Król Karol Pierwszy. "Nóż mi się w ręku otwiera". Strasburger w rozmowie o hejcie i przygodzie życia

Karol Strasburger przeżywa kolejną młodość w programie Polsatu "Lepiej późno niż wcale".
Karol Strasburger przeżywa kolejną młodość w programie Polsatu "Lepiej późno niż wcale". Fot. Polsat / Materiały prasowe
Dla jednych niekwestionowany król sucharów i rubasznego poczucia humoru. Dla innych człowiek, który posłał do kąta najwięcej osób w Polsce. Od 24 lat nierozłącznie związany z "Familiadą". Ale teraz poznajemy go w innej roli. Karol Strasburger ostatnio wyjechał z Polsatem w podróż w programie "Lepiej późno niż wcale", który okazał się... prawdziwą petardą.

Jak wspomina Pan swoją relację z Rafałem Masnym, który, nie przymierzając, mógłby być Pańskim wnukiem?

Pewnie można by tak powiedzieć, jednak ja staram się nie zwracać uwagi na takie "przepaści". Rafał, mimo tego że ma 26 lat, jest dojrzałym, mądrym, poukładanym dorosłym facetem. Oczywiście pojawiają się pewne codzienne różnice, wynikające z wieku czy też życiowego doświadczenia.

Mam wrażenie, że Rafał wyciągnął sporo wniosków z rozmów z nami, "starszymi" (śmiech) oraz chętnie korzystał z życiowych bagaży, jakie my już dźwigaliśmy. Jednocześnie i my chłonęliśmy jego hurraoptymizm i nieposkromioną ciekawość świata. Przede wszystkim jednak byliśmy na planie wspierającymi się kolegami, a dzięki temu ta różnica wieku praktycznie nie istniała.

Panowie - uczestnicy programu, przyjaźnicie się poza planem?

Powiedziałbym raczej, że mamy ze sobą świetne relacje. Niewątpliwie, po udziale w programie i trzech tygodniach przebywania ze sobą non stop oraz wielości wspólnych przygód i doświadczeń, mogę stwierdzić, że zacieśniły się nasze męskie więzi. Dla mnie przyjaciel to ktoś bardzo ważny. Tak naprawdę w życiu ma się jednego, góra dwóch prawdziwych, najbliższych sercu


Rafała Masnego nie znałem w ogóle. Z Piotrem Polkiem przez wiele lat dzielimy wspólną scenę w teatrze, spotykaliśmy się również w rozmaitych sytuacjach niezwiązanych z pracą. Podobnie wygląda moja znajomość z Krzysztofem Hanke, z którym najczęściej miałem okazję grywać w tenisa na turniejach artystów.

Z Władkiem Kozakiewiczem poznałem się w czasach, kiedy wyczynowo uprawiałem gimnastykę przyrządową. Tyczkarze trenowali na tej samej sali co my, zatem widywaliśmy się. Nie mogę jednak powiedzieć, że była to jakaś zażyła znajomość, ponieważ przez kolejne 20 lat nie dane nam było się spotkać. Widocznie los nam jednak sprzyja, bo w końcu się udało.
Na ekranie widać między Wami świetną chemię.

Bez względu na stopień zażyłości między nami, każdy miał o drugim dobre zdanie. Niezależnie od tego, ile razy widzieliśmy się w życiu wcześniej, wszyscy uważaliśmy kolegów z planu za fajnych gości i każdy z nas wiedział, że ta znana nam dotąd relacja pozostanie na takim samym, pozytywnym poziomie, a nawet zbliży nas do siebie, pozwoli siebie odkryć na nowo.

Myślę, że to zagrało i potwierdziło się w całym okresie tej wspólnej podróży. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że po programie nasze relacje koleżeńskie jeszcze bardziej się pogłębiły.

Dialogi nie były pisane?

Absolutnie nie i gdyby tak miało być, nie podjąłbym się wzięcia udziału w programie. Jestem wybitnie uczulony na fałsz czy udawanie czegoś/kogoś kim się nie jest, a już na pewno nie wyobrażam sobie, aby poza planem filmowym/ pracą aktora ktokolwiek "wkładał w moje usta" nie moje słowa.

Pamiętajmy, że w programie widać tylko cząstkę tego, co działo się na planie. W żadnej sytuacji nie było reżyserii, a także sytuacji, które w jakikolwiek sposób byłyby nam narzucone. Wszystko szło na żywo. W przypływie emocji padały nawet niejednokrotnie niecenzuralne słowa, czego dowodem jest m.in. krótki making off, na stronie programu na Facebooku, ze sklepu, w którym kupowaliśmy nasze kolorowe, słynne już koszule. Żaden z nas nie był w żadnej roli, byliśmy sobą i takie było założenie od początku.

Pańskie zarządzanie ciszy nocnej czy rzucanie "auf Wiedersehen" w hotelu kapsułowym to internetowy "instant classic".

Te moje powiedzenia szybko zaczynają żyć własnym życiem (śmiech). Zostałem okrzyknięty już "Królem Sucharów", potem " Władcą Memów", a teraz widzę, że szykuje się kolejne trofeum - ja tego nie planowałem. Tak już mam, że lubię czasem zabawić się słowem, niekoniecznie polskim (śmiech).

W każdym razie nikt z nas nie starał się jakoś przesadnie brylować czy wciskać na pierwszy plan. To dzieje się samo, naturalnie. Jeżeli w danej sytuacji ktoś ma coś więcej do powiedzenia niż inni, po prostu to robi. Nikt nie chce się jednak wybijać ponad innych. My po prostu świetnie bawiliśmy się tym wyjazdem.

W żadnym momencie nie było tak, że ktoś się starał, by być ciekawszym od drugiego. Jeśli ktoś był zmęczony, po prostu szedł spać. Chodziło o szczerość i naturalność, a nie wyreżyserowany czy sztucznie nadmuchany przekaz. Dbaliśmy o to abyśmy byli grupą, zwartą ekipą – bez lidera.
Którą przygodę z programu "Lepiej późno niż wcale" najlepiej Pan zapamiętał? Co Pana rozbawiło, przeraziło czy zaskoczyło?

Dopóki program jest emitowany, nie mogę zdradzać szczegółów. Zachęcam do śledzenia oficjalnej strony programu bo tam codziennie dodawane są kolejne "smaczki", także te niezawarte w odcinku. Mogę natomiast odnieść się do tego, co widzowie zdążyli już zobaczyć. Dla mnie ogromnym zaskoczeniem był hotel kapsułowy w Tokio i warunki w nim panujące.

Na maleńkiej powierzchni szereg "szuflad", które wszystkim nam jednoznacznie kojarzyły się z ostatnią drogą. Do tego brak intymności – wspólna łazienka i znikoma przestrzeń, by móc wypocząć po 20 godzinach podróży. Przełamaliśmy jednak wszelkie niedogodności dobrym humorem i mini imprezą integracyjną z Japończykami (śmiech), co niewątpliwie dało się zauważyć.

Wśród najbardziej zaskakujących nas przygód na pewno znajdzie się wizyta w muzeum przyszłości. Zaawansowana technologia, w tym kobieta-android, z którą prowadziliśmy konwersację jak z człowiekiem – dała mi do myślenia w jakim kierunku zmierza świat i że zanim się porządnie obejrzymy przyszłość niczym z filmu science fiction, zdominuje ludzi.

Niemniej, jako fan nowinek technologicznych, elektroniki, wszelkich gadżetów jestem jak najbardziej za postępem ale w pewnych, bezpiecznych granicach. Nie ukrywam też, że bardzo liczyłem na zawody sumo i udało się producentowi to moje małe marzenie spełnić. To nie tylko sport – próba sił, rywalizacja. To cały rytuał oczyszczenia, nazywany Chirikozu, na który składa się wiele czynności.

Zdecydowałby się Pan raz jeszcze na taką przygodę?

Myślę, że tak, ale chętnie na innym kontynencie. Format jest napisany i ułożony w ten sposób, że jeżeli widzom spodobają się nasze przygody, najprawdopodobniej w tym samym składzie ruszymy w kolejne podróże. Myślę, że chłopaki chętnie by się na to zdecydowali, ponieważ bawiliśmy się świetnie.
Zostawiając temat „Lepiej późno niż wcale”, 17 września 1994 roku poprowadził Pan pierwszy odcinek „Familiady”. Od tamtej pory Dwójka nieprzerwanie emituje teleturniej. Jak po tych wszystkich latach smakuje prowadzenie programu?

Podobnie jak my wszyscy, ten program również podlega zmianom – mimo pozornej stałości jest miejscem wielu przemian. Na pierwszy rzut oka mało widocznych, jednak pojawiających się co jakiś czas. "Familiada" żyje i myślę, że na tym polega jej siła.

Na początku bardzo restrykcyjnie podchodziliśmy do formuły rodzin w programie. Wyłącznie pokrewieństwo dawało uczestnikom możliwość wzięcia udziału w "Familiadzie". Z czasem odeszliśmy od tego i dziś nie tylko więzy krwi mogą być wspólnym mianownikiem dla naszych gości.

Mimo upływu lat, praca na planie "Familiady" wciąż mnie zaskakuje. Niedawno gościliśmy na nagraniu rodzinę, która była w programie 18 lat temu. Wzięła w nim udział 18-latka, która poprzednim razem była w naszym studiu jedynie w brzuchu swojej mamy. Historia zatoczyła piękne koło. Bardzo mnie to cieszy.

Bierze Pan czynny udział w życiu mediów społecznościowych?

Oczywiście. Jestem na bieżąco na tyle na ile czas pozwala, ale na szczęście od wszelkich spraw PR-owych, social mediów i kontaktów prasowych mam Małgosię – moją wieloletnią menadżerkę i aktualnie partnerkę – działamy razem, ale to ona jest "redaktorem naczelnym mojego Facebooka i Instagrama", bo jej wiedza o internecie i umiejętność poruszania się w sieci są większe niż moje doświadczenie w tej kwestii. Ja na bieżąco wszystko śledzę i bardzo często osobiście odpisuje na wiadomości czy dodaję komentarze do postów.
Ogląda Pan memy ze swoim udziałem?

Jest ich tyle, że wszystkich nie da się obejrzeć, niemniej temat jest mi bliski i często wyłapuję te najświeższe (śmiech). Kiedyś omawialiśmy je w jednym z programów śniadaniowych. Spotkałem się z ich twórcami i muszę powiedzieć, że szanuję ich dowcip. Jeśli taki żart jest efektem kreatywnego działania autora, to ja to bardzo lubię.

Jeśli jednak memy opierają się na hejcie i chęci prostackiego obrażania kogoś, nóż mi się w ręku otwiera i chętnie porozmawiałbym bardziej po męsku z twórcami takich rzeczy. To jednak niemożliwe, ponieważ tacy ludzie są zwykłymi półgłówkami i tchórzami. Ja zawsze będę doceniał tych, którzy robią coś z otwartą przyłbicą, nie kierując się przy tym najniższymi instynktami.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...