Zszokowani bolszewicy opuszczali na ich widok broń, a one strzelały. Pierwsze polskie żołnierki z OLK

Członkinie Ochotniczej Ligi Kobiet nie chciały zostawać walki wyłącznie w rękach mężczyzn
Członkinie Ochotniczej Ligi Kobiet nie chciały zostawać walki wyłącznie w rękach mężczyzn Fot. Wikimedia Commons
Kobiety walczyły na froncie. Naprawdę, to nie żart. Dlaczego o nich więc praktycznie nie pamiętamy? A o Ochotniczej Lidze Kobiet, która walczyła i z Ukraińcami, i bolszewikami, naprawdę powinno się pamiętać. Te młode Polki walczyły bowiem na pierwszej linii frontu i nie zrażały się ani tym, że w każdej chwili mogły zginąć, ani tym, że posądzano je o bycie... prostytutkami w przebraniu.


"(...) Nie jest prawdą, jak chce noblistka Swietłana Aleksijewicz, że »wojna nie ma w sobie nic z kobiety«. Otóż ma, i to wiele. Kobiety nie tylko padały bowiem ofiarami konfliktów zbrojnych, ale od dawien dawna obsługiwały tak zwane tyły każdego niemal frontu i każdej walki – karmiły i poiły żołnierzy, opatrywały rannych, szyły, prały i cerowały mundury. (...) Z początku pojedyncze, ale od dziewiętnastego wieku coraz liczniejsze kobiety wstępowały też w szeregi armii. (...) I już nie tylko gotowały i prały..." – pisze w Anna Kowalczyk w "Brakującej połowie dziejów".


Nie pamięta się w historii o walczących kobietach (z wyjątkami, jak chociażby na poły mityczna Emilia Plater). Tu wkracza więc herstoria, czyli dzieje matek, żon, córek, sióstr, które były równie ciekawe i burzliwe jak dzieje mężczyzn – a niekiedy nawet bardziej dramatyczne – i które zapomniane są całkowicie niesprawiedliwie.


Kobiety walczyły nie tylko o niepodległość Polski, jak chociażby Aleksandra Piłsudska, która pod spódnicą nosiła broń, a w gorsecie laski dynamitu. Nie ustały również po 11 listopada 1918 roku, kiedy młodej II Rzeczpospolitej zagrażali wrogowie ze wschodu.


Polkom marzącym o służbie wojskowej nie było jednak łatwo w czasach, kiedy na kobiety w armii patrzono krzywo. Dlatego te najbardziej zdeterminowane, niczym disneyowska Mulan, przebierały się... za mężczyzn. Ścinały włosy, zakładały spodnie, bandażowały biusty – wszystko po to, aby walczyć za ojczyznę. Nawet nielegalnie.

"Gdy bawiliśmy się w Robinsona – byłam przeważnie Piętaszkiem, gdy bawiliśmy się w wojsko – rekrutem, gdyż w owym czasie było nie do pomyślenia, aby dziewczynka była żołnierzem" – wspominała zabawy w dzieciństwie ze swoim bratem i jego kolegą Wanda Gertz. O niepodległość walczyła jako Kazimierz Żuchowicz, Kazik, potem w końcu mogła walczyć pod swoim własnym imieniem i nazwiskiem i już jako Wanda Gertz dostała Order Virtuti Militari.
To wszystko dzięki OLK — Ochotniczej Lidze Kobiet, pierwszej polskiej regularnej formacji kobiecej.

Broniąc Lwowa
Ochotnicza Liga Kobiet powstała we Lwowie 28 listopada 1918 roku, czyli zaledwie 17 dni po ponownym pojawieniu się Polski na mapie świata. Na początku był to kobiecy oddział milicji funkcjonujący w ramach lwowskiej Straży Obywatelskiej (powstałej w celu walki ze złodziejami i szabrownikami), jednak już w grudniu OLK zostało przekształcone w regularny oddział wojskowy.

Kto stał za OLK? Stuprocentowa rebel girl Aleksandra Zagórska.

34-letnia wtedy lublinianka miała już wieloletnie doświadczenie militarne. Działała w Organizacji Bojowej PPS, Związku Strzeleckim, Związku Walce Czynnej, Polskiej Organizacji Wojskowej i I Brygadzie Legionów Polskich. W swoim młodym życiu zdążyła już założyć wytwórnię materiałów wybuchowych, zatruć się wyziewami rtęci podczas produkowania bomb, uczestniczyć w nieudanym zamachu na pociąg oraz zostać aresztowaną i osadzoną na Pawiaku.

Zagórska, późniejsza podpułkowniczka Wojska Polskiego, przeżyła też tragedię. Jej jedyny syn Jerzy był jednym z Orląt Lwowskich, czyli dzieci i nastolatków, które broniły Lwowa podczas wojny polsko-ukraińskiej. Chłopiec zginął 21 listopada 1918 roku. Miał 14 lat.

Zamiast rozpaczać Zagórska skrzyknęła chcące walczyć kobiety i została pierwszą komendantką Ochotniczej Ligi Kobiet.
Cichaczem przez linię frontu
"Polki korzystające z równouprawnienia politycznego – muszą być powoływane na równi z Polakami do obowiązkowej i powszechnej służby wojskowej, a ze względu na różnicę sił fizycznych — objąć muszą służbę wojskowo-pomocniczą" – pisano w broszurze o Ochotniczej Lidze Kobiet z 1921 roku.

Jednak żołnierze wcale nie kwapili się do tego, by dać kobietom broń do ręki. Legionistki we Lwowie – a było ich w grudniu 1918 roku około 130 – na początku mogły pełnić tylko służbę administracyjną, kurierską i wartowniczą. Słowem – pomagać "prawdziwym żołnierzom" – mężczyznom.

Ochotniczki (tak zwane "legunki") w OLK – już uzbrojonej i umundurowanej formacji wojskowej, która miała swoje koszary i żołd – podczas wojny z Ukraińcami przenosiły przez linię frontu meldunki, listy, amunicję i prowiant, kolportowały pismo "Pobudka", prowadziły ochotników do walki do dowództwa, a ukrywających się mężczyzn do komisji poborowych (za co ich nie lubiano), opatrywały rannych.

Powierzone im zadania były niebezpieczne – przekraczając linię frontu ryzykowało się bowiem życiem.

"Każda poruczona funkcja musiała być wykonana punktualnie i w najwyższej dyskrecji, tak, że niejednokrotnie papier zawierający meldunek lub szkic odczytywałyśmy poprzednio i wyuczałyśmy się na pamięć, by w momentach krytycznych móc usunąć meldunek, n. p. poprzez połknięcie, a umieć go powtórzyć z pamięci, gdyż rewizje przeprowadzane przez Ukraińców były bardzo ścisłe i za przechwycenie najmniejszego świstka groziła kara śmierci" – relacjonowała żołnierka OLK Stefania Dworska w książce "Obrona Lwowa 1-22 listopada 1918".
W każdej chwili mogła trafić ich kula, nie tylko ukraińska, ale również polska. Z relacji osób, które przeżyły obronę Lwowa, wynika, że w listopadzie zginęło kilka kurierek. Wśród nich jest Felicja Sulimirska, która straciła życie w wieku zaledwie 21 lat.

"W dniu 21 listopada, więc na dobę tylko przed odzyskaniem Lwowa, wyszła w misji kurjerskiej z domu i idąc ulicą Fredry padła ugodzona kulą. Męczyła się okropnie dzień cały, osładzając swe cierpienia myślą o wygranej. Prawie ostatnie jej wyszeptane pogodne słowa były »Poznań, Warszawa, Kraków – cała ojczyzna«. Tak przed czasem zgasło dziewczątko bohaterskie i czuwa teraz nad Lwowem ze wzgórza jego Obrońców" – czytamy w "Obronie Lwowa 1-22 listopada 1918".

"Wolę strzelać"
Kobiety były dumne ze swoich odpowiedzialnych zadań, ale chciały walczyć tak jak mężczyźni, a nie tylko przenosić listy. "Wolę strzelać" – mówiła Helena Bujwidówna, która podczas obrony jednego ze szpitali wyrwała broń mężczyźnie i włączyła się w wir walki.

Kiedy w listopadzie rozgorzała walka z Ukraińcami o Lwów (zakończona w maju zwycięstwem Polaków) armia uznała w końcu, że przyda się każda para rąk do trzymania karabinu. Członkinie OLK otrzymały pozwolenie na udział w regularnej walce i dostały działo oraz karabin maszynowy ustawione na lwowskim Wysokim Zamku, którymi zarządzała poznanianka Kamila Janotówna.

Zdeterminowane, aby obronić Lwów Polki, chciały walczyć na pierwszej linii frontu. Protestowała przeciwko temu sama komendantka Zagórska, która obawiała się, że jej podwładne staną się po prostu tanim mięsem armatnim. Walczących kobiet wciąż nie traktowano poważnie, więc ustawienie ich przed mężczyznami jak żywe tarcze mogło być dowództwu na rękę.
I być może tak było. Kobiety otrzymały bowiem zgodę na walkę w pierwszej linii, kiedy walki były coraz bardziej dramatyczne. To jednak ich nie odstraszało – na początku 1919 roku w OLK było już około 350 ochotniczek. Młode kobiety, często nastoletnie, przyjeżdżały zaciągnąć się do lwowskiej formacji z całego kraju.

Wśród nich była 15-letnia Halina Dołęga Grabska, która uciekła z pensji dla panien w Płocku i pociągiem przyjechała do Lwowa. Podczas długiej podróży żywiła się tym, co odkładała przez dłuższy czas ze swoich drugich śniadań w szkole. Halina z racji swojego młodego wieku nie mogła walczyć na pierwszej linii frontu, została jednak wartowniczką.

Zginęła w kwietniu 1919 roku, kiedy pilnowała dworca podczas rozładowania wagonów z pomocą przysłaną przez Amerykanów. Budynek został zaatakowany, a Dołęga Grabska nie chciała ukryć się w środku, lecz postanowiła walczyć.

Najzacieklejsze walki, w których brały udział żołnierki Ochotniczej Ligi Kobiet, miały miejsce w Krzywczycach ("Tu na odebranych Rusionom pozycjach spędziły młode panienki z OLK pierwszą noc na placówkach w najbliższem sąsiedztwie wroga" – pisał major Wit Sulimirski) i Zboiskach. W tych drugich na pierwszej linii przez cztery tygodnie walczyło około 70 Polek. Odbiły trzy ataki Ukraińców, a z powodu odniesionych obrażeń zmarła 20-letnia Zofia Kościesza Wrońska.

Zresztą nie ona jedna. W walkach pod Lwowem zginęło kilka żołnierek walczących na pierwszej linii. Lwów został jednak obroniony.

Boso o Wilno
Nie tylko lwowianki postanowiły walczyć. Odziały Ochotniczej Ligi Kobiet powstały również w Wilnie, Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Grudziądzu czy Przemyślu. We wrześniu 1920 roku żołnierek OLK było 2529 – najwięcej w historii tej formacji.
Nie można nie wspomnieć o utworzonym w maju 1919 r. oddziale w Wilnie, na czele której stała wspomniana już Wanda Gertz. "Służbę należy dostosować do fizycznego uzdolnienia i natury kobiecej, jak do pielęgnacji chorych i rannych, jako pisarki i sanitariuszki, do wszystkich prac gospodarczych, wreszcie jako woźnych, kurierów i gońców, a w wyjątkowych wypadkach do służby wartowniczej" – brzmiało zarządzenie Dowództwa Frontu Litewsko-Białoruskiego.

Podobnie jak we Lwowie chętnych było bez liku. "Już we wrześniu było nas trzysta legionistek. Odbywałyśmy ćwiczenia z karabinem, na placu za miastem, a potem powracałyśmy do swoich koszar śpiewając różne żołnierskie piosenki – pisała komendantka we swoich wspomnieniach.

Kobiet nie odstraszały nawet 24-godzinne służby wartownicze, o których Gertz pisała: "Każda wartowniczka ma na przemian 24 służby i 24 godziny wolne od służby. W dniu wolnym od służby są 4 godz. musztry i 2 godz. obowiązującego nauczania".

Wileńska OLK walczyła podczas wojny polsko bolszewickiej w latach 1919-1920. Tak jak we Lwowie wojna zrewidowała bowiem wcześniejsze ustalenia i żołnierki zaczęły walczyć z bronią w ręku. Wilna broniło około 250 kobiet, a o walczących pisał m.in. korespondent brytyjskiego "Timesa", który zanotował między innymi, że wiele z nich walczyło... boso.

"Dowódca, kobieta oficer, nazwiskiem Gertz, lat 25, miała romantyczną karierę. W 1914-1915 spędziła 8 miesięcy walcząc u Piłsudskiego na froncie galicyjskim w regimencie artylerii przebrana za chłopca. Przystojna i bystra w zachowaniu. Nosiła mundur Kobiecego Batalionu – kurtkę khaki, niebieską spódnicę, mocno naciśniętą czapkę i wysokie buty" – pisał z kolei Brytyjczyk o Wandzie Gertz, która potem walczyła również podczas II wojny światowej.

Do kobiet bano się strzelać
Wilnianki, tak samo jak lwowianki walczyły wytrwale. Broniły granic miasta, wyszukiwały w lasach bolszewickich oddziałów i dezerterów, odnajdywały rannych. Ginęły i były brane do niewoli. Zabijały.

O tym się nie pamięta, ale żołnierki OLK walczyły także w Bitwie Warszawskiej w 1920 r. – z bronią w ręku na przedmieściach stolicy. Wśród nich były sufrażystki, jak Maria Dulębianka.
"Legunki", będąc kobietami, paradoksalnie miały przewagę. Obecność kobiety w mundurze na linii frontu wciąż bowiem budziło zdziwienie. Żołnierki skrzętnie to wykorzystywały – kiedy zdziwiony żołnierz z wrogiej armii opuszczał karabin na widok kobiety, ta strzelała pierwsza.

"Patrolom OLK udało się ująć dwóch jeńców, jedna legionistka została lekko ranna. Zgłupieli biedni Moskale, gdy się przekonali, że ich baby wzięły i prowadzą do niewoli – pisała Wanda Gertz we wspomnieniach.

Reakcje na kobiety na linii frontu pokazuje, jak bardzo kobieta z bronią w ręku kłóciła się z funkcjonującym w społeczeństwie obrazem delikatnej i bojaźliwej niewiasty o gołębim sercu, słowem "słabej płci". Fakt, że kobiety przez wieki nie miały (legalnie) wstępu na pole bitwy, sprawiło, że żołnierka była dla niektórych kuriozum na miarę latającego słonia.

Stąd kobiety nie miały w koszarach łatwo.

"To nie żołnierki, to prostytutki"
Legionistkom dokuczano, wyśmiewano je, prześladowano. Najtrudniejsza była dla żołnierek warta – nie tylko musiały być czujne i gotowe na szybką reakcję w przypadku zagrożenia, ale jednocześnie musiały znosić docinki mężczyzn, dla których kobieta w mundurze była po prostu czymś śmiesznym.

"Pierwsze regularne żołnierki nie miały łatwo. Z początku na komendantów oddziałów żeńskich wyznaczano wyłącznie mężczyzn. Potem, nawet podczas trwającej wojny, traktowano je przeważnie jak piąte koło u wozu. Towarzysze broni nie bardzo wierzyli w ich czyste intencje, często uznawali ich pracę za mniej wartościową i poczytywali »dla siebie za ujmę omawianie spraw dotyczących wojska z kobietą«" – pisze w "Brakującej połowie dziejów" Anna Kowalczyk.
Kobiety w Ochotniczej Lidze Kobiet były również posądzane o... prostytucję. Niektórzy mężczyźni twierdzili, że tylko prostytutki mają w armii coś do roboty – żołnierki OLK były więc ich zdaniem "kobietami do towarzystwa w przebraniu".

"Legunki" były więc non stop kontrolowane pod kątem "moralnego prowadzenia się", a żeby dostać mundur musiały mieć świadectwo moralności od osoby trzeciej. Wydano nawet zakaz rozmawiania legionistek z mężczyznami w armii. Pod karą nagany, aresztu, a nawet chłosty. Wielu mężczyzn to niestety wykorzystywało i sami zaczepiali dziewczyny, za co te potem płaciły.

Żadnej wdzięczności
Legionistki z OLK, mimo swojego bohaterstwa i udziału w ważnych dla Polskich wojnach, nie spotkały się z wdzięcznością. Kiedy zagrożenie ze wschodu zostało powstrzymane, zaczęto mówić, że OLK jest zbyt kosztowna w utrzymaniu i zbędna.

Ligę zaczęto więc stopniowo wygaszać, a w 1922 r. całkowicie ją rozwiązano. Kobiety nie otrzymały za swoją służbę żadnych gratyfikacji.

Niestety w historii (i nie tylko) zwracano się do kobiet po pomoc tylko w niespokojnych czasach. Kiedy wywalczono już pokój, a mężczyźni dostali swoje medale, kończono ten "eksperyment" i "wybryk" z żołnierkami i Polki wysyłano do domów. Tam miały spełniać się w swoich "kobiecych" rolach.

Ochotnicza Liga Kobiet wydeptała jednak ścieżkę wszystkim kobietom, które chciały zawodowo służyć w armii. Jak pisze Anna Kowalczyk, Legia "dowiodła, że przeszkolone żołnierki w warunkach wojennych są nie tylko przydatne, ale bywają niezbędne i bezcenne".

Najwyższy czas, żeby zrobić dla nich miejsce w historii.