwestia: kogo na to stać. Cóż, mnie na pewno nie. Faktem jest, że Dawn kosztuje swoje. Do niedawna Brytyjczycy tak chętnie o pieniądzach nie rozmawiali, wszak nie jest to zajęcie godne dżentelmenów, a i każde personalizowane auto kosztuje inaczej (czyt. więcej).
Dawn jednak kosztuje krocie. Testowany egzemplarz kosztuje 331,5 tysiąca euro. Netto. Do tego dochodzi jeszcze VAT – 23 proc. I... akcyza – kolejne 18 proc. Czyli mniej więcej pół miliona euro. Na polskie nie ma co nawet przeliczać.

Inna sprawa, że takie wyliczenia w przypadku akurat tej marki nie mają sensu. To Rolls-Royce. Cena często nie gra roli, a coś takiego jest "najwyższa specyfikacja" po prostu nie istnieje. Na pewno jeżdżą po drogach całego świata i droższe egzemplarze. Cieszę się, że mogłem jeździć nim chociaż tę dobę.

A na koniec rozkoszujcie się zdjęciami niesamowitych detali wprost z tego auta. Rolls-Royce Dawn po prostu od nich kipi:
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...