Spowiedź byłego księdza. Zdradza kulisy kościelnych układów i wyznaje dlaczego zrzucił sutannę

Były ksiądz zdradza kulisy kościelnych układów i wyjawia dlaczego zrzucił sutannę.
Były ksiądz zdradza kulisy kościelnych układów i wyjawia dlaczego zrzucił sutannę. Zrzut ekranu z YouTube.com / 7 metrów pod ziemią
Księża, którzy rzucają "robotę" i odchodzą z Kościoła to temat tabu. Marcin Kuśmirek zna go od podszewki, bo księdzem był przez 15 lat. Zdradza, dlaczego zdecydował się odejść, a przy okazji wymienia największe grzechy Kościoła.

Przez niespełna 15 lat byłeś księdzem. I nagle przychodzi nieoczekiwana decyzja, że zrzucasz sutannę. Co się stało?

Szczerze mówiąc to fajny skrót: "przez 15 lat i decyzja". Nie, to nie tak. To nie była decyzja po 15 latach. Nie wiem, czy w ogóle jest możliwe podejmowanie takich decyzji ot tak. Myślę, że podobnie trudno jest zdecydować, czy iść do seminarium, potem w nim być, bo to też jest proces, a nie coś, co trwa zaledwie chwilę.

I dopiero później jest ten etap dający pole do myślenia i podejmowania decyzji, bo jak już jesteś księdzem, to zadajesz sobie pytanie "kim właściwie tam jesteś?". I to nie dawało mi spokoju, takich światełek różnego koloru było dużo. Sam dziwię się sobie, że tyle lat poruszałem się tak, w ogóle bez zdawania sobie sprawy z tego co robię.

W takim razie jakie rzeczy, jakie sprawy przybliżały cię do tej decyzji?

Nie wiem czy to nie będzie paradoks, ale to Bóg przybliżał mnie do tej decyzji. I pewnie wiele osób, z którymi przyszłoby mi rozmawiać twarzą w twarz, powiedziałoby mi "co on za głupoty gada, jaki pan Bóg?". Zawsze byłem człowiekiem wierzącym, a teraz myślę, że jestem jeszcze bardziej wierzący niż kiedyś.


Zawiodłeś się na instytucji, jaką jest Kościół?

Ja zawiodłem się dawno temu. Potem poziom mojego zawodu urósł do takiej rangi, że przestał być zawodem, a pojawiła się swego rodzaju złość. "Jak to jest możliwe?", "Jak można...".

Nigdy nie byłem świętym człowiekiem, takim jak z obrazka. Wręcz przeciwnie, kawał ze mnie drania i to czasami pomagało, czasami przeszkadzało. To tak jak z dobrym instrumentem – ma charakter. I albo umie się na nim grać, albo nie. Podobnie było ze mną.
Natomiast nie wyobrażałem sobie nigdy jak można podpisywać się pod czymś, co do czego nie mam w ogóle żadnego przekonania, że tak powinno być. Dopóki jesteś księdzem, który nie zadaje pytań. Dopóki ci wszystko pasuje i odpowiada. Dopóki wykonujesz bezwiednie polecenia, przytakujesz, to droga przed tobą otwarta.

Słyszałem wielokrotnie od wyższych ode mnie rangą księży, dobrze upozycjonowanych, patrzących mi prosto w oczy: "mógłbyś mieć wszystko"...

... gdybyś był posłuszny?

Tak, "mógłbyś mieć wszystko". Rozumiesz? Podchodzi do ciebie ktoś, kto wiesz, że rozdaje karty i mówi ci takie słowa... Powiem szczerze, że o tych emocjach już zapomniałem i teraz to taka otwarta rana. Ale jak słyszysz, że mógłbyś mieć wszystko i mówi to ktoś, kto tym wszystkim dysponuje, to zaczynasz się zastanawiać: czy aby na pewno czegoś nie masz? Czy możesz mieć więcej niż ci potrzeba?

W końcu spytałem: "czego ja nie mam?". Usłyszałem po jakimś czasie odpowiedź. Padła ona w 2014 roku. Usłyszałem: "nigdy nie było dla ciebie miejsca ani w Kościele, ani na plebanii". Powiedział to ksiądz, który był kiedyś moim wikariuszem jako ksiądz na parafii, później prefektem w seminarium, rektorem, czyli kimś, kto w sumie zdecydował m.in. o tym, że ja te święcenia dostałem.

To był strzał. Teraz myślę, że nie byłem na to wtedy kompletnie przygotowany. Powiedziałem mu wtedy "trzeba było mi to powiedzieć piętnaście lat temu. Miałbym dzisiaj trójkę dzieci, żonę. Nie zostawiłbym tego, co zostawiłem. I pewnie byśmy się nie rozstali tak jak dzisiaj, tylko czasami bym wpadł do księdza na kawę".

Ale w tym Kościele nie na mnie, a na Boga nie ma miejsca. To nie jest kazanie, to nie jest ambona, chociaż takie kazania też miałem. Czasami dostałem za nie w łeb, czasami dostałem zakaz mówienia kazań. Przetrwałem to i spektakularnym odkryciem, dla mnie, wierzącego, jest to, że w Kościele nie ma miejsca dla Boga.

A skąd u ciebie to przekonanie, że w Kościele nie ma Boga? Co jest takiego w tej instytucji?

Strasznie rozminęła się z tym, kim był prezentując siebie na Ziemi Jezus Chrystus i z tym, kim jest jako Bóg. Nie ma czegoś takiego jak dwulicowość u pana Boga. Nigdy nie było, nie ma i nie będzie. A tutaj jest ona na porządku dziennym. Dotykasz jej wszędzie.
Jakie to są sytuacje?

Jest 2003 rok, jestem chwilę po święceniach, ksiądz wikariusz, który po paru dniach już wie, że wszystko to fikcja. Po czterech dniach! Pomyślałem sobie wtedy: "co ja najlepszego ze swoim życiem zrobiłem?". Teraz to łatwo powiedzieć, ale wtedy miałem 28 lat i ani do tyłu, ani do przodu. Dowiadujesz się jak jest i nie dasz siebie samego oszukać, że jest inaczej.

W grudniu tego roku umiera mój ojciec. Muszę temu proboszczowi, już wtedy muszę, bo nie, że "chcę", nie "powinienem" tylko "muszę", bo nie ma relacji z tym człowiekiem, powiedzieć, że "umarł ojciec, potrzebuję pojechać na pogrzeb". No to usłyszałem od swojego księdza proboszcza, że "o jednego śmiecia mniej"...

Takie słowa od księdza proboszcza?

Tak.

Zraziłeś się?

Nie. Pojechałem na pogrzeb. Poprosiłem, żeby nikt mi nie przeszkadzał w pochowaniu ojca. Sam wyspowiadałem ludzi, odprawiłem mszę, zaprowadziłem ojca na cmentarz. To też był specyficzny człowiek, niełatwy – delikatnie mówiąc. Ale jednak ojciec. Za jakiś czas umiera jego matka, czyli moja babcia. Umiera mój dziadek – jego ojciec. Moja siostra bierze ślub.

Ja to wszystko odprawiam, a za jakiś czas, tak przy rozmowie w domu ktoś w żartach pyta mnie: "Marcin, ty wziąłeś 2 tysiące za pogrzeb ojca?". Po paru latach okazało się, że tak samo za pogrzeb babci, dziadka, ślub siostry... Ja to wszystko odprawiałem, a oni za to wszystko ich kasowali.

Za twoimi plecami?

Tak. To są drobiazgi, bo doświadczyłem masę innych rzeczy, które mnie też nie zwaliły z nóg, nie zachwiały wiary, ale ugruntowały mnie w tym, o czym rozmawiamy. Pytałem się przede wszystkim: "co by zrobił Bóg, czy Jezus w takiej sytuacji?". Ludzie wymyślili sobie prawo, w ramach, którego, kobietę można ukamienować, bo... Dzisiaj ludzie też sobie wymyślają różne prawa, oni (władze Kościoła – red.) tak samo, w ramach których można człowieka: napiętnować, ukamienować, zdyskredytować, skreślić.

Oni?

Księża. Oni generalnie wymyślają tyle najróżniejszych sytuacji, które ciebie jako człowieka wyrzucają poza nawias. Będziesz pokazany palcem, wyśmiany, odsunięty od wszystkiego. Będziesz musiał czuć się nikim, a jeśli chcesz odzyskać jakąś pozycję, to będziesz musiał wrócić do nich na czworakach, przypełznąć na kolanach i błagać o litość. Ich, nie Boga.

Ty się na coś takie nie godzisz.

Ja na coś takiego nigdy się nie godziłem. Ani jako małe dziecko, ani jako chłopak, który miał różne pomysły na życie, ani jako dorosły człowiek, ani jako będący w seminarium, czy godzinę przed święceniami, ani w trakcie bycia księdzem, ani później. Nigdy. Dlaczego? Bo mam przed oczami obraz Jezusa i Marii Magdaleny. Czy pozwolił ją zatłuc na tej ulicy? Czy powiedział raczej: "zaraz, zaraz, chłopaki...".

Skąd więc w księżach ta łatwość?

Ze strachu.

Przed?

Stratą.

Czego?

Oni porozumiewają się językiem złożonym z dwóch słów: władza i pieniądz. Stracić mogą i jednoi i drugie. I jak poczują stan zagrożenia, bardzo często kompletnie nieuzasadniony, jest mur, wiedzą co robić, wprowadzają procedury. To się dzieje lawinowo, momentalnie. Zwykły człowiek nie ma tutaj nic do powiedzenia.

Jak ci się powodziło jako księdzu? Ile zarabiałeś?

Jakbym zachłysnął się propozycją "mógłbyś mieć wszystko" to miałbym wszystko. To co jesteś sobie w stanie teraz wyobrazić, niedostępnego dla kogoś, kto porządnie pracuje, jest wykształcony i ma swego rodzaju plecy, mógłbyś mieć. I jest to dostępne dla zwykłego chłopaka, który nie za wiele sobą prezentuje, miesiąc po święceniach, czyli po pierwszej wypłacie.

Czyli wystarczy być tylko lojalnym? Posłusznym?

Wystarczy nie zadawać pytań i nie szukać kłopotów. Scenariusz jest podobny: wysyłają cię na parafię, jakiś czas trochę cię poobserwują. Sprawdzają czy w ich pojęciu jesteś potencjalnym źródłem ich problemów i kłopotów. Jak nie jesteś, to masz święty spokój. Jesteś tam 3-7 lat.

I dobrze ci się wiedzie.

Możesz mieć wszystko. I bardzo często jest tak, że masz. Wiem, że pieniądze są nośnym tematem, ale w tamtym środowisku jest tak, że licytacja to nie tylko gruby porfel. To także dobra gospodyni, perfumy, wyjazdy.
Dobra gospodyni? Masz na myśli tutaj, że możesz dobrze u niej zjeść?

Dobrze zjeść to można dzisiaj wszędzie. Nie potrzeba do tego gospodyni.

Czyli mówisz, że celibat to fikcja?

To są ciężkie tematy. Czasami zastanawiałem się: po co jest ten celibat? I muszę zaznaczyć, że w tej materii ja też święty nie byłem. Ale przyszedł moment kiedy potrzebowałem pogadać z księdzem, ale nie na drugim końcu Polski, czy świata, tylko z takim, którego gdzieś znam, który mógłby być jakimś autorytetem dla mnie. I tak oddalałem się w myślach z 5, 10, 15 km od mojej plebanii i nie mogłem znaleźć takiej, na myśl której bym się nie zdenerwował.

A co mu chciałeś powiedzieć?

Nie chciałem mu powiedzieć, że nie jestem dobry, grzeczny, miły, łagodny itd. Chciałem mu powiedzieć o tym, o co pytasz: jak jest z tym celibatem, ze mną, który mam doświadczenia różnorodne? Żeby on mnie przekonał, żebym poczuł, że on mówi prawdę.

Że celibat ma sens?

Tak, i że jest jakaś norma, która porządkuje jego życie jako księdza. Ale nie znalazłem takiej plebanii. I nie było takiej plebanii, gdzie gospodyni nie mieszka tam jak żona. W taki razie po co tam jechać?

Wracamy do początku: Kościół jako instytucja, czyli ta gradacja złożona głównie z kopuły z księży, sfiksowanych w moim odczuciu. I tam nie ma Boga. I mówię to autentycznie, że chwile po śmierci będę miał okazję powiedzieć Bogu to samo co tobie: "tam nie było Boga". Nie da się być w porządku samym z sobą patrząc na to wszystko.

W takim razie w jaki sposób księża tłumaczą sobie, że nie przestrzegają celibatu?

Są przekonani o tym, że tak jest dobrze, że tak powinno być, że nie ma w tym nic nienormalnego. Jest mężczyzna, jest kobieta, jakoś tam się odnaleźli w życiu, żyją razem, są razem. Oni są sobie w stanie to między sobą dla siebie, dla własnego użytku wytłumaczyć. To jest dla nich oczywiste. Ale uczciwie trzeba powiedzieć, że jest różnie.

Natomiast bardzo ciężko jest spotkać kogoś, kto rzeczywiście w 100 proc., 50 proc. zachowuje normy, co do których sam podjął decyzję, że tak będzie w jego życiu, oczekuje tego od wszystkich na ambonie i w konfesjonale.

Co jest największym grzechem Kościoła?

Wyrywanie z korzeniami ducha. Nie ma miejsca dla kogoś, kto jest zapatrzony w Boga. Kiedyś zażartowałem przy jakiejś grupie kilkunastu księży: "gdyby dzisiaj Chrystus był wikariuszem, to by go co miesiąc przenosili z parafii na parafię, karnie".

Jakiego rodzaju zachowania są niemile widziane?

Jak przestajesz sprawiać pozory, że wszystko ci pasuje, to jesteś podejrzany. Jak nie śmiejesz się wtedy, kiedy wszyscy się śmieją, to trzeba się zastanawiać, czy przy tobie nie milczeć. Jak zaczniesz pytać, szukać, to jedna, druga próba, trochę presji – przeniesienie na parafię, gdzie nie zarobisz nic i tak to wygląda. Jak jesteś jednym z nich to jest dobrze.

Do mnie to dotarło po latach oczywiście, jak opadły emocje, nerwy, złość, że miał facet rację – nigdy nie pasowałem, nie pasuję i nie było dla mnie tam miejsca. I w takim wymiarze, w takim kształcie, w tak zdefiniowanej strukturze nie ma miejsca na kogoś lub coś takiego jak Bóg. Nie ma miejsca na przebaczenie, poświęcenia. Nie ma takiej postawy w tych ludziach.

Byłeś księdzem, który zadawał pytania. A pozostali?

Dużo poz, udawania. To jest codzienność. Jesteś o 8.30 rano po pracy, to czymś się trzeba zająć. Jest pogrzeb, no to kto odprawi? Bo ja odprawiałem tydzień temu. Trzeba pospowiadać. To ten niech nie idzie, bo on będzie do rana. To leć ty. I to jest codzienność.

Jak teraz wygląda twoje życie?

Musiałem wszystko zacząć od nowa. Myślenie musiałem zacząć od nowa. Zaczęło się od podstaw, czyli, że po prostu bardzo mi ulżyło. Nawróciłem się do pana Boga. Poczułem bożą moc w swoim życiu. Ale samej miłości bożej do garnka się nie nałoży. Trzeba kartofli nakroić.

Nowy zawód, nowa praca?

Tak, wszystko nowe. A na początku obawa przed wszystkim. Strach przed wyjściem na ulicę, bo przecież w miejscu gdzie teraz mieszkam i żyję, przez siedem lat byłem na parafii. Mam to szczęście, że nie rozstałem sie z kapłanami, bo kobieta. Chociaż święty nie byłem. Natomiast życie ułożyło mi się bardzo dobrze. Mam swoich ludzi koło siebie, pracę w której się odnajduję. Odnalazłem utracone pasje, muzykę. Zacząłem sobie pozwalać na pisanie różnych tekstów.

Nie żałujesz?

Czego?

Decyzji.

Jak człowiek nawraca się to sobie dupy nie zawraca czy jest szczęśliwy, czy nie, bo jest. I ja sobie nie zawracam tym głowy. Mi spadł kamień z serca. Zrobiłem sobie krzywdę blokując swój umysł, sumienie, serce, siebie tak naprawdę. Miałem ciężko w swoim życiu, już od dzieciaka: ojciec artysta, ale alkoholik. Ciężko. Po prostu. Nikt mnie niczego nie nauczył. Musiałem sam to nadrabiać. Żyć, funkcjonować, przeżywać. I teraz to robię.

Wziąłem do ręki śrubokręt. Pierwszy raz w życiu. Ja się dwa miesiące zastanawiałem, jak mi się w łóżku coś tam zepsuło, jak wziąć śrubokręt. Jak się w końcu odważyłem, to tą śrubkę przykręciłem. I to jest coś bardzo konkretnego.

Jest to zapis wywiadu, który pierwotnie ukazał się na YouTube na kanale Rafała Gębury pt. "7 metrów pod ziemią". Ten i inne materiały znajdziesz też na Facebooku i Instagramie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...