Sparaliżowana Polka utknęła w kirgiskim szpitalu. Przyjaciele błagają o pomoc, by mogła wrócić do kraju

Anna Lulkiewicz utknęła w kirgiskim szpitalu. Sparaliżowana czeka na transport do Polski.
Anna Lulkiewicz utknęła w kirgiskim szpitalu. Sparaliżowana czeka na transport do Polski. Fot. Andrzej Gąsior
Leżeliście kiedyś w kirgiskim szpitalu? Ania leży od prawie miesiąca, czyli od dnia, w którym – podczas próby lądowania – w górach rozbił helikopter, w którym leciała. Dziś ma jedno marzenie – wrócić do Polski, gdzie jest szansa na uratowanie jej zdrowia. W Kirgistanie takiej szansy mieć nie będzie.

Ta historia mogłaby się przydarzyć każdemu Polakowi, który miał dość odwagi, żeby szukać przygody daleko od domu. Pech chciał, że wydarzyła się właśnie Annie Lulkiewicz. To 37-letnia urzędniczka, którą zamiłowania do podróży rzuciły aż do Kirgistanu. Tam helikopter, którym leciała, rozbił się podczas próby lądowania. Anna trafiła do szpitala. Kirgiskiego szpitala...
Takiego, w którym nie ma lekarzy specjalistów. W którym nie ma nawet windy, a chorych transportuje się na plastikowych noszach niesionych po schodach z piętra na piętro. Anna leży w szpitalu, w którym nie ma niezależnych generatorów prądu, więc gdy akurat będzie przerwa w dostawie energii, medyczna aparatura będzie warta tyle, co kupa złomu.

Tymczasem Anna ma uszkodzony kręgosłup, a konkretnie rdzeń kręgowy w odcinku piersiowym, co skutkuje tym, że od piersi w dół Anna jest sparaliżowana. Nie może chodzić po schodach, nie może opuścić szpitala, nie może... Właściwie nic nie może. Poza jednym. Może marzyć o tym, żeby wrócić do Polski.

W Polsce ma szansę, jeśli nie na pełne wyzdrowienie, to przynajmniej na to, żeby móc prowadzić w miarę samodzielne życie. W Kirgistanie nikt nie jest w stanie pomóc. Owszem, przyjechali specjaliści aż z Sankt Petersburga, ale operację trzeba było przerwać zanim na dobre się zaczęła. Okazało się, że Anna źle reaguje na jedyny dostępny w szpitalu rodzaj narkozy.


To był słoneczny dzień
Jak to się stało, że Anna w ogóle trafiła do szpitala? Miesiąc temu wraz z przyjaciółmi leciała helikopterem. Pogoda była wspaniała, bezchmurne niebo. Był to regularny lot organizowany przez jedną z kirgiskich agencji turystycznych. Lecieli do bazy namiotowej w okolicach Khan Tengri i Pik Pobiedy. Nie dolecieli.
W kirgiskich mediach pojawiła się informacja o tym, że z powodu silnego wiatru helikopter spadł i rozbił się. To oficjalna wersja.

– Podczas lądowania doszło prawdopodobnie do błędu pilota. Helikopter wylądował jednym kołem na kamieniu, który odskoczył, co spowodowało, że utraciliśmy stabilność. Gdy zaczęły się problemy drugi pilot pilot rzucił się do drążka żeby uratować sytuację, ale było już za późno – opowiada Andrzej Gąsior, który też był tego dnia na pokładzie śmigłowca.

– W sumie na pokładzie było dziesięcioro turystów z Polski, Niemiec i Japonii. Do tego załoga śmigłowca. Ania odniosła najcięższe obrażenia, jest jedyną osobą spośród turystów, która w dalszym ciągu przebywa w szpitalu – dodaje Gąsior. A każdy dzień kosztuje. I to niemało, zważywszy na jakość usług, łącznie rachunek opiewa już na niemal 25 tysięcy dolarów.

Wołanie o pomoc
Anna, podobnie zresztą jak i reszta ekipy miała ubezpieczenie. Trudno jednak było przewidzieć, że w szpitalu spędzi prawie miesiąc. Ubezpieczenie pokryło przyjazd rosyjskich specjalistów i przygotowania do nieudanej operacji, ale suma ubezpieczenia jest już niemal wyczerpana.
Tymczasem, powrót Ani do Polski wymaga specjalnego transportu medycznego. Jego koszt to 216 tysięcy złotych. – Nie możemy rozważać przewiezienia jej do kliniki np. w Rosji czy Kazachstanie, bo to w dalszym ciągu musiałoby być leczenie pokrywane przez ubezpieczyciela, a właściwie to już przez Anię z własnej kieszeni – wyjaśnia znajomy Anny.

Część kosztów związanych z przelotem do Polski pokryje ubezpieczyciel. Ale i tak potrzeba
jeszcze 126 tysięcy złotych. W związku z tym w Internecie uruchomiono zbiórkę pieniędzy,
w ciągu kilku godzin zebrano ponad 16 tysięcy. – Akcję promujemy głównie przez znajomych, pocztą pantoflową. Zbiórka została uruchomiona w poniedziałek, na 30 dni – mówi Andrzej Gąsior.

– Ania ma już odleżyny. Jest przewracana dwa razy dziennie na bok, każde takie przewrócenie to ryzyko. Ania nie zna rosyjskiego, oni nie znają angielskiego, są problemy komunikacyjne. W Polsce Ania znajdzie się wreszcie w specjalistycznym szpitalu, w którym ma szansę na przynajmniej częściowe odzyskanie sprawności. Pomóżcie jej – apeluje rodzina i przyjaciele.

Pomoc dla Anny
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...