Jak to jest pracować w raju na Malediwach? "250 dolarów plus napiwki, nie wyjeżdżamy przez rok"

Wakacje na Malediwach to dla turystów raj. Rajskie nie są jednak zarobki tamtejszych pracowników. Fot. Michał Mańkowski / naTemat
Z jednej strony niczym niezmącony spokój i rajskie widoki każdego dnia i o każdej porze. Z drugiej 250 dolarów pensji za miesiąc pracy, okrągły rok bez żadnego urlopu, podczas którego żyją po sześciu w niewielkich pokojach. Tak wygląda rzeczywistość pracowników malediwskich resortów.

Czy może być coś lepszego niż praca na wyspie w jednym z najbardziej rajskich miejsc na ziemi? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale rzeczywistość pracowników hoteli na Malediwach wcale nie jest taka kolorowa, jak mogłoby się wydawać. Metafora więzienia w raju pasuje tutaj zaskakująco dobrze. A mimo to są jednym z elementów, który sprawia, że podróż na Malediwy dla tysięcy turystów jest tak wyjątkowa.

Umieją w biznes
Malediwy można zwiedzać dwojako. Z jednej strony po kosztach, czyli nocując w hostelach czy domach gościnnych na lokalnych wysepkach. Ta opcja jest dostępna dopiero od 2009 roku, kiedy to zmieniono prawo i wiąże się z pewnymi niedogodnościami np. konieczność poszukiwania bikini beach, gdzie można opalać się bez odpowiedniego zakrycia ciała.

Wcześniej turyści mogli przebywać tylko w specjalnych resortach. Tych obecnie jest 105 na całych Malediwach i cieszą się specjalnymi względami. Nie tylko turystów, ale i prawa. Bo mimo że Malediwy to kraj muzułmański, w resortach nie ma problemu ze sprzedażą i piciem alkoholu. Biznes to biznes.


Resorty jednak nie mogłyby kręcić się bez pracowników. To oni każdego dnia dbają o to, by tabuny turystów swoje malediwskie wakacje marzeń spędziły iście po rajsku. Nigdy w życiu nie spotkałem się z tak szczerą i niczym niepodszytą uprzejmością. Poważnie, gwarantuję wam, że w przypadku podróży na Malediwy to oni "zrobią" wyjazd.
Tak przynajmniej było w przypadku resortu Bandos Maldives. – Proszę tego nie ruszać, ja to zrobię. Jesteście tutaj, żeby odpoczywać, a nie pracować – usłyszałem kelnera, gdy przy stoliku obok jeden z gości chciał po prostu zasunąć roletę, chroniącą przed wiatrem.

Po pierwsze: kultura
Uśmiechnięci, życzliwi, pomocni, zawsze na miejscu. Czuwający gdzieś obok, ale nie w sposób nachalny, jak to ma miejsce w restauracjach: "czy na pewno Państwu smakuje?". Dbają o turystów od rana do nocy. Widać, że zdają sobie sprawę z renomy, jaką mają Malediwy i nie mogą pozwolić sobie na zawiedzenie oczekiwań.

Być może wynika to z doświadczenia – to na Bandos i pobliskiej wyspie Kurumba powstały na początku lat 70. dwa pierwsze resorty.

Dziś na blisko 1200 wysp i wysepek (a dokładniej 1190, choć niektóre mogą niedługo zniknąć pod wodą) zamieszkałych jest jedynie 198. Na 105 z nich znajdują się wielkie hotele. To kraj nastawiony na turystykę, która była i jest jej największym biznesem. Drugie jest rybołówstwo.

Na Malediwach często cała wyspa to jeden gigantyczny resort. Każde miejsce na rajskiej wysepce, którą można obejść w kilkanaście-kilkadziesiąt minut, należy do ośrodka. Tymi molochami muszą na bieżąco zarządzać ludzie. Są w recepcji, sklepach, na plaży, w restauracjach, biurach, ogrodach. Wszędzie widać charakterystyczne stroje pracowników resortu.

Nie wszystko złoto
Pozornie praca marzeń, ale gdy spojrzymy na nią zza zachodnich okularów, zaczyna być trochę nietypowo. Pierwsze spostrzeżenie? Sami mężczyźni. Wszędzie. Nawet tam, gdzie w teorii zawsze jest więcej kobiet. W czterech restauracjach na wyspie nie pracowała ani jedna kobieta. Podobnie było w przypadku pokojówek. Sami mężczyźni.

– Nigdy o tym nie myślałem. To u nas normalne. Może w pewnym stopniu to kwestia religijna, ale głównie chodzi o to, że praca jako kelner czy kucharz w restauracji to praca fizyczna i łatwiej jest ją wykonywać mężczyznom – mówi 24-letni Said, kelner.
Kobiet w obsłudze – tej widocznej – naliczyłem kilkanaście. Głównie na recepcji, w biurach czy stanowiskach do rezerwacji. Ogrody i pracy fizyczne to już – bez zaskoczenia – sami mężczyźni. Wśród pracowników dało zauważyć się także kilka europejskich i chińskich twarzy. To obsługa, z krajów, z których przyjeżdża najwięcej turystów. Dlatego była Niemka, Brytyjka, parę Chinek.

Said pochodzi z Bangladeszu, ma 24 lata, wygląda starzej, na Malediwach pracuje od pięciu. – Mój wujek pracuje jako inżynier w Male i ściągnął mnie tutaj, gdy dorosłem. Przez rok pracowałem w stolicy w biurze, ale odszedłem. Pieniądze były za małe. Wujek pomógł załatwić mi pracę w resorcie – opowiada.

"Za małe" pieniądze, o których mówi, to 100 dolarów miesięcznie. Teraz jest dużo lepiej. Dostaje 250 dolarów stalej miesięcznej pensji. To podstawa, do tego dochodzą napiwki. Tutaj to zawsze pewnik, bo do ceny absolutnie każdej rzeczy (od pokoju hotelowego, przez dodatkowe atrakcje, po jedzenie) jest doliczone 10 proc. opłaty serwisowej.

Na koniec miesiąca te 10 proc. od całego utargu resortu jest dzielone na wszystkich pracowników z każdego działu. – Zależnie od sezonu wychodzi extra 180-400 dolarów – mówi. Największy sezon zaczyna się od końca grudnia i trwa do marca.
Ile osób tu pracuje?!
Na całej wyspie, którą po obwodzie spacerowym tempem można przejść w 20 minut pracuje aż 550 osób! Tego ogromu na co dzień nie widać, ale w tle wszystko działa jak w zegarku.

Umowa jest taka, że muszą pracować przez calutki rok. Potem dostają miesiąc płatnego wolnego. – 90 proc. tego miesiąca wakacji jest płacone przed wyjazdem, pozostałe 10 proc. po powrocie. Jako zabezpieczenie, że wrócimy – opowiada. Podobny system potwierdzają inni pracownicy, z którymi rozmawiałem. Dzięki temu, że każdemu z nich rok pracy mija w innym momencie, ośrodek zachowuje płynność zatrudnienia.

Wbrew pozorom nie ma tutaj nienormowanych godzin pracy i tyrania do nieprzytomności. – Pracujemy na trzy zmiany po osiem godzin każda. W międzyczasie jest też krótka przerwa, na prysznic, lunch czy szybki odpoczynek. Musimy być jednak w pogotowiu, bo czasami zdarza się, że na szybko potrzeba dodatkowych rąk do pracy – opowiada 24-letni kelner.
I tu zaczyna się robić – przynajmniej z mojego punktu widzenia – nieciekawe. Bo choć pracę kończą, de facto miejsca swojej pracy opuścić nie mogą. Cała wyspa to jeden resort. W teorii wychodzą z pracy, ale w praktyce ciągle w niej są. Niby są po godzinach, niby co jakiś czas mogą popłynąć do "miasta" lub na inną wyspę, ale to raczej wyjątek niż reguła.

Przez 24 godziny 365 dni w roku żyją na malutkiej wysepce, którą spacerowym tempem można przejść w 20-30 minut, przebiec dwa razy szybciej. – Leżymy, odpoczywamy, oglądamy telewizję. Często dzwonię też do rodziny, czasami sobie pływamy – wymienia. Dom odwiedza raz w roku podczas swojego urlopu. Na więcej nie może sobie pozwolić.

Co po pracy?
Wyspa ma oczywiście swój meczet, który o odpowiednich porach zawsze jest pełny. Poczucie jedności między pracownikami jest naprawdę duże. Dało się to zobaczyć podczas Międzyresortowych Mistrzostw w Siatkówkę, które zupełnie przypadkiem swój finał miały właśnie na Bandos.
To cykliczna impreza, podczas której reprezentacje poszczególnych ośrodków rywalizują w siatkówkę. Na utwardzonym piaskowym boisku grają nie w plażówkę, ale normalną siatkę. Wydarzenie zaskakuje z kilku powodów. Po pierwsze: poziomu. To był naprawdę dobry mecz. – Łącznie w dwóch drużynach grało trzech reprezentantów Malediwów w siatkówkę – wyjaśnia Said.

Po drugie: realizacji, to transmitowana telewizyjnie impreza. I w końcu po trzecie: dopingu kibiców, którzy pozjeżdżali z okolicznych wysp dopingować swoim. Dawno nie słyszałem tak hardkorowego i zaangażowanego kibicowania z bębnami.

Generalnie pracowników z Bangladeszu i Indii jest sporo. Podobnie jak z pobliskiej Sri Lanki. – Rodowici mieszkańcy Malediw to może 1/3 z nas – mówi. Wszyscy mieszkają na terenie ośrodka, choć na pierwszy rzut oka nie widać innych budynków niż domki turystów.

All inclusive to nie jest
Gdy przyjrzy się bliżej, poza niektórymi budynkami dla "oficjeli" widać poukrywane gdzieś z boku "osiedla" pracowników. Rzut oka wystarczył, żeby zobaczyć, iż do luksusów, o które na co dzień dbają, dużo im tam brakuje. – Mieszkamy w sześciu w jednym pokoju – mówi Motalleb. Przez cały rok sześciu dorosłych mężczyzn w jednym pokoju. Szału nie ma.
Motalleb to kolejny 24-latek. Także z Bangladeszu. Na Bandos jest kucharzem. – Kuchnię azjatycką mam w małym palcu. Ile mógłbym zarobić w Polsce? Ciężko jest wyjechać? – dopytuje. Gdy w odpowiedzi słyszy, że ulice Warszawy od jakiegoś czasu zalewają jego koledzy i sąsiedzi, oczy zaczynają mu się świecić. 250 dolarów pensji plus napiwki to dla dobrego kucharza stawka łatwa do przebicia w Polsce.

I być może ten scenariusz dla Motalleba i Saida będzie realny, bo Malediwy mogą w przyszłości zniknąć z powierzchni ziemi. Jako najniżej położone państwo na świecie, w takim tempie mogą zostać po prostu całkowicie zalane.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...