
108 km/h w terenie zabudowanym - z taką prędkością jechał przez Piątnicę koło Łomży podlaski poseł Prawa i Sprawiedliwości Lech Kołakowski. Parlamentarzysta został zatrzymany po policyjnym pościgu. Poseł nie stracił prawa jazdy, bo - według informacji z policji - nie miał go przy sobie. Ale istnieje też nieoficjalna wersja wydarzeń.
Odebranie prawa jazdy, mandat w wysokości do 500 zł i 10 punktów karnych – to groziłoby każdemu innemu kierowcy przyłapanemu na takim wykroczeniu. Poseł Lech Kołakowski odjechał zaś spokojnie z miejsca zdarzenia. Choć z informacji z Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku wynika, że sprawy zamknąć nie zamierza.
Nie miał prawa jazdy... lub coś innego Do zdarzenia doszło w ubiegły wtorek w godzinach wieczornych. Sprawę teraz opisuje białostocka "Gazeta Współczesna". Pędzący przez Piątnicę samochód wychwycił policyjny wideorejestrator. Auto jechało zbyt szybko o 58 km/h, za co można stracić na trzy miesiące prawo jazdy.
Gdy policjanci dogonili samochód, okazało się, że kieruje nim posiadacz poselskiego immunitetu. Według oficjalnych informacji poseł prawa jazdy nie stracił, bo go przy sobie nie miał. TVN24 podaje jednak, że Kołakowski prawo jazdy posiadał i funkcjonariusze nawet mu zabrali dokument, ale... musieli zwrócić po telefonie, jaki otrzymali.
To już nie te czasy Wersji, jaką przedstawiają anonimowi informatorzy, zaprzecza szef podlaskich policjantów, nadinspektor Daniel Kołnierowicz (nota bene - uchodzący za zaufanego wiceministra Jarosława Zielińskiego, odpowiadającego za policję).
– Absurd. Policjanci jechali radiowozem z wideorejestratorem, co oznacza, że ich interwencja została nagrana. Również notatki, z którymi się zapoznałem, mówią, że poseł nie miał po prostu ze sobą prawa jazdy. To naprawdę niemożliwe. Nie te czasy już, by ktoś wydzwaniał, aby pomóc VIP-owi w takiej sytuacji – zapewnia Kołnierowicz. Policja zapewnia, że dalsze czynności w tej sprawie będą prowadzone. źródło: "Gazeta Współczesna", tvn24.pl
