Gotye – kolejna "wielka międzynarodowa gwiazda" znana głównie w Polsce
Gotye – kolejna "wielka międzynarodowa gwiazda" znana głównie w Polsce www.youtube.com

Czy ciągle płyniemy z "Rejsem" i lubimy tylko to co zagraniczne, bo polskie to obciach? Fajne jest tylko po angielsku i z Zachodu?

REKLAMA
Dawno, dawno temu, w odległej Polsce marzącej o koncertach wielkich gwiazd światowego formatu ktoś wpadł na pomysł, by zapraszać nad Wisłę muzyków specyficznych, bo zapomnianych, nie odkrytych lub skazanych gdzie indziej na porażkę. U nas za to wyrastających na czołowe, międzynarodowe gwiazdy przyciągające publikę i media.
Pamiętacie małą Francuzeczkę, która nagrała swego czasu hit puszczany na wszystkich dyskotekach i we wszystkich radiach? Tu es foutu zawładnęło umysłami Polaków i Polek, a In–Grid z dnia na dzień stała się gwiazdą telewizji. Teraz dorabia na festynach w małych miejscowościach, zagrzewając gawiedź swoim jedynym hitem.
Albo urocza dziewczyna śpiewająca o dziewięciu milionach rowerów w Pekinie. Katie Melua w tym roku wystąpiła już w Polsce kilkakrotnie, a przed nami jej występ w Zabrzu, w Domu Tańca i Śpiewu.
Do samego Domu Tańca i Śpiewu oczywiście nic nie mam, do Katie również niedużo, ale o co chodzi – gwiazda kreowana w telewizji jako wielka artystka z zagranicy zaśpiewa w domu kultury? To tak jakby Madonna wystąpiła na dyskotece w Sieradzu.
Koszmarkiem lat dwutysięcznych na zawsze pozostanie Danzel, który swoim nażelowanym jeżem oraz nienaganną stylówą wprost z balu maturalnego 1989 straszył wiele lat swoim przebojem Pump it up. Ku mojemu zdziwieniu straszy dalej, oczywiście w Polsce. Doszło do tego, że jego oficjalna strona internetowa jest w języku polskim. „Artysta” bardzo chce jeszcze zabłysnąć kolejnymi singlami, ale jak dotąd nie udało mu się powtórzyć „wielkiego światowego przeboju”. Co więcej – na stronie dowiadujemy się, że można zaprosić Danzela do swojego domu w ramach... „Danzel live tour”. To chyba jeden z niewielu muzyków, których fani mogą sami ułożyć trasę koncertową po okolicznych wioskach i mieścinach. Czad.

O co chodzi? Przecież w Polsce też mamy słabą muzykę, czy musimy ją ściągać aż z zagranicy, chełpiąc się, że inne narodowości tak nas kochają, że grają u nas co miesiąc? – Tym się różnimy, że nasze słabe piosenkarki mają beznadziejne piosenki, a słabi zagraniczni artyści mają przynajmniej te piosenki chwytliwe – komentuje Piotr Mika, didżej z kolektywu Hungry Hungry Models i dziennikarz muzyczny.
Na czym polega fenomen nieznanych muzyków osiągających w Polsce gigantyczny sukces, zwykle nie powtarzany za naszą zachodnią granicą? Nie są to przecież słowiańskie przyśpiewki ani polskie produkcje z wąsatymi wokalistami, które są akceptowalne tylko przez pewną polską, specyficzną grupę ludzi. To często naprawdę dobrze wyprodukowane kawałki, wszystkie w językach obcych i z rytmem zupełnie nie przypominającym polskiego chałturzenia w stylu Mandaryny czy innej Kasi Klich. Magia zagranicznego nazwiska? Język, którego nie rozumiemy, więc nie dotyka nas obciachowy tekst? A może ciągły kompleks żelaznej kurtyny i tego, że ludzie z Zachodu wreszcie nas odwiedzają, lubią, jedzą polskie przysmaki w telewizjach śniadaniowych?
– Moim zdaniem to w dużej mierze wciąż magia tego, co zagraniczne wynika z wieloletniego politycznego i kulturowego odcięcia od wpływów z Zachodu – potwierdza dziennikarz muzyczny i bloger naTemat Dynamitri Joachim Nawrot. – Stąd też zdarzają się sytuacje, kiedy dany artysta jest mało bądź też umiarkowanie znany w swoim własnym kraju, a oszałamiającą karierę robi właśnie u nas i w krajach ościennych – dodaje.
Dobrym przykładem tego typu gwiazdki jest Mattafix, przed którego "Big City Life" kilka lat temu nie sposób było uciec, a którego singiel nie doszedł nawet do Top10 w rodzimej Wielkiej Brytanii. Podobnie jak przeboje gwiazd pokroju Kate Ryan w Belgii czy znany wszystkim Gotye z Australii, który prym wiedzie jedynie w swoim rodzimym kraju oraz nad Wisłą.
Osobną kategorią tego typu muzyków są rockmani z lat 80–tych, którzy pokochali nasz kraj miłością niezwykłą. I tak co pół roku na festiwalu ziemniaka spotykają się Scorpionsi, Boney M., Celine Dion i Bryan Adams. Ten ostatni już za kilka dni wystąpi na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Następna będzie pewnie Sylwestrowa Noc i duet z Krawczykiem.
Roxette – hot or not? Oceńcie sami.

Artyści określający się dumnie mianem „alternatywnych” również nie wypadają z tego peletonu. I tak Placebo, które okres swojej świetności ma już chyba niestety za sobą odcina kupony od sławy grając średnio co pół roku koncert nad Wisłą. Idole mojego dzieciństwa szczęśliwie oszczędzają mi jeżdżenia do Wólki Kosowskiej na swoje koncerty składające się z kompilacji tradycyjnego „the best of”.
Inną artystką, która wyczuła potencjał drzemiący w naszych gustach jest Emanuelle Seigner, która z wielką radością grywa na wszystkich przeglądach muzyki francuskiej, poezji śpiewanej czy też innych quazi–artystowskich imprezach masowych. Nie wiadomo czy miłość do Polski przeniosła się z uczucia do jej męża czy ze względu na rozpoznawalność, również w dużej mierze dzięki Polańskiemu, u nas w kraju, ale Seigner jest obecnie jedną z głównym diw muzyki francuskiej.
Desiny's Child wracają z nowy materiałem – donosi nasz bloger.

Wydaje się, że sytuacja będzie się zmieniać. Coraz mniejszy wpływ na gust przeciętnego słuchacza mają media tradycyjne, zamknięte na odmienne rodzaje muzyki i skupione na przaśnych cekinach, wychodzące z założenia, że Polacy lubią muzykę, którą już znają. – Trzeba pamiętać, że w czasach preinternetowych nie wiedzieliśmy o tym, co ukazało się ostatnio w Nowym Jorku i polegaliśmy na tym, co prezentowały klasyczne media – dodaje menager muzyczny i dziennikarz Maciek Piasecki. A ja sobie, Wam, a także wszelkim placom gwałconym muzyczną sieczką w każdą sylwestrową noc życzę, aby nasze gusta coraz mniej przypominały inżyniera Mamonia.