Już teraz wiem na czym polega "niezły Meksyk". Brakuje Escobara, ale nowe "Narcos" też uzależnia

"Narcos: Meksyk" pokazuje nam genezę współczesnej wojny narkotykowej
"Narcos: Meksyk" pokazuje nam genezę współczesnej wojny narkotykowej Fot. Netflix
Zamiast kokainy i Kolumbii - marihuana i Meksyk. Netflix rozszerzył swoje narkotyczne uniwersum o nowy serial. "Narcos: Meksyk" to spin-off oryginalnego "Narcos", gdzie jeszcze raz cofamy się w czasie do szalonych i brutalnych lat 80. i obserwujemy powstanie pierwszego kartelu w tytułowym państwie. Serial już trafił na Netflixa.

Nie tak dawno temu, za Oceanem rozpoczęła się wojna narkotykowa, która trwa do dziś. Kiedy trzeci sezon "Narcos" dociera do początku lat 90., spin-off znów przenosi nas do poprzedniej dekady i meksykańskich korzeni współczesnego narkobiznesu. Ówczesny miał prostą konstrukcję i opierał się na luźnej współpracy między przemytnikami, plantatorami i handlarzami.
Zmienił to Miguel Ángel Félix Gallardo, zwany też "El Padrino" czyli Ojcem Chrzestnym. To właśnie on założył pierwszy kartel w meksykańskim mieście Guadalajara. I przed obejrzeniem serialu nie zaglądajcie do internetu w poszukiwaniu informacji o baronie z Meksyku - znajdziecie tam same spoilery, bo Netflix jak zwykle postarał się o jak najlepsze oddanie nieprawdopodobnych, ale i w większości prawdziwych wydarzeń.

Geneza współczesnego narkobiznesu w Meksyku
Podobnie jak w przypadku poprzedniego "Narcos", przyglądamy się wycinkowi stosunkowo świeżej historii, przy której przecieramy oczy ze zdziwienia i obgryzamy paznokcie z przerażenia. Dla wielu widzów początki wojny narkotykowej, która pochłonęła już pół miliona ludzkich istnień, to kompletnie nieznana i przez to fascynująca rzecz.

Brzmi to strasznie, ale "Narcos" może inspirować, bo skoro jeden facet w niedługim czasie zbudował nowożytne imperium i kontrolował nie tylko niemal cały przemyt narkotyków z Meksyku do USA, ale i tamtą część świata, to nawet nasze stresujące targety ASAP przed deadlinem są niczym kaszka z mleczkiem.
W "Meksyku" Netflix korzysta ze sprawdzonego wzorca. Narrator na początku odcinka odsłania nam kolejne karty historii i robi to jak zwykle na luzie i z sarkazmem, nie stroniąc od wulgaryzmów i zwrotów bezpośrednich.


Obserwujemy archiwalne nagrania i dowiadujemy się (już w filmowy sposób) niemal wszelkich szczegółów tworzenia się kartelu, zawierania umów, budowania strefy wpływów, a nawet tego, na czym polegała wyjątkowość marihuany z Guadalajary. Pełen przekrój przez biznes jest więc intrygujący i nie możemy się doczekać kolejnych odcinków, w którym patrzymy jak to wszystko kwitnie i się rozrasta.

"Narcos: Meksyk" nie jest jednak samouczkiem, filmem instruktażowym, bo pokazuje też brutalną stronę nielegalnych przedsięwzięć. Krew tu tryska z pękających czaszek, a kamera nigdy się nie odwraca od egzekucji. To naturalistyczna produkcja, która bynajmniej nie gloryfikuje przestępców. Jednak kryminalny świat widziany na ekranie od zawsze nas przecież pociągał.
Geneza antybohatera
Kulisy mrocznej strony Meksyku poznajemy przez dzieje bohaterów. W El Padrino wciela się znany z nowych "Gwiezdnych wojen" Diego Luna. Nie jest niestety tak charyzmatyczny i uwodzący tłumy jak grany przez Wagnera Mourę Pablo Escobar. Trudno będzie komukolwiek przebić tę postać, która do tej pory jest bohaterem memów.

Félix Gallardo jest bardziej chłodny, wyrachowany i ma zupełnie inny styl prowadzenia swojej "firmy", którą stawia na pierwszym miejscu. Może dlatego jest bardziej odpychający. Jednak jak na szanujące się uniwersum przystało, następuje cross-over i Escobar pojawia się w jednym z odcinków "Narcos: Meksyk".

Głównym arcywrogiem Gallardo jest Kiki Camarena, policjant z kiełkującej i z trudem zdobywającej szacunek agencji DEA. Wciela się w niego znany głównie z komediowych ról Michael Peña. Początkowo jest pełnym ideałów "harcerzykiem", zupełnie niepasującym do otoczenia, ale to postać równie istotna dla Meksyku, co sam baron z Guadalajary.
Historia opowiadana od strony skorumpowanych funkcjonariuszy, bez większych ambicji i honoru, również jest niezwykle wciągająca. I naprawdę nie mamy co narzekać na pracę naszej policji. I milicji, bo przy działającym w tamtym okresie meksykańskim "gestapo" nawet SB wypada słabo.

"Niezły meksyk" nabiera nowego znaczenia
"Narcos: Meksyk" jest dobrze zrealizowany, akcja dość dynamicznie idzie do przodu - zawsze gonienie króliczka jest ciekawsze niż złapanie go. Zwłaszcza, że końcówki odcinków zachęcają do klikania w przycisk "następny". Twórcy nie tylko postarali się odtworzyć samą historię, bohaterów, stroje, muzykę, ale i specyfikę obrazu - niektóre kadry są prześwietlone niczym na filmach akcji ze starych kaset wideo.
Nowy serial może i nie powtórzy sukcesu poprzednika, ale jest na pewno ciekawszych niż 3. sezon z kartelem z Cali i stanowi kolejny, solidny punkt w narkotycznym uniwersum Netflixa. Podobnych historii na świecie nie brakuje i zdecydowanie liczę na kolejne spin-offy. Na przykład o mafii z Pruszkowa.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...