PiS zrobił z 500+ polityczny fetysz. Tak jakby "machnięcie więcej dzieci" miało rozwiązać problemy

Na zdjęciu autorka materiału Karolina Lewicka, dziennikarka TOK FM i politolog.
Na zdjęciu autorka materiału Karolina Lewicka, dziennikarka TOK FM i politolog. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Biedna minister Zalewska! Zamiast – z uroczym uśmiechem – agitować na swoją rzecz w okręgu wyborczym, będzie się musiała zmierzyć ze strajkującymi nauczycielami, zdezorientowanymi uczniami i ich wściekłymi rodzicami. Chyba że na czas kampanii weźmie sobie urlop i przepadnie w dolnośląskiem.


Na wszelki wypadek już przerzuciła odpowiedzialność za to "co ewentualnie wydarzyć się może" na ZNP. Nie obeszło się także bez rytualnej presji moralnej, jaką zwykle wywierają rządzący na lekarzach, pielęgniarkach czy nauczycielach właśnie - że przecież dobro pacjenta/dziecka stoi wyżej niż prawo do strajku.


Swoją drogą, zbitka "dobro dziecka" brzmi w ustach minister Zalewskiej wyjątkowo szyderczo. Wciąż słyszymy te farmazony o wyrównywaniu szans, przywracaniu godności i sprawiedliwości społecznej. A jest wręcz przeciwnie i właśnie edukacja jest pełna dowodów na jakże okrutną hipokryzję rządzących.


Najdrastyczniejszym jest opóźnienie sześciolatkom startu edukacyjnego, za co Anna Zalewska wzięła się już w pierwszych dniach urzędowania w ministerstwie edukacji. Głosem wołającego na puszczy były apele Zespołu Pedagogiki Społecznej przy PAN, by dzieci do przedszkoli nie cofać, bo – jak klarowano w liście wysłanym do premier Szydło i MEN-u - "obniżenie wieku rozpoczęcia edukacji to jeden z najbardziej efektywnych sposobów na wyrównywanie szans rozwojowych dla dzieci ze środowisk społecznie zaniedbanych".


PiS, który usiłuje przekonać społeczeństwo, że jako jedyna partia troszczy się o wykluczonych i zmarginalizowanych, tych, którzy nie załapali się na owoce transformacji ekonomicznej i wzrostu gospodarczego, jednocześnie jednym ruchem pozbawia najmłodszych członków tego społeczeństwa szansy na lepszą przyszłość. Bo w kogo uderzyło cofnięcie ustawy o obowiązku szkolnym sześciolatków?

Przecież nie w dzieci wielkomiejskie, dzieci zamożnych i wykształconych rodziców, które w kapitał intelektualny i kulturowy wyposaży własny dom. To dzieci ze środowisk biedniejszych, głównie wiejskich, tych, którym PiS rzekomo chciał przywracać godność, tracą każdego dnia na tym systemowym posunięciu.

"Wyrównywać szanse edukacyjne" miała też – wyłącznie na papierze – reforma edukacji, czyli likwidacja gimnazjów. I znowu, tak samo jak w przypadku sześciolatków, jej efekty są zupełnie odwrotne i odczuwają je na własnej skórze dzieci rodziców o niższym statusie społecznym. Bo to szybszy przeskok z wiejskiej szkoły podstawowej do gimnazjum w większej miejscowości był dla młodzieży impulsem rozwojowym i nową szansą edukacyjną. Teraz, dzięki minister Zalewskiej, w małych szkołach wiejskich - które infrastrukturalnie i kadrowo nie są w czołówce - będą musieli spędzić dwa lat dłużej.

Także w biedniejsze dzieci będzie godzić dalsze utrzymywanie nauczycieli w stanie żebraczym. Owo permanentne niedofinansowanie powoduje bowiem, prócz frustracji, wypalenia i spadku motywacji nędznie wynagradzanych pedagogów, także niepokojące zjawisko selekcji negatywnej do zawodu.

Nikogo rozsądnego i mającego inne perspektywy - prócz współczesnych Siłaczek, rzecz jasna, dzięki którym polska szkoła jeszcze jakoś się trzyma - nie skusi 1800 zł na rękę. Uczyć do szkół publicznych nie pójdą najlepsi absolwenci studiów wyższych, tylko przeciętni, jeśli nie mierni.

Dobrych nauczycieli znajdziemy w szkołach prywatnych, na które stać nielicznych. Czy na tym ma polegać to przywracanie godności? By jedną ręką dać 500 zł na dziecko, ale drugą zabrać temu samemu dziecku systemowe szanse na porządną edukację, a zatem i na awans społeczny? Podciąć skrzydła już na początku drogi? Zaoferować wykształcenie gorszej jakości? Po raz kolejny reprodukować biedę?

A może właśnie o to chodzi? Jeśli naród kształcony, to krytyczny. A gdy Jaś ma do szkoły pod górkę, to potem Janowi można wcisnąć niemal każdy kit. O ileż łatwiej się takim społeczeństwem rządzi, jakie to proste i przyjemne! Niech nie czytają, nie myślą, nie wyciągają wniosków.

Niech się tylko rozmnażają, najlepiej jak króliki - pamiętają Państwo słynny spot, którym minister Konstanty Radziwiłł zachęcał do zdrowego trybu życia, wspomagającego prokreację? Posłuchajmy wypowiedzi polityków, to się dowiemy, jaki mają na nas, Polaków, pomysł.

Samotne matki? Beata Mazurek: Niech ustabilizują swoją sytuację rodzinną i mają więcej dzieci. Dziennikarze? Stanisław Karczewski do Marcina Dobskiego: Może mieć Pan piątkę dzieci i 5x500 plus miesięcznie. Nauczyciele? Krzysztof Szczerski: Nie mają obowiązku życia w celibacie. Taśmowo produkować dzieci, wyciągać rękę do państwa po pięćsetkę, za którą później dziękować przy urnie.

PiS zrobił z programu 500 plus polityczny fetysz, bo nie dysponuje potencjałem intelektualnym ani wolą polityczną do prawdziwej modernizacji kraju i sprostaniu wyzwaniom niedalekiej przyszłości. Dlatego radzi obywatelom, by machnęli sobie więcej potomstwa i w ten sposób rozwiązali problem niskiej płacy teraz czy głodowej emerytury kiedyś. I oszukuje nas, że "to wszystko dla dzieci". Jednocześnie świadomie godząc prowadzoną polityką edukacyjną w najsłabszych najmłodszych. To po prostu wstrętne.

PS W najnowszej ulotce, promującej "piątkę Kaczyńskiego", premier Mateusz Morawiecki zapewnia, że fundamentalnym celem dobrego rządu [czyli w domyśle rządu PiS – przyp. KL] jest poprawa jakości życia polskich rodzin – bez względu na miejsce zamieszkania czy pozycję społeczną. Tak, jasne.