Przypadkiem odkryłem ten kanał i ocknąłem się po kilku godzinach. "7 metrów pod ziemią" to fenomen YouTube

Rafał Gębura dostał się do świata YouTube'a nie przebojem, a przy pomocy wartościowego projektu. Teraz jego filmy mają po 2 miliony wyświetleń.
Rafał Gębura dostał się do świata YouTube'a nie przebojem, a przy pomocy wartościowego projektu. Teraz jego filmy mają po 2 miliony wyświetleń. Zrzut ekranu z Youtube.com / 7 metrów pod ziemią
Gości zabiera do podziemia, gdzie przy dźwięku klimatyzatorów i w lekkim półmroku czują się bezpieczniej. Wtedy mogą przełamać strach i wyznać światu tajemnice. A te często otwierają oczy. Rafał Gębura i jego program "7 metrów pod ziemią" to totalny hit internetu, który pokazuje, że oprócz relacji meczów CS'a czy piosenek Zenka, jest także miejsce na media w najlepszym wydaniu.

"7 metrów pod ziemią" – tak głęboko zakopujemy swoje problemy i sekrety, czy dopiero schodząc tak głęboko czujemy się na tyle bezpieczni, żeby o nich mówić?

Trudne pytanie. Miejsce, w którym rozmawiam z moimi gośćmi rzeczywiście jest wyjątkowe, bo znajduje się dosłownie 7 m pod ziemią i myślę, że jest to jakaś okoliczność, która w jakimś stopniu otwiera tych ludzi.

Dlaczego tak myślisz?

No chociażby dlatego, że jest półmrok, atmosfera jest bardzo kameralna, że w tle pracują klimatyzatory i wytwarza się lekki szum. Więc ta atmosfera jest też dosyć intymna. Nie jest to duża produkcja telewizyjna, gdzie na planie jest kilkanaście osób, reflektory świecą po oczach, a wokół kręci się masa osób, tylko jest bardzo kameralnie. Na planie poza mną są tylko dwie osoby. Na pewno jest to taki czynnik, który sprzyja temu, żeby się otworzyć, ale nie przesądzałbym, że to jest jakiś czynnik decydujący.

I w tych okolicznościach podejmujesz bardzo trudne tematy i gościsz dosyć nieszablonowych rozmówców… Prostytutki, była Świadkowa Jehowy, uzależnieni od hazardu czy narkotyków, dzieci z rozbitych rodzin, balsamista zwłok, komornik. Lista jest dluga, a wszystko to "zwykli ludzie".

Zgadza się, to prawda.

A która z opowiedzianych historii zapadła ci najbardziej w pamięć i najbardziej dotknęła cię jako człowieka?

Nie mogę wybrać, bo każda z nich jest ważna i na swój sposób dotknęła mnie czy moich widzów. Ale mogę powiedzieć, która z nich dała mi najbardziej do myślenia.

To która?

Pamiętam, że mocno wstrząsnęło mną to, kiedy zaprosiłem do odcinka dziewczynę, która była świadkiem Jehowy. Dowiedziałem się, że kiedy zdecydowała się wystąpić ze zboru, jej rodzina, a konkretnie jej rodzice, z którymi mieszkała, zdecydowali się zerwać z nią kontakt. Skończyło się to tak, że zdecydowała się, czy musiała, wyprowadzić się ze swojego rodzinnego domu.


Siedziałem naprzeciwko niej i kiedy ona mi to opowiadała, po prostu zrobiło mi się tak strasznie przykro. Niby taka prosta rzecz, a taka szokująca, że w imię przekonań i religii ktoś decyduje się zerwać kontakt z absolutnie najbliższą osobą, ze swoją córką.

Drugą taką historią była rozmowa z policjantem. W Polsce jego zawód nie cieszy się zbyt wysokim zaufaniem społecznym i poważaniem. Wystąpił anonimowo, w kominiarce i opowiedział o takim prawdziwym obliczu służby w policji. To był o tyle ciekawy odcinek, że on mówił o takich niewygodnych faktach dla policji.

O tym, że radiowozy są rozwalone, że same skręcają, zjeżdżają z ulicy jak się puści kierownicę. Że oni mają presję, żeby wystawiać jak najwięcej mandatów, a on wcale nie chce tego robić. Widzi, że ktoś np. przejechał na pomarańczowym świetle i nie jest to warte zachodu, ale szef go ciśnie. Nie podoba mu się to, bo wie, że potem z tego powodu społeczeństwo nie lubi policji.
Z perspektywy Komendy Głównej Policji jest to odcinek, który chcieliby najchętniej skasować, żeby zniknął. Natomiast z perspektywy zwykłego policjanta to szalenie ociepliło wizerunek tej służby. Ludzie zobaczyli fajnego gościa, z powołania, który poszedł do tej roboty z misją, chciał służyć obywatelom, być pomocny, sprawiać, że ludzie będą czuli się bezpiecznie.

Ale…?

No właśnie. Ta machina systemowa sprawiła, że przemienił się w bezdusznego, ohydnego urzędnika, który działa wbrew swoim przekonaniom, bo taką ma robotę. Na koniec dnia musi przecież dostać pensję.

A która z historii była dla ciebie najtrudniejsza?

Rozwalająca była dla mnie rozmowa z Magdą, nastolatką, która walczy z rakiem i nie wie czy przeżyje. Młoda, piękna dziewczyna. Jak się myśli o raku, to nie taką osobę mamy przed oczami. Siedzę naprzeciwko niej. Jestem od niej znacznie starszy, ona młodziutka, przed nią jeszcze całe życie i mówi, że przyjmuje którąś tam z kolei chemię i po prostu nie wie, czy przeżyje… Ciężko po czymś takim przejść do porządku dziennego.

To pewien kontrast z YouTube, który jest traktowany raczej jako dosyć mało poważna platforma. Czy polski YouTube dorósł do takiego kanału i do takiej formuły?

Odbieram to jako komplement, bardzo ci dziękuję za to, co mówisz. To pytanie, które zadawałem sam sobie mniej więcej przez pół roku, czyli od momentu, kiedy pojawił się jakiś pomysł, żeby coś podobnego zrobić, ale powstrzymywały go wszelkie wątpliwości: czy ma to ręce i nogi? Czy ma to sens? Czy w polskim YouTube jest przestrzeń na coś nieco poważniejszego?
Wiele osób, z którymi rozmawiałem, wskazywało, że to może się nie udać na YT, że to jest zbyt poważne, że tam bardziej rozrywka ma wzięcie. Wskazywali mi, że właściwie wszystko co miało się wydarzyć na YT, wydarzyło się wiele lat wcześniej. Mówili, że ta "youtubowa scena" jest zabetonowana i trudno będzie się przebić bez jakiegoś wsparcia, np. innych Youtuberów, których ja na przykład nie znałem i nie mogłem na to liczyć.

Wydaje mi się, że wyniki, które udało się osiągnąć w bardzo krótkim czasie (23 miliony wyświetleń w 8 miesięcy – red.) jednoznacznie wskazują, że było na to miejsce. W tej chwili już kilka filmów przekroczyło 2 mln wyświetleń. Dla mnie jest to absolutny kosmos. Coś, co przekracza moje wyobrażenia o sukcesie tego projektu, coś niepojętego, bez kokieterii.

Patrząc na same wyświetlenia, na tematykę i charakter YouTube to jest jakiś fenomen pod każdą postacią. Ale czy nie przeszkadza ci, że w propozycjach obok twoich filmów wyskakuje koncert Zenka Martyniuka czy jakiś "Forfiter"?

To trochę tak, jakby pytać Anitę Werner, czy nie przeszkadza jej, że na tej samej antenie obok "Faktów" lecą paradokumenty, gdzie tani aktorzy, epizodyści opowiadają jakieś wymyślone historie i jest to koszmarnie żenujące tak, że ręce i nogi opadają. Tak samo podchodzę do YouTube, który jest wielką platformą, gdzie mamy rzeczy, które w ogóle nie powinny się tam znaleźć np. patostreamerów i rzeczy bardziej ambitne

I nie mówię tu tylko o swoim kanale, ale o całej masie innych, edukacyjnych, poważniejszych kanałów. Jest np. Paulina Mikuła, która bardzo merytorycznie tłumaczy jak prawidłowo posługiwać się językiem polskim. Zapytasz: kogo to interesuje? Jej kanał śledzi grubo ponad 350 tys. osób. Tak samo Arlena Witt, która uczy języka angielskiego.

Wspomniałeś o wsparciu youtuberów, a jak któryś chciałby zrobić z Tobą popularną od jakiegoś czasu dramę i przyczepił się do któregoś z twoich filmików?

A zapraszam. (śmiech) Celem tego formatu jest to, by dawać do myślenia, prowokować do dyskusji, czasami zaszokować, ale tylko po to, żeby pobudzić szare komórki i otworzyć szerzej oczy. Pokazać, że świat nie jest tylko czarno-biały. Także wszystkie efekty uboczne w postaci polemiki czy dyskusji wokół któregoś z odcinków to są rzeczy, które mogą mnie tylko cieszyć.
Skąd w ogóle pomysł na taki program, bo już wiemy, że chciałeś coś pokazać, skłonić do myślenia i kiedy to się zaczęło, ale co było tego przyczyną?

Tematy, które pojawiają się w poszczególnych odcinkach, to głównie rzeczy społeczne, którymi zajmowałem się od lat jako dziennikarz. To mnie interesuje. Kiedy pojawił się pomysł, by podziałać na YT, naturalne było, że najlepiej wyjdzie mi robienie tego, czym zajmuję się zawodowo. Niekoniecznie tego samego, ale w jakiś sposób korespondującego z moim doświadczeniem.

Pomysł polegał na tym, żeby otworzyć się na szerszą publiczność, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały mi, że YT to miejsce, gdzie naprawdę przesiaduje cała masa ludzi. Pamiętam jak wpadły mi w ręce wyniki pewnego badania, które przeprowadzono na zlecenie Rzecznika Praw Obywatelskich.

Co to było za badanie?

Badano skąd młodzi ludzie czerpią wiedzę o świecie i przy okazji, jakie są ich postawy np. stosunek np. do homoseksualizmu. Wynikało z niego, że młodzi tę wiedzę o świecie czerpią nie z serwisów informacyjnych, nie z prasy tylko właśnie z internetu, a przede wszystkim z YouTube. Jadę sobie samochodem, słucham tego w radiu i mówię: nie no, kolejny sygnał, że faktycznie YT to wielki potencjał.

Przy okazji wyniki tego badania pokazywały, że niestety cała masa młodych ludzi wykazuje nietolerancję w stosunku do innych orientacji seksualnych czy innych grup społecznych, przejawia postawy ksenofobiczne itd. To dało mi do myślenia i stwierdziłem, że trzeba wejść na tego YouTube’a i zacząć oswajać młodych ludzi z różnorodnym światem.

Czyli twój program ma misję!

Skoro tak twierdzisz… Bardzo bym tego chciał! To jest taka idea, żeby ktoś na końcu pomyślał, że tu nie chodzi tylko o wyświetlenia i kliki, ale też jest w tym jakaś misja. Bardzo często udaje mi się podejmować tematy, które naprawdę ją mają i jestem z nich bardzo dumny. Na przykład odcinek ze Stanisławem, który jest cały czas w trakcie procesu korekty płci i on w tym wywiadzie, w taki bardzo fajny, ludzki sposób, opowiada o swoim życiu i jak to wygląda z jego perspektywy.

Mówi co się wtedy dzieje, jak zmienia się jego ciało, dlaczego się na to zdecydował… I kiedy usiądzie się z nim na te 15 czy 20 minut, posłucha się go, to można się szybko przekonać, że jest takim samym człowiekiem, jak my wszyscy.

Ale najbardziej cieszyły mnie komentarze pod tym filmem, typu: "ojej, całe życie myślałem, że co to za dziwolągi, ale to jest fajny koleś, dzięki za ten film". I jeśli jakoś definiowałbym misję, to właśnie w taki sposób.
Czyli w gruncie rzeczy odwalasz robotę za media publiczne, bo takiej misji tam nie uświadczysz, jeśli jakakolwiek tam jest. Mało tego, nigdy w życiu nie znalazłoby się tam miejsce na "spowiedź" byłego księdza, czy wyznania takiej osoby jak Stanisław.

Jak teraz to powiedziałeś, to dostrzegłem nowe światło padające na nazwę mojego programu. To trochę koresponduje z pierwszym pytaniem naszej rozmowy. Faktycznie, od kilku lat mam takie poczucie, że żyjemy w świecie, w którym, żeby porozmawiać o pewnych rzeczach, trzeba schować się pod ziemię.

Brakuje takiej dyskusji w mediach publicznych, gdzie ona powinna być codziennością. Podpisuję się pod tym co zasugerowałeś i nie myślałem o tym w ten sposób, ale rzeczywiście to tam powinno być miejsce, gdzie tego rodzaju misyjność jest realizowana, a nie zawsze jest.

Ja bym poszedł nawet trochę dalej, że tam to wręcz temat tabu.

Tak, różnorodność jest zupełnie spychana i nie ma na nią miejsca. Nie buduje się takiej postawy: bądźcie tolerancyjni, tylko raczej odwrotnie. I myślę, że tym bardziej przyszedł teraz czas na takie formaty jak "7 metrów pod ziemią", który działa zupełnie inaczej, a wyświetlenia pokazują, że ludzie tego potrzebują.

Po ilości tych wyświetleń przy poszczególnych filmach widać też zainteresowania i tematy numer 1, które intrygują nas cały czas i może są też tematami tabu, czyli religia i seks.

Pewnie tak. Natomiast są też wyniki niektórych filmów, które trochę zakłócają ten obraz. Np. odcinek z panią, która przeżyła pięć obozów koncentracyjnych, w tym Auschwitz, i opowiada o swoich doświadczeniach jest ogromnie popularny, tak samo jak film z dziewczyną opowiadającą o pracy na sekskamerkach. Myślę, że nie ma tutaj tematów ważniejszych i mniej ważnych.
Bo mówi się o takiej trójcy tematów, czyli seks, religia i polityka. Czy zamierzasz do programu wprowadzić elementy polityczne, zapraszać polityków?

Nie, nie interesuje mnie zbytnio polityka i nie zawiera się ona w formule mojego programu. Poza tym z politykami inaczej trzeba rozmawiać i oni na ogól nie mówią prawdy, a tutaj przecież nie o to chodzi.

Jak dobierasz swoich gości?

Nie mam tutaj reguły. Jak pojawił się pomysł na program, to stwierdziliśmy, że jeśli w ogóle mamy zacząć, to musimy wymyślić sobie kilkanaście tematów i stworzyć listę potencjalnych bohaterów. Żeby za chwilę nie okazało się, że nam się wyczerpała formuła, bo startowaliśmy z założeniem, że będą to trudne rozmowy na niełatwe tematy społeczne. Początkowo taka lista powstała i krok po kroku starałem się ja realizować.

Teraz doszliśmy do takiego momentu, że ludzie sami do nas piszą. Nie ma dnia, żebym nie dostał kilkunastu wiadomości z propozycjami osób i tematów, które oczywiście trzeba weryfikować i odsiewać. To jest dodatkowa praca, trudność i wyzwanie, bo jak zdecydować, która propozycja nadaje się do programu, a która nie. Patrzymy też na motywacje danej osoby. Czy ona rzeczywiście chce się podzielić swoją historią w dobrej wierze, czy po prostu zaistnieć.

A zdradzisz nam na koniec, co będzie w kolejnych odcinkach?

Dobrze, w drodze wyjątku, czemu nie. Szykuje się rozmowa z marynarzem, który opowie o tym jak wygląda praca na morzu i na statku. Wydaje mi się, że ten odcinek będzie bardzo ciekawy, bo wypływasz na sześć miesięcy i nie ma ciebie przez pół roku w domu, a potem wracasz z furą pieniędzy… To może być ciekawa, pozytywna rozmowa.

•••

Rafał Gębura jest dziennikarzem portalu "Newsweek.pl". Z wykształcenia dziennikarz i politolog (Collegium Civitas). Przygodę z zawodem rozpoczął w redakcjach: TVN24 oraz Fakty TVN. Później biegał po mieście z radiowym mikrofonem (Radio Kolor, a także Radio Dla Ciebie). W międzyczasie pracował przy produkcji programów telewizyjnych (m.in. "Tomasz Lis na żywo"). Od 2013 roku pracuje w Newsweeku. Kanał "7 metrów pod ziemią" założył pod koniec ubiegłego roku. Do tej pory ma już prawie 23 miliony wyświetleń i ponad 346 tysiące subskrypcji.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...