Rytuał Ayahuasca to legenda wśród narkotyków. Rozmawiamy z Polakiem, który przeszedł go w Peru

Wywar Ayahuaski w trakcie gotowania.
Wywar Ayahuaski w trakcie gotowania. Fot. Archiwum prywatne
Wszyscy słyszeliście o marihuanie, heroinie czy kokainie, ale Ayahuasca? Dziwnie to napisać, jeszcze trudniej przeczytać, no i co to w ogóle jest? Maciek, który woli pozostać anonimowy, wyruszył do Amazonii, by przekonać się o sile wywaru, przy którym chowają się wszystkie inne narkotyki. Choć wiele osób traktuje to jako... formę terapii.


Kilka miesięcy temu samemu próbowałem zbadać temat. Naczytałem się w internecie o ceremoniach Ayahuaski organizowanych w Holandii, Czechach czy nawet gdzieś po kryjomu w Polsce. Oczywiście nielegalnie, ponieważ napój jest zakazany w naszym kraju. Chciałem zobaczyć taki rytuał, jednak okazało się, że albo umówienie spotkania nie jest takie łatwe, albo warunki zwyczajnie mi nie odpowiadały.


Co prawda można odezwać się do jakiegoś domorosłego "szamana" spod Grodziska Mazowieckiego, lecz mając w pamięci śmierć kobiety, która wzięła udział w ceremonii kambo, zdecydowanie podziękuję. Dla własnego dobra najlepiej wystrzegać się podobnych szarlatanów.


Inny pewnie brzmiący szaman-słowianin zaprosił mnie przez Skype na półroczną wycieczkę do Kolumbii... Załamałem się i porzuciłem dalsze poszukiwania oraz zagrzebałem temat do czasu, kiedy poznałem Maćka. Mój rozmówca wziął udział w rytuale Ayahuaski w najbardziej pierwotny sposób – w towarzystwie indiańskiego szamana w dziczy amazońskiej dżungli, która była jednym z celów jego podróży dookoła świata.
Mleko się rozlało i coraz więcej ludzi z naszego kręgu kulturowego szuka rozwiązania trapiących ich schorzeń w medycynie ludowej południowoamerykańskich Indian. Oczywiście są też tacy, którzy po prostu szukają kolejnego sposobu na to, żeby się nawalić. W obu przypadkach celem ich poszukiwań jest wspomniana Ayahuasca.


W porównaniu do innych substancji psychoaktywnych, przyjęcie Ayahuaski jest jak przesiadka z barowego, mechanicznego byka na chorego na wściekliznę, pijanego tura. Z tą różnicą, że nawet nie trzeba się ruszać. Wiele osób, w tym mój rozmówca, zarzucą mi pewnie spłycanie roli tego leczniczego wywaru, jednak nie da się pominąć tego, że wśród różnych substancji zawiera on również DMT – najsilniejszy psychodelik świata.

Dodatkowo ceremonia Ayahuaski to rytuał oczyszczenia i choć nie wszyscy uczestnicy są z góry skazani na fontanny wymiocin, trzeba przyznać, że taki kilkugodzinny trip z torsjami i defekacją to naprawdę niezły hardkor. Wielu ludzi utrzymuje jednak, że pomogło im to wyleczyć depresję, wyjść z uzależnienia lub pozbyć się strasznej traumy.
Maciek to człowiek twardo stąpający po ziemi. Wielokrotnie w czasie naszej rozmowy łapał się na tym, że jego słowa brzmią absurdalnie, wybiegają do jakiejś metafizyki czy wynaturzeń, których spodziewałbyś się raczej po niereformowalnym ćpunie niż na co dzień odpowiedzialnym i konkretnym gościu.

Po kilkunastu miesiącach od swojego przeżycia opowiedział nam jednak swoją historię w jej pełnym, miejscami mega dziwnym, brzmieniu. Możecie zapoznać się z nią poniżej.

Wydarzenia opisane poniżej miały miejsce rok temu w Peru. Po wzięciu udziału w rytuale Ayahuaski naszemu rozmówcy w pewnym stopniu udało się pokonać problemy zdrowotne, z którymi się borykał. Nie ma jednak żadnych dowodów potwierdzających medyczną skuteczność Ayahuaski. Tak samo, jak nie ma tych, które by jej jednoznacznie zaprzeczały.



Zapoznanie
– Byłem w tunelu, z którego nie mogłem się wydostać, a raczej w studni – wspomina Maciek. – Z jej szczytu przyglądały mi się trzy postacie. Zwracałem się do nich w myślach, pytałem "kim są?", "co tu robią?", one jednak milczały – opowiada.

– Po pewnym czasie zmienił się obraz, który widziałem w głowie. Siedziałem w środku przykrytej moskitierą chatki na drzewie, a wokół siebie miałem różne pory roku: na wprost widziałem lato, za plecami miałem zimę, po lewej jesień, a po prawej wiosnę. Dokładnie tak wyglądała moja pierwsza sesja – kontynuuje.

Z tego widzenia jedynie nasz przyjaciel i przykryta moskitierą chatka są rzeczywiste. Reszta to efekt działania Ayahuaski. – Mówi się, że trzy sesje z Ayahuaską to absolutne minimum, żeby odczuć ją we właściwy sposób – wyjaśnia. – Pierwsza to zapoznanie z Ayą. Druga to śmierć, czyli w praktyce "bad trip" - bardzo nieprzyjemne odczucia po zażyciu. Trzecia sesja to tzw. narodziny – wylicza.

Nasz rozmówca mówił o "zapoznaniu z Ayą". Peruwiańscy Indianie wierzą, że Aya jest kobietą, natomiast uczestnicy ceremonii "czują" jej obecność. Metafizyczny świat Indian jest bardzo bogaty i posiada również "męski" odpowiednik tajemniczego wywaru. Nazywa się on San Pedro.
Śmierć
– W trakcie tej sesji byłem przerażony – wyjawia nasz rozmówca. – Jakkolwiek to zabrzmi, wyszedłem ze swojego ciała i spoglądałem na całą sytuację z góry. Widziałem siebie i resztę towarzyszących mi osób z innej perspektywy, nie swoimi oczami, unosiłem się nad wszystkimi. Tym razem również ujrzałem trzy milczące postacie, które przyglądały mi się poprzednim razem – mówi.

Cykl sesji z Ayahuaską zazwyczaj trwa od tygodnia do kilku tygodni, średni okres to 14 dni. – Pierwszego dnia po przybyciu na miejsce zapoznajesz się z ludźmi i terenem - oswajasz się z nowym środowiskiem. Kolejnego przyjmujesz Ayahuaskę, a następne dwie-trzy doby przeznaczasz na odpoczynek i medytację. Ten cykl powtarza się kilkukrotnie – informuje.

– Bardzo ważna jest także co najmniej tygodniowa dieta połączona z abstynencją od seksu, narkotyków, alkoholu i jedzenia mięsa – dodaje.
Narodziny
– Znowu byłem w studni i znowu przyglądały mi się te same postacie – opowiada. – Tym razem jednak do mnie przemówiły, wyciągnęły do mnie ręce, przyciągnęły do siebie i przytuliły tak, jak mama tuli swoje dziecko. Poczułem miłość w najczystszej formie. Zrozumiałem wtedy jedną rzecz - miałem problem z akceptacją samego siebie. Tak wyglądały moje ponowne narodziny – mówi.

Zdaniem naszego rozmówcy, potraktowanie przyjęcia Ayahuaski jako rytuału to jedyne słuszne podejście. Jest jednak wielu ludzi, którzy lecą do Ameryki Południowej lub uczestniczą w nim w Europie tylko po to, by odczuć narkotyczny efekt tego tajemniczego napoju.

– Nie na tym to polega. To jak mistyczne, prawie religijne przeżycie, do którego należy podejść z osobistym problemem - intencją, licząc że Aya ci pomoże – uważa nasz bohater.

– Przed uczestnictwem w rytuale Ayahuaski borykałem się z dość mocno depresyjnym etapem w moim życiu – przyznaje nasz rozmówca. – Z tą intencją poszedłem do Ayi. Czasem bywa tak, że jeśli wskażesz niewłaściwą intencję, Aya sama wskaże, w czym leży twój prawdziwy problem. Wyciągnie traumę z dzieciństwa, o której zdążyłeś zapomnieć lub inne ciężkie przeżycia – opowiada.

Szaman
W ceremonii bardzo ważna jest obecność szamana, choć i on nie jest w stanie zagwarantować nikomu 100 proc. bezpieczeństwa. Taka osoba również popija ten sam wywar i próbuje nawiązać kontakt z osobą, będącą pod wpływem Ayi, w niematerialnym, metafizycznym świecie.

W czasie transu sprawdza stan zdrowia i samopoczucie "pacjenta". Niestety nie zawsze da się zapobiec wszystkim tragicznym historiom.

– Znałem chłopaka, który nie wiedział o swojej ukrytej wadzie serca – mówi nasz rozmówca. – Wypił Ayę i jego organizm nie wytrzymał, mężczyzna zmarł.

Przyjęcie Ayahuaski wiąże się z tym, że trzeba powierzyć swoje życie w ręce kogoś, kto, w dużym uproszczeniu, na co dzień przemierza dżunglę w poszukiwaniu roślin i ziół i istnieje znikoma szansa na to, że skończył medyczne studia. Dla kogoś z Europy, przyzwyczajonego do wypisywania zgód na każde, nawet najmniejsze badanie, nie brzmi to optymistycznie.

Nie jest to również rozebrany do spódniczek z liści pan w pióropuszu – to raczej stereotyp. Na miejscu można się prędzej spodziewać mężczyzny ubranego jak do prac w lesie, w znoszonych ubraniach i wysokich gumiakach.
– Przez to, że każdy organizm jest różny, także odczucia mogą być bardzo indywidualne – nie każdy musi doświadczyć "zapoznania/śmierci/narodzin" – mówi nasz rozmówca. – Osobiście czułem bardzo duży dyskomfort, kiedy chciałem się poruszyć, za każdym razem chciało mi się wymiotować – dodaje.

Iquitos – miasto w środku dżungli
– Wyobraźcie sobie miasto w samym środku dżungli, dokąd dotarcie łodzią trwa co najmniej trzy dni, a drugą (i ostatnią) metodą transportu jest lot samolotem – opowiada nasz rozmówca. – Ja zdecydowałem się na spływ Amazonką, by jeszcze lepiej wczuć się w klimat tego niezwykłego miejsca – opowiada.

Z relacji naszego rozmówcy wyłania się obraz miasta, które w czasie swoich ekranowych przygód, mógł odwiedzić Indiana Jones. W tej mekce poszukiwaczy przygód życie często toczy się poza prawem. Na miejskim targu równie łatwo, co maniok można dostać części ludzkiego ciała (Tsantsa). – Pomyśl o najbardziej abstrakcyjnej rzeczy, jaka siedzi w twojej głowie, na targu w Iquitos pewnie ją dostaniesz – zapewnia nasz przyjaciel.
Iquitos to jednak "ledwie" baza przerzutowa, dopiero stamtąd łapie się rzeczny transport do maleńkiej wioski w dżungli. Zazwyczaj to kilkunastoosobowa osada, w której mieszka szaman. Pośrednicy w Iquitos często biorą od turystów spore pieniądze w zamian za pomoc w dotarciu do takiego człowieka. W małej społeczności Indian to często najważniejsza osoba w wiosce, odpowiedzialna za leczenie zarówno ciała, jak i duszy.

– Przebitka bywa bardzo duża – ceny wahają się od kilkunastu dolarów, nawet do kilku tysięcy "zielonych". Najwięcej zależy od tego, w jakich warunkach chcesz wziąć udział w rytuale – czy ma to być kurort, czy jakaś niewielka chatka na drzewie, jak w moim przypadku.

– Właściwie był to kawałek podłogi przymocowany do drzewa przykryty moskitierą, tak żeby komary nie zjadły człowieka żywcem – wyjaśnia. – Niesamowite przeżycie, zwłaszcza że w nocy wyobraźnia działa ze zwielokrotnioną siłą, tym bardziej w środku dżungli, przy całkowitym braku elektryczności.
Wywar, który szaman wlewa do naczynia, ma brązowy kolor. Mimo że osoba przystępująca do rytuału ma do wypicia tylko pół kubeczka Ayahuaski, nie jest to przyjemne i proste zadanie. – Napój jest ohydny, na samą myśl o nim jeszcze mnie wzdryga – przyznaje nasz rozmówca.
Następnie w kompletnej ciemności oczekuje się na moment, w którym Aya zacznie działać. W czasie obrzędu szaman okadza miejsce palonym tytoniem, dmucha dymem na głowę i twarz uczestników ceremonii. Dodatkowo zawodzi rytualne pieśni, trzymając w dłoni wachlarz z liści, którym od czasu do czasu uderza w głowy osób pogrążonych w transie.

– Po godzinie od przyjęcia, zaczyna się odczuwać działanie substancji – opowiada. – Na początku subtelnie, z czasem jednak przestajesz trzymać nad tym pełną kontrolę, za to Aya zaczyna cię prowadzić.

Taki rytuał trwa około pięciu godzin. Jednych leczy z ciężkich uzależnień – od alkoholu czy heroiny. Innym może strasznie zaszkodzić, w skrajnych przypadkach prowadząc nawet do śmierci. Czasem w ogóle nie działa.

– Warto pamiętać, że każdy organizm jest różny i to, co na jednego zadziała ze średnią mocą, innego może po prostu zabić – podsumowuje nasz rozmówca.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
NATEMAT EXTRA 0 0“To jakby odbity człowiek”. Tutaj zachowały się ślady krwi powstańców
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Rządy PiS nazywała reżimem. Ta Czeszka może napsuć krwi Kaczyńskiemu bardziej niż Timmermans
0 0To po to PiS przerwał posiedzenie Sejmu? Arłukowicz mówi o "handlu"