Prof. Antoni Dudek #TYLKONATEMAT: W sprawie UE prezydent Duda rezonuje poglądami Szczerskiego

Prezydent Andrzej Duda ws. UE rezonuje poglądami swojego szefa gabinetu i doradcy ds. międzynarodowych Krzysztofa Szczerskiego - twierdzi prof. Antoni Dudek. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta
Czemu miało służyć antyunijne przemówienie Andrzeja Dudy z Leżajska i kto za nim stoi? Jak blisko jest apogeum kryzysu wokół Sądu Najwyższego? I jak powstanie partii Roberta Biedronia odbija się na politycznej formie PiS? O wszystkich tych gorących tematach #TYLKONATEMAT mówi prof. Anrtoni Dudek z Instytutu Politologii UKSW w Warszawie.

W jakim celu z ust Andrzeja Dudy padły te słowa o "wyimaginowanym" charakterze Unii Europejskiej?

Podejrzewam, że w tym nie było żadnego politycznego zamysłu. Wie pan, jest taka grupa mówców – często całkiem niezłych – którzy czasami mocno rozkręcają się retorycznie. I wygląda na to, że pan prezydent właśnie tak się retorycznie rozkręcił. Chlapnął kilka słów za dużo, a teraz będzie musiał się tłumaczyć. I trzeba przyznać, że to nie pierwszy taki przypadek w jego karierze.

Andrzej Duda stara się przemawiać z głowy i co do zasady to jest bardzo dobre. Odczytywanie przemówień z kartek zawsze wygląda źle. Niestety, mówienie z głowy wiąże się z ryzykiem popełnienia tego typu błędów.

Ta wpadka ma oczywiście też inne przyczyny. Słowa, które padły w Leżajsku to emanacja pewnego prezydenckiego obrazu świata, w którym Unia Europejska jest widziana bardzo negatywnie. Andrzej Duda widzi ją taką, jaką została przedstawiona w książce jego głównego doradcy ds. międzynarodowych, czyli Krzysztofa Szczerskiego. Zatytułowana jest ona "Utopia europejska" i już sam tytuł wiele mówi.

To właśnie Krzysztof Szczerski sączy antyunijne poglądy głowie państwa?

Zdecydowanie tak. Nie mam wątpliwości, że większość poglądów Andrzeja Dudy na politykę międzynarodową to funkcja poglądów jego głównego doradcy. Co prawda Andrzej Duda był europosłem, ale nigdy nie dał się poznać jako osoba zajmująca się polityką zagraniczną na poważnie.


Inaczej jest z Krzysztofem Szczerskim, który także całą swoją karierę naukową związał ze stosunkami międzynarodowymi, w tym tematyką europejską. Prezydent Duda rezonuje więc tymi poglądami Szczerskiego, który może nie jest przeciwny UE jako takiej, ale bardzo radykalnie sprzeciwia się jej obecnemu kształtowi.

Koniec końców nie przejmowałbym się jednak zbytnio przemówienie prezydenta wygłoszonym w Leżajsku. Co innego, gdyby ta krytyka UE padła z ust premiera Morawieckiego podczas Rady Europejskiej. Słowa Dudy wywołują oczywiście kiepską atmosferę, ale nie mają żadnych realnych konsekwencji. Szczególnie w obecnej sytuacji, w której Polska w UE i tak jest w nie najlepszym położeniu...

Czy prezydencka korespondencja odsyłająca część sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku przybliża zakończenie kryzysu woków najważniejszego sądu w Polsce?

Kluczowy moment tego kryzysu nadejdzie w dniu, w którym do gmachu SN wkroczy pierwszy prezes wybrany na nowych zasadach i zastanie tam prof. Małgorzatę Gersdorf. Nie wiem, kiedy może to nastąpić, ale jestem przekonany, iż PiS będzie robiło wszystko, by doszło do tego jak najszybciej.

Jeżeli tych dwóch pierwszych prezesów SN spróbuje równolegle urzędować, wywoła to wielki chaos i skandal. Być może jednak jedna z tych osób odpuści, co zapewne byłoby korzystniejsze dla państwa i pozwoliło na zachowanie resztek autorytetu SN. Trudno jednak przewidzieć, który scenariusz się ziści. Pewne jest tylko to, że dziś jesteśmy jeszcze daleko nie tylko od końca kryzysu, ale i jego apogeum.

Czy wyborcy prawicy mogą być zadowoleni z efektów "reformy" SN? Przecież w praktyce okazuje się, że co chwila na następcę prof. Gersdorf wskazywana jest jakaś znienawidzona przez nich postać. Najpierw był legitymujący się PRL-owską przeszłością Józef Iwulski, a teraz to Dariusz Zawistowski, czyli szef dawnej KRS.

Oczywiście wiąże się to z mechanizmem funkcjonowania SN, według którego na pierwszego prezesa wybiera się sędziego najstarszego stażem. Jest on dość prosty, ale mam wrażenie, że dla wielu wyborców taki obrót spraw rzeczywiście może być niezrozumiały. Jednak jestem przekonany, że większość Polaków się tym sporem o SN nie przejmuje.

Dlatego to wszystko nie będzie miało zbyt wielkiego wpływu na wynik wyborów. Ludzie dawno przestali rozumieć, o co w tym w ogóle chodzi. Dla przeciętnych Polaków istotne jest tylko to, czy sądy będą działały lepiej. I jeśli wkrótce będzie z nimi choć trochę lepiej, zadziała to na korzyść PiS w wyborach. Jeśli jednak przez ten chaos niemiłosiernie wlokące się postępowania będą trwały jeszcze dłużej, to rządzący mogą za to słono zapłacić.

Natomiast ten spór o kwestie szczegółowe oraz łamanie konstytucji jest istotny tylko dla niewielkiej grupy, którą mogli byśmy nazwać elitą życia publicznego. Nie obserwujemy przecież wielkiego oburzenia społecznego, choć ta cała reforma jest utkana masą wpadek. Podobnie było z Trybunałem Konstytucyjnym. Nie widać, by PiS jakoś szkodziło to, kogo do TK wprowadziło i jak ta instytucja teraz wygląda pod rządami Julii Przyłębskiej. Dla wyborcy masowego to naprawdę nie ma znaczenia.

Sprawy SN i TK to tylko część instytucjonalno-ustrojowych kryzysów w Polsce. Rację mają ci, którzy twierdzą, że najlepszą receptą na wszystkie problemy jest Robert Biedroń?

To się okaże. Jest w Polsce pewna grupa osób zmęczonych wojną Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością. Jak wielu? W 2015 roku PiS i PO łącznie dostały ok. 60 proc. głosów. Możemy więc założyć, że tych zmęczonych ich konfliktem jest ok. 40 proc. aktywnych wyborców. Pamiętajmy jednak, że to grupa o rozstrzelonych poglądach – od korwinistów i Kukiza, po wyrazistą lewicę spod szyldu Razem. Biedroń może startować raczej tylko po tę część, która ma poglądy liberalno-lewicowe.

Paradoksalnie o powodzeniu jego projektu powinny zadecydować już wyniki wyborów samorządowych – nieważne, że Biedroń w nich nie startuje. Jeśli Koalicja Obywatelska będzie mogła pochwalić się sukcesem w walce o samorządy, dla Biedronia będzie to zła informacja. I zapowiedź, że jego projekt raczej nie zdobędzie wielkiego poparcia. Jeśli jednak KO poniesie znaczącą porażkę – na przykład stracą prezydenturę Warszawy – to dla Biedronia otwiera się spore pole do pozyskania nowych wyborców. Tych, którzy stracą wiarę w przegrywającą nadal Platformę.

A co z wpływem ruchów Roberta Biedronia na pozycję PiS i całej Zjednoczonej Prawicy?

Ależ oczywiście, że Biedroń wspomaga PiS! Jeżeli rzeczywiście zbuduje ten nowy ruch i nie dogada się przed wyborami parlamentarnymi z resztą opozycji, to w naturalny sposób pomoże PiS. To bardzo proste. Przecież odbierze Koalicji Obywatelskiej głosy wyborców liberalno-lewicowych i rozbije wynik opozycji. A przy podziale mandatów w oparciu o obowiązujący w Polsce system d'Hondta premiowani są tylko najsilniejsi, w roli których znowu wystąpi Zjednoczona Prawica.

Podobnie jest z Sojuszem Lewicy Demokratycznej i Polskim Stronnictwem Ludowym. Jeśli w obecnym układzie politycznym miałoby dość do zmiany władzy, jest to możliwe tylko na skutek wystawienia wspólnej listy Koalicji Obywatelskiej, SLD, PSL i tej partii Biedronia, o ile ona naprawdę powstanie. Tylko taki obóz mógłby liczyć, że zdobędzie choć trochę więcej głosów niż Zjednoczona Prawica.

Jeśli takiego porozumienia nie będzie, to sprawa jest prosta jak arytmetyka wyborcza. PSL i SLD oczywiście mogą w 2019 roku wejść do Sejmu obok Koalicji Obywatelskiej, ale taka opozycja nie będzie konkurencją wobec obozu PiS-owskiego ze względu na system d'Hondta, według którego dziali się mandaty w Sejmie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...