Dilerzy przyjemności z Mordoru, czyli jak Yamaha robi dobrze pracownikom warszawskiego biurowca

Wszystkie drogi prowadzą do celu. Ale w mieście na skuterze pokonuje się je zdecydowanie szybciej.
Wszystkie drogi prowadzą do celu. Ale w mieście na skuterze pokonuje się je zdecydowanie szybciej. Fot. Paulina Plenkiewicz / naTemat
Jak przekonać do jazdy na skuterze? Najlepiej posadzić kogoś na takiej maszynie, wsadzić mu kask na głowę, udzielić krótkiej lekcji i wypuścić na ulicę. Tam szybko się przekona, że skuter to nie tylko tylko dwa kółka z motorkiem, ale sposób na korki. Tak zrobiła Yamaha – wsadzili na skutery pracowników jednego z biurowców w Mordorze i... oni już nie chcą z nich zsiadać.

Mają towar. Ale nie sprzedają go, przynajmniej nie tak od razu. Najpierw pokazują, jak tego używać, jakiego ma kopa i jak szybko potrafi przenosić w inne miejsce. Potem dają popróbować, zupełnie za darmo, bez żadnych zobowiązań. Ale wielu z tych, co weźmie towar od dilera nie chce potem przestać. A diler już robi plany na przyszły rok.
Czy to powinno być karalne? Jak najbardziej... nie! Powyższy opis i owszem, dotyczy dilera, ale bynajmniej nie zakazanych substancji. To Yamaha daje popróbować tego, co ma najlepszego w swojej ofercie. Właściciel jednego z biurowców w Mordorze we współpracy z Yamaha Motor Polska otworzył wypożyczalnię skuterów dla pracowników. Chętnych nie brakuje, czasem za to brakuje pojazdów.
I nic dziwnego. Pracowników są trzy tysiące, a pojazdów dziesięć, od małych, lekkich i bardzo prostych do opanowania D'elightów, po Yamahę X-Max, czyli całkiem duży, całkiem ciężki, i całkiem poważnie wyglądający skuter. Wspólną cechą tych pojazdów jest to, że mają silniki 125 ccm, a ich moc nie przekracza 15 koni mechanicznych.
Dzięki temu może na nie wsiąść każdy, kto ma od conajmniej trzech lat prawo jazdy kategorii B. A takich osób w biurowcu, w którym pracuje około trzech tysięcy jest wiele. – Na brak chętnych w każdym razie nie narzekamy – twierdzi Joanna Grzanecka z Yamaha Motor Polska.

Są tacy, którzy biorą skuter na cały dzień, inni na kilka godzin. Załatwienie pozornie szybkiej sprawy w Mordorze często oznacza długą wyprawę: remont linii tramwajowej ciągnie się miesiącami, samochody stoją w korkach, autobusy są zatłoczone ponad miarę. – Na skuterze można podjechać dużo szybciej – mówi Kamila, która chętnie przesiadła się na skuter.
Mogłaby jeździć na rowerze, tylko jednak pewne "ale". Przy upałach około 30 stopni dojazd na rowerze skutkuje tym, że na spotkaniu u klienta człowiek wygląda, jakby właśnie wygrał górski odcinek specjalny Tour de France. – Wsiadam na skuter, dojeżdżam, poprawiam fryzurę i gotowe – cieszy się Kamila.
– Oferta skierowana jest do wszystkich pracowników biurowca przy Marynarskiej. Kobiety zwykle borą lekkie D'elighty lub średnie N-Max. Mężczyźni wolą większe i cięższe skutery, dużym powodzeniem cieszy się X-Max – opowiada pracownik Yamahy. – Chcemy w ten sposób pokazać, że skutery mogą być takim samym narzędziem pracy jak laptop – dodaje.
Palą tyle co kot napłakał, przejechanie stu kilometrów to koszt dwóch, góra trzech litrów paliwa. Taniej wychodzi komunikacja miejska, ale na skuterze oszczędza się czas, który przecież łatwo przeliczyć na pieniądze. Wystarczy, że w ciągu dnia odwiedzi się jednego klienta więcej, załatwi jeden kontrakt więcej w tygodniu i już jest zysk.
Albo znajdzie się czas, żeby podjechać na zakupy. Nie przewieziemy skuterem mebli z IKEI, choć prawdę mówiąc na Dalekim Wschodzie, gdzie skutery są bardziej popularne, nie takie rzeczy się na nich przewozi. Spokojnie za to można podjechać do sklepu i zrobić bieżące zakupy spożywcze. Pod kanapą X-Maxa mieszczą się nawet dwa 7-kilogramowe arbuzy.
– Właściwie nie interesuje nas, co wypożyczający robią z naszymi skuterami. Wiele osób bierze je po południu, jadą do domu, może do kina, może na zakupy, może po prostu na przejażdżkę. Umawiamy się, że muszą oddać następnego dnia pojazd i tyle. – tłumaczy Grzanecka.

Choć i tu różnie bywa, bo nie każdy lubi jeździć jednośladem na przykład w czasie ulewy. – Uwzględniamy oczywiście czynnik ludzki. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie mógł oddać skutera i ma dobre wytłumaczenie, to umawiamy się na oddanie maszyny w następnym dniu. My tu jesteśmy dla ludzi – dodaje przedstawiciel Yamaha Motor Polska.
Resztę kosztów, jak ubezpieczenia czy drobne naprawy Yamaha bierze na siebie. A co z tego ma w zamian? – Liczymy na to, że ludzie przekonają się do skuterów. W holu na dole, gdzie pracownik Yamahy wypożycza skutery można się zapoznać z naszą ofertą – tłumaczy nasz rozmówca.
Są tacy, którym tak się spodobała jazda na skuterze, że rzeczywiście pytają, ile to kosztuje. Tak jak Kamila. – Strasznie mi się spodobało. Jeżdżę nim wszędzie, z domu do pracy, z pracy do domu, do kina. Jest super! Serio rozważam kupno własnego – mówi zafascynowana jednośladami.
Ile to kosztuje? Różnie. – Popularny N-Max kosztuje niecałe 13 tysięcy złotych, większy X-Max prawie 20, a trzykołowy TriCity to wydatek ponad 18 tysięcy złotych. Tańszy jest D'elight, nówka z salonu to jakieś 10 tysięcy złotych. Pytają też o te, na których teraz jeżdżą, czyli używane. Będą do kupienia po zakończeniu akcji, ale jest ich tylko 10 – śmieją się przedstawiciele Yamahy.

To już drugi sezon, w którym Yamaha uruchomiła wypożyczalnię. Tym razem za organizację odpowiada agencja 10 Team, która zajmuje się m.in. uatrakcyjnianiem czasu pracownikom biurowym. Najemcy budynków i ich personel brali udział w szkoleniach z pierwszej pomocy, festiwalach food trucków oraz warsztatach kulinarnych.
Jednak wypożyczalnie skuterów to istny hit. Przez całe wakacje pracownicy mogą sobie pojeździć i "potestować". – Są tacy, którzy oddają N-Maxa i wsiadają na Tricity, by trzeciego dnia pojeździć na X-Maxie. Chcą się upewnić, na którym im się jeździ najlepiej – tłumaczy przedstawiciel Yamaha Motor Polska..
Niektórzy trafiają potem do salonu, co tylko dowodzi tego, że towar się spodobał, a klient uzależnił. Dlatego nie dziwi fakt, że Yamaha już planuje przeprowadzenie podobnej akcji w przyszłym roku.
Tymczasem Kamila z żalem myśli o chwili, w której będzie musiała rozstać się z wypożyczonym skuterem. – Jeżdżę uważnie i bezpiecznie, okazuje się, że da się w Warszawie jeździć na skuterze, choć wcześniej trochę się tego obawiałam. Jest mi z nim dobrze i niebezpiecznie się przyzwyczajam – tłumaczy się Kamila.

Artykuł powstał we współpracy z Yamaha Motor Polska.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...