Prof. Antoni Dudek #TYLKONATEMAT: "Ostatnia taśma" Morawieckiego może być gigantycznym problemem dla PiS

Politolog prof. Antoni Dudek w rozmowie z naTemat.pl wskazuje, jakie będą główne motywy tegorocznych kampanii wyborczych. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Wciąż wielkim znakiem zapytania jest istnienie taśmy z nagraniem wizyty Mateusza Morawieckiego w "Sowa i Przyjaciele". Jeśli ktoś ją ma, a nagrana treść jest zbieżna z tym, co kelnerzy powiedzieli śledczym, dla PiS będzie to gigantyczny problem. Jeśli takie nagranie z Morawieckim ma kiedykolwiek wypłynąć, na pewno stanie się to przed wyborami parlamentarnymi – mówi #TYLKONATEMAT prof. Antoni Dudek.

Czy motywem przewodnim tegorocznego maratonu wyborczego będzie walka o tzw. rozdział państwa i Kościoła? Wszakże takie wrażenie można odnieść po politycznym starcie 2019 roku.

Przy okazji wyborów ten temat zawsze wraca. Czy w tej kampanii będzie naprawdę znaczący...? To zależy od decyzji Grzegorza Schetyny i tego, na ile pozwoli Barbarze Nowackiej ten wątek eksploatować. Osobiście nie sądzę, by spór o rolę Kościoła mógł stać się decydujący w kampanii.

Przecież nie bez powodu przez ostatnie lata politycy kłócili się ostro o rożne sprawy, ale kwestia Kościoła pozostawała w tle. To podejście sięga czasów zmierzchu SLD i rezygnacji ówczesnej lewicy z istotnych zmian w polityce wobec kleru. Od tego czasu konsekwentnie nie czyniono z tego przedmiotu prawdziwego sporu.

Bo to pomysł na jeszcze większą polaryzację Polaków?

Oczywiście, że tak. W PO muszą więc zadać sobie pytanie, czy ostrym antyklerykalizmem – w stylu promowanym już niegdyś przez Janusza Palikota – nie stracą centrowego wyborcy. Wszystko zależy od tego, czy Schetyna zechce walczyć bardziej o wyborcę lewicowego, czy też centrowego.


Moim zdaniem przewodniczący Platformy wybierze walkę o centrum i nie pozwoli Nowackiej na zbyt wiele. Sądzę, że skończy się tylko na zaakcentowaniu różnicy względem PiS, jakimś przekazem w stylu: "nie będziemy klęczeć, ale i nie pójdziemy z Kościołem na wojnę".

Zapewne Schetyna będzie okazjonalnie "wypuszczał" Nowacką z tematem rozdziału państwa i Kościoła, by sondować nastroje. Jednak ostatecznie stanie się to raczej drugoligowym tematem kampanii.

Jakie więc będą wyborcze przeboje 2019 roku?

Nie liczmy na nic nowego i zaskakującego. W kampanii europejskiej spór będzie toczył się o całokształt relacji Polski z Unią Europejską. Prawo i Sprawiedliwość będzie twierdziło, że twardo broni interesów Polaków, w przeciwieństwie do "kapitulanckiej" Koalicji Obywatelskiej. Natomiast PO i spółka będą przekonywali, że "antyunijna polityka PiS prowadzi do Polexitu".

Elementem tej gry na pewno będzie spór o wprowadzenie w Polsce waluty euro. Tu role też są dawno obsadzone. Opozycja powie, że euro trzeba przyjąć jak najszybciej, a PiS, że nie ma o tym mowy. Obie strony sporu prawdopodobnie zagrają też na nutach polsko-amerykańskich i polsko-rosyjskich. Zrobi się z tego spór o położenie Polski nie tylko na mapie Europy, ale i świata.

Jeśli natomiast chodzi o kampanię parlamentarną, podejrzewam, że wszystkie inne wątki zdominuje polityka społeczna. To daje PiS sporą przewagę, przecież już lada dzień mają zostać ogłoszone nowe obietnice socjalne. Łatwo można się domyślić, jak będzie próbowała to kontrować Platforma. Po pierwsze, będą przekonywali, że plany rządu są nierealne – to jednak dla nich ryzykowne po ostatnich wypowiedziach na temat przyszłości 500+. Po drugie, będą musieli przedstawić własne programy.

Bez wątpienia w kampanii parlamentarnej jednym z dominujących tematów będzie też argument opozycji, że "ludzie PiS chcą się tylko bardziej obłowić" w spółkach Skarbu Państwa. Eksploatowane będą afera KNF, sprawa pensji w NBP i inne skandale wokół przywilejów, które zapewniła sobie obecna ekipa rządząca.

Cały czas jest też temat taśmy z nagraniem wizyty Mateusza Morawieckiego w "Sowa i Przyjaciele"... Jej istnienie pozostaje wciąż wielkim znakiem zapytania. Jeśli jednak ktoś ją ma, a nagrana treść jest zbieżna z tym, co kelnerzy od podsłuchów powiedzieli śledczym i premier Morawiecki uczestniczył w rozmowie o jakichś malwersacjach bankowych, dla PiS będzie to gigantyczny problem.

Jeśli takie nagranie z Mateuszem Morawieckim ma kiedykolwiek wypłynąć, na pewno stanie się to właśnie przed wyborami parlamentarnymi. Byłby to optymalny moment.

Powinniśmy się spodziewać wypływu także innych taśm?

Zapewne tak. Odnoszę jednak wrażenie, że ta, na której ma być nagrany Mateusz Morawiecki, to ostatni naprawdę istotny materiał. Bo fakt, iż ukaże się nagranie jakiegoś drugoligowego polityka, raczej nie zrobi już na opinii publicznej wrażenia.

Pewien wyjątek mogą ewentualnie stanowić nagrania Leszka Czarneckiego. Jeśli on miałby w zanadrzu na przykład rozmowę z Adamem Glapińskim, coś takiego mogłoby obozowi władzy rzeczywiście zaszkodzić.

Sądzę jednak, że PiS profilaktycznie zacznie się od szefa NBP odcinać już ze względu na sprawę pensji. Powiedzą, że zawsze byli za niezależnością banku centralnego, i nic nie wiedzą o tym, co się tam działo, ponieważ nad Glapińskim nikt nie ma władzy.

Nastroje na opozycji są takie, iż można odnieść wrażenie, że pierwszy tegoroczny sondaż przyjęto jako złą wróżbę, która musi się spełnić. Podziela pan przekonanie, że poparcie dla PiS to już "na stałe" ok. 40 proc., więc ich konkurencji zostaje zabawa w sumowanie wyników i budowanie koalicji?

W polskich wyborach rozstrzygające jest kilkanaście ostatnich dni przed głosowaniem. Wtedy swoje preferencje zmienia ok. 10 proc. zdecydowanych na pójście do urny wyborców. Właśnie to zjawisko decyduje o wynikach.

Dobrym przykładem jest historia Adriana Zandberga z 2015 roku. W przedwyborczą środę zaliczył słynny występ w debacie, którym odebrał Zjednoczonej Lewicy od 0,5 do 1 pp. Notowania Razem wzrosły tylko z 2 do 3 proc., ale jednocześnie ZL nie przekroczyła 8-proc. progu wyborczego dla koalicji, w związku z czym PiS dostało samodzielną większość. Ta potężna reakcja łańcuchowa pokazuje, jak trudno jest racjonalnie przewidywać w styczniu, jak skończą się jesienne wybory.

Kto obserwuje sondaże, ten powinien wiedzieć, iż najistotniejsze nie są wyniki pojedynczych badań, a trend. Ten jest rzeczywiście taki, że PiS ma stabilną sytuację, a poparcie dla opozycji faluje. Nie jest to jednak pewna "wróżba" na wybory. Kluczowy zawsze jest system przeliczania głosów na mandaty w parlamencie.

I gdybym miał dzisiaj podjąć próbę prognozowania wyników, to na podstawie aktualnych trendów spodziewałbym się, iż największy klub będzie miała Zjednoczona Prawica. Co wcale nie oznacza, że będzie to nadal klub posiadający samodzielną większość.

Czyli kto będzie rządził...?

To zależy od odpowiedzi na pytanie, kto jeszcze wejdzie do nowego Sejmu. Pewną wskazówkę w tej sprawie otrzymamy, gdy okaże się, jak wiele będzie list na lewo od PiS. Niewątpliwie to Koalicja Obywatelska otrzyma najwięcej głosów na opozycji, ale co dalej?

Może być jedna lista lewicowa, ale nadal realny jest osobny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej, partii Biedronia i całej reszty pod przewodnictwem Razem. Wtedy Victor d'Hondt będzie bezlitosny dla opozycji. Większość tych lewicowych projektów nie dostanie się do Sejmu, za to spory – nawet 10-punktowy – prezent dostanie najsilniejszy gracz, czyli PiS. "Osierocone" głosy mają naprawdę wielkie znaczenie.

Pojawiają się opinie, że PiS – a raczej zakonowi Porozumienia Centrum – opłaca się przegrać, by zająć rolę bardzo silnej opozycji. Taki odwrót może pozwolić na zamknięcie afer, oczyszczenie szeregów i przeczekanie trudnych czasów?

Zakon PC to już głównie mit...

Oczywiście, że nieliczne grono dalekowzrocznych polityków z Nowogrodzkiej zdaje sobie sprawę, iż ewentualna druga kadencja będzie o wiele trudniejsza. Nie tylko ze względu na aktualną atmosferę. Wyjdą problemy zamiatane pod dywan od czasów PO i wsunięte jeszcze głębiej po zwycięstwie PiS w 2015 roku.

Będzie tak na przykład z problemem starzenia się społeczeństwa, który odbija się na służbie zdrowia i rynku pracy. W ostatnich latach udało się to maskować dzięki znakomitej koniunkturze gospodarczej. Wystarczy jednak jej niewielkie spowolnienie, a tego typu zaniechania po prostu runą na głowy członków przyszłego rządu.

Najważniejsi ludzie w PiS dobrze o tym wiedzą, ale zarazem mają zbyt wiele do stracenia, by zaryzykować oddanie władzy w celu przeczekania. Na takie manewry można pozwalać sobie tylko w systemach bardzo ustabilizowanych, gdzie panuje bardzo wysoka kultura polityczna. W Polsce to się nie uda, tu trwa walka o wszystko albo nic. Determinacja do walki o utrzymanie władzy będzie w PiS ogromna.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...