
Jeszcze przed pogrzebem Jana Olszewskiego przewodniczący klubu warszawskich radnych PiS wezwał do budowy w stolicy pomnika byłego premiera, szefa "pierwszego niekomunistycznego rządu po 1989 roku". Mazowieckiego (oraz Bieleckiego) tym samym starannie wygumkowano.
REKLAMA
Od kilku dni wiemy, że tego pierwszego nie lubi doradczyni prezydenta Andrzeja Dudy, stąd też zdaniem Zofii Romaszewskiej pomysł, by pomnik miał (co popiera, żeby było śmieszniej, pryncypał Romaszewskiej) dobry nie jest. To zupełnie zrozumiałe stanowisko, by za główne kryterium w tej sprawie wziąć sympatie i antypatie Romaszewskiej. Ale żarty na bok, bo rzecz jest poważna z kilku powodów.
Po pierwsze, pomniki nigdy nie były, nie są i nie będą neutralne
Przekonują nas o tym doświadczenia historyczne: gdyby stały one sobie a muzom, rewolucjoniści francuscy nie usuwaliby pomnika Ludwika XV, a Kolumna Vendôme przetrwałaby Komunę Paryską; od Euromajdanu nie obalono by ponad tysiąca Leninów z granitu czy brązu, a prezydent Poroszenko nie przekonywałby przy tym, że monumenty wodza rewolucji podstępnie wiązały Ukraińców z Moskwą "niewidzialnymi mentalnościowymi nićmi".
Przekonują nas o tym doświadczenia historyczne: gdyby stały one sobie a muzom, rewolucjoniści francuscy nie usuwaliby pomnika Ludwika XV, a Kolumna Vendôme przetrwałaby Komunę Paryską; od Euromajdanu nie obalono by ponad tysiąca Leninów z granitu czy brązu, a prezydent Poroszenko nie przekonywałby przy tym, że monumenty wodza rewolucji podstępnie wiązały Ukraińców z Moskwą "niewidzialnymi mentalnościowymi nićmi".
A zatem: niby tu i ówdzie pomniki stanęły sobie mimochodem i całkiem nieruchomo, ale ich obecność - upamiętniająca takie, a nie inne postaci, takie, a nie inne wydarzenia - jest jednym ze sposobów symbolicznego określania (czasem nawet zawłaszczania) przestrzeni publicznej i konstruowania narodowej tożsamości.
Po drugie, pomniki zawsze będą atrakcyjne dla polityków
I to zarówno w systemach demokratycznych, jak i totalitarnych. Pomnik to łatwa i zrozumiała niemalże dla każdego forma przekazu. Także - jeden z ważnych przejawów polityki historycznej (czasem także ideologicznej), prowadzonej przez państwo. Nie bez powodu George Orwell wskazywał, że kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość, a kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.
I to zarówno w systemach demokratycznych, jak i totalitarnych. Pomnik to łatwa i zrozumiała niemalże dla każdego forma przekazu. Także - jeden z ważnych przejawów polityki historycznej (czasem także ideologicznej), prowadzonej przez państwo. Nie bez powodu George Orwell wskazywał, że kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość, a kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.
Stąd też aktywność w tym obszarze i wytrwały bój PiS o upamiętnienie w centrum Warszawy - pierwotnie na Krakowskim Przedmieściu, ostatecznie na Placu Piłsudskiego - ofiar katastrofy smoleńskiej i samego Lecha Kaczyńskiego; wszystko w związku z kultem byłego prezydenta, który usiłowano zaszczepić na społecznym gruncie, posiłkując się przy tym teoriami zamachu.
W grze o pomnik nie zabrakło perfidii: Mariusz Błaszczak, jeszcze jako szef MSWiA, uczynił z placu Piłsudskiego teren zamknięty, po to tylko, by władzę nad tym obszarem przejął wojewoda z PiS i natychmiast wydał zgodę na budowę.
Skończyło się tak, jak można się było tego spodziewać. W przeddzień odsłonięcia pomnika prezydenta lider klubu PO w Radzie Warszawy poinformował opinię publiczną na Facebooku, że "gdy tylko reżim pisowski upadnie, przeniesiemy pomniki z Placu Piłsudskiego". Prezydent Trzaskowski nie wyklucza referendum w tej sprawie. Bo akcja, jak mówi nam III zasada dynamiki Newtona, rodzi reakcję.
Dodajmy, że PiS jedne pomniki stawia - upamiętnień smoleńskich są już setki w całym kraju - inne zaś kazał zdemontować. Służy temu ustawa dekomunizacyjna, która obarczyła samorządy obowiązkiem i kosztami usunięcia monumentów poświęconych Armii Czerwonej, KPP, PPR czy utrwalaczom władzy ludowej (słusznie, ale naprędce i bez osłony dyplomatycznej, co otworzyło kolejny front z Moskwą).
Jeden z nich, sejneński pomnik XXV-lecia PRL, przemianowany w 1982 roku na Matki Polki trafił na trwającą właśnie w warszawskim Muzeum Rzeźby wystawę "Pomnik. Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018" (w Sejnach zaś zastanawiają się, co z nim zrobić po powrocie do miasta, bo mieszkańcy się przyzwyczaili). Wizyta w Królikarni, by przyjrzeć się historii dwudziestu dwóch monumentów, mogłaby być interesująca i pożyteczna dla naszych polityków.
Warto się zatrzymać np. przy praskim Stalinie, który na lewym brzegu Wełtawy miał przetrwać wieki (materiał, z którego go stworzono, był tego solidnym, granitowo-żelbetowym gwarantem), a uchował się niespełna osiem lat. Odsłaniany już po śmierci Generalissimusa, szybko poległ w starciu z destalinizacją i kompromitacją kultu jednostki.
Nastręczył jeszcze Czechosłowakom kłopotów - wyburzenie, jak czytamy w opracowaniu Hany Pichovej, wymagało użycia "1860 detonatorów, 1900 metrów lontu detonującego, 1570 kilogramów plastycznych materiałów wybuchowych i 600 kilogramów innych, lżejszych materiałów wybuchowych". No i lękano się, czy przy okazji nie wyleci w powietrze pół starego miasta.
A jaki płynie morał z tej historii? Ano taki, że pomniki narzucone przez zaborców, okupantów i wrogów prędzej lub później są obalane. W wersji light: że los pomników stawianych przy braku społecznej zgody także jest niepewny, z czego PiS chyba zdaje sobie sprawę, bo na Placu Piłsudskiego czuwa policja, bywało, że non-stop.
Wracając zaś do pomnika Jana Olszewskiego
Upamiętnienie niewątpliwie się byłemu premierowi, uczestnikowi Powstania Warszawskiego i obrońcy w procesach politycznych w PRL należy. Pomnik porządny (i, daj Bóg, nieszpetny), w dobrym miejscu. Świetnie, że warszawscy radni są w tej sprawie jednomyślni.
Upamiętnienie niewątpliwie się byłemu premierowi, uczestnikowi Powstania Warszawskiego i obrońcy w procesach politycznych w PRL należy. Pomnik porządny (i, daj Bóg, nieszpetny), w dobrym miejscu. Świetnie, że warszawscy radni są w tej sprawie jednomyślni.
Niepokoi tylko to, że przy okazji PiS będzie usiłował narzucić kolejną fałszywą opowieść o tym, co działo się w Polsce w pierwszych latach po transformacji. I znowu, zamiast faktów o upadku mniejszościowego rządu, usłyszymy rzecz o starciu sił dobra z mityczną postkomuną. A symbolem tego będzie pomnik Olszewskiego.