Poznajcie dobrego szeryfa ze Świnoujścia. Sam spędził 12 lat w więzieniu, teraz ratuje ludzi ulicy

Andrzej Zieliński to streetworker ze Świnoujścia, który zanim zaczął pomagać innym, sam odbił się od dna.
Andrzej Zieliński to streetworker ze Świnoujścia, który zanim zaczął pomagać innym, sam odbił się od dna. Fot. naTemat
Andrzej Zieliński wygląda jak bohater westernu. I tak się zachowuje. Jako dobry szeryf, który patroluje Świnoujście w poszukiwaniu potrzebujących. Wcześniej jednak sam spędził 12 lat w więzieniu, a dodatkowo, przez uzależnienia, trafiał na oddziały zamknięte szpitali psychiatrycznych. "Gdyby nie ludzie, którzy znaleźli mnie w momencie mojego upadku, już dawno bym nie żył" – mówi w rozmowie z naTemat.


Kiedy pytam Andrzeja Zielińskiego o jego kowbojską stylówkę, mężczyzna zaczyna się śmiać. – Zawsze lubiłem klimat westernu, kojarzył mi się z otwartością na innych ludzi oraz wędrowcami, którzy przychodzili znikąd i zmieniali życie innych osób – odpowiada po chwili. – Poza tym to bardzo praktyczny strój – kapelusz chroni moją głowę przed upałem i deszczem, a solidne buty radzą sobie w każdych warunkach – dodaje.


Zieliński od dwóch lat prowadzi fundację "Misja Polaka", która dociera do ludzi żyjących na marginesie społeczeństwa. Bezdomni, alkoholicy, narkomani, a nawet prostytutki, jeśli tylko tego chcą, mogą liczyć na pomoc "kowboja ze Świnoujścia". Mężczyzna sam ma za sobą trudną przeszłość, która omal go nie zabiła. Dziś wykorzystuje swoje wcześniejsze doświadczenia, by lepiej rozumieć swoich podopiecznych.

W rozmowie z naTemat Andrzej Zieliński opowiedział o czasach, kiedy mieszkał z rodziną w bunkrze w lesie. O tym, jak brał heroinę i inne narkotyki, co niemal zakończyło się jego samobójstwem. Przede wszystkim poznaliśmy jednak historię wielkiej przemiany człowieka, który odbił się od dna, by pomagać tym, którzy jeszcze na dnie zostali.

W przeszłości był pan na samym dnie – mieszkał pan na ulicy, 12 lat spędził w zakładach karnych. Czy to, że obecnie jest pan streetworkerem zaangażowanym w pomoc ludziom z marginesu, to forma zadośćuczynienia za błędy młodości?

Faktycznie przeszedłem przez wiele trudnych sytuacji życiowych, z którymi dziś zmagają się moi podopieczni. Moim pierwszym, podstawowym problemem było nadużywanie alkoholu, z czasem zacząłem również brać narkotyki. Późniejsza bezdomność była konsekwencją takiego stylu życia.


Spędziłem również pewien okres w więzieniu, czego świadectwem są np. tatuaże, tzw. "mroczki" na moich powiekach. W środowisku więziennym oznaczają one kogoś grypsującego. Trwało to kilka lat, zanim zdecydowałem się na zmianę i pójście drogą "ku lepszemu".

Ile ma pan teraz lat?

Mam 63 lata, z czego 41 mieszkałem we Wrocławiu, gdzie urodziłem się i wychowałem. Dwie dekady temu opuściłem jednak Dolny Śląsk i wraz ze swoją partnerką Dorotką oraz dwójką malutkich córek przeprowadziliśmy się do Świnoujścia, gdzie żyję obecnie. Tutaj zaczęło się moje nowe życie.
Pańskie złe wybory doprowadziły do tego, że nie dało się uratować życia we Wrocławiu? Czy bez wyjeżdżania ze stolicy Dolnego Śląska, nie udałoby się panu wrócić do normalności?

Po wielu latach mieszkania we Wrocławiu przyszedł czas, w którym pakowałem się w masę różnych kłopotów. Głównie z powodu braku kontroli nad alkoholem, a w późniejszym okresie również narkotykami. Praca, pozytywne stosunki z ludźmi, ta mityczna "normalność" – to wszystko zawaliło się z powodu mojego uzależnienia.

Próbowałem zmienić swoje życie, miałem dość przebywania na dnie. Szukałem pomocy, lecz nie mogłem jej znaleźć w żadnych z wrocławskich placówek zajmujących się walką z ubóstwem, alkoholizmem czy narkomanią. Byłem w kilkunastu zakładach odwykowych, także na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego. Po opuszczeniu takich instytucji prędzej czy później wracałem do starych nałogów.

W pewnym momencie postawiłem jednak na wyjazd do Świnoujścia z moimi najbliższymi. Jak najdalej od Wrocławia – miejsca, które zabierało mi nadzieję na jakąkolwiek poprawę. Wsiedliśmy w pierwszy lepszy pociąg i pojechaliśmy. To był czerwiec, więc nad morzem zaczynał się sezon wakacyjny. Miałem doświadczenie w zawodzie kucharza, liczyłem na to, że uda mi się znaleźć pracę w takim charakterze.

Czyli mimo beznadziejnej sytuacji, w której pan się znalazł, widział pan jeszcze jakieś światełko w tunelu?

Razem z Dorotką wiedzieliśmy, że musimy wyjechać. Że nie mamy innego wyjścia. Były momenty zwątpienia, oczywiście. W sercu jednak żyła nadzieja.

A udało się znaleźć pracę?

Z pracą był spory problem. To był jednak jeszcze ten czas, kiedy ładowanie się w kłopoty było moją specjalnością. Udawało mi się coś łapać dorywczo. Zdarzało się jednak, że kiedy pracodawca dowiadywał się, że mieszkamy w namiocie w lesie, traciłem zatrudnienie.
A nie uważał pan wtedy, że zamieszkanie z maleńkimi córkami mogło się dla dzieci zakończyć tragedią? W końcu mieszkaliście państwo w lesie – najpierw w namiocie, a potem w bunkrze wśród alkoholików i narkomanów.

Miałem pewne przeświadczenie, że wszystko się uda. Dorotka również nie miała nic przeciwko wyjazdowi. Wzięliśmy mały namiot i wieczornym pociągiem pojechaliśmy na północ, by zacząć smakować nowe życie

Jak wyglądają pana relacje z panią Dorotą i córkami po tych dwudziestu latach? Mieszkacie państwo razem?

Moje córki dorosły – Honorata ma 24 lata i własną rodzinę, druga córka skończy w tym roku 21 lat. Wszyscy mieszkamy w Świnoujściu, mamy ze sobą dobre kontakty, lecz nie mieszkamy razem. Mimo to jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, cieszę się, że moje dzieci nie są podatne na zło, które pociągało mnie, kiedy byłem w ich wieku.

Z Dorotką nie mieszkamy wspólnie, ponieważ, kiedy mieszkając w tym bunkrze, odnalazłem Boga, podjąłem decyzję, że mogę żyć wspólnie tylko z kobietą, która jest moją żoną. Dorota nie wyraża chęci zamążpójścia, ja natomiast, po wszystkich doświadczeniach związanych z odkryciem Jezusa Chrystusa w swoim sercu, nie mógłbym żyć z kobietą bez ślubu.To w którym momencie życia przyszedł prawdziwy przełom?

Do bunkrów, w których mieszkaliśmy, zaczęli przyjeżdżać inni ludzie. To była pewna wspólnota chrześcijańska, żywo zainteresowana naszymi problemami. Wspólnie z Dorotką zauważyliśmy, że ci ludzie zupełnie bezinteresownie okazują nam zrozumienie i współczucie. W końcu, któregoś dnia, zostaliśmy przez nich zaproszeni na nabożeństwo w jednym z kościołów ewangelickich w Świnoujściu.

To doświadczenie pozwoliło mi stanąć na nogi, od tamtej pory aktywnie uczestniczę w życiu wspólnoty. Dwa lata temu założyłem również własną fundację o nazwie "Misja Polaka". Od tego czasu docieram do ludzi, którzy borykają się z takimi samymi problemami, jak ja przed laty. Wraz z moimi przyjaciółmi staramy się im pomagać bezpośrednio, dlatego przez większość czasu pracujemy na ulicy.

Często pracujemy w miejscach, do których nie docierają inne formy pomocy czy to ze strony państwa czy innych organizacji. Żyjemy wśród alkoholików, narkomanów, byłych więźniów czy prostytutek. Sam przerabiałem te wszystkie straszne rzeczy – domy publiczne, zakłady karne, oddziały zamknięte w szpitalach psychiatrycznych. Bywało, że przez dwa tygodnie leżałem zapięty w pasach na skutek ostrych zaburzeń psychicznych.

Te wszystkie złe doświadczenia były bezpośrednią konsekwencją pańskiego uzależnienia?

Tak myślę. Taką opinie wydawali również lekarze, którzy opiekowali się mną w czasie moich pobytów na oddziałach zamkniętych. Narkotyki, które przyjmowałem, bardzo źle wpływały na moją psychikę.

Co pan brał?

Zaczynałem od proszków, potem przyszedł okres, kiedy przyjmowałem dożylnie heroinę. Wiele różnych substancji się na siebie nawarstwiło.

Pewna osoba z kręgu moich dalszych znajomych skoczyła z wieżowca na początku roku. Nie mogła poradzić sobie z uzależnieniem od heroiny.

Wierzę panu, sam doświadczałem tych rzeczy. Dwukrotnie próbowałem odebrać sobie życie. Gdyby nie ludzie, którzy znaleźli mnie w momencie mojego upadku, już dawno bym nie żył.
Z czego się pan utrzymuje?

Jestem zatrudniony jako streetworker w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Świnoujściu, co pozwala zarobić mi na swoje potrzeby. Za pracę w fundacji, której jestem również założycielem, nie pobieram żadnego wynagrodzenia. To działalność dobroczynna. Na utrzymanie placówki oraz realizację działań "Misji Polaka" dostajemy pieniądze od prywatnych sponsorów i muszę przyznać, że nie możemy narzekać na finanse.

Uważa pan, że taka bezpośrednia forma pomagania osobom uzależnionym lub będącym w każdym innym kryzysie, którą niesie streetworking, ma przewagę nad zinstytucjonalizowanymi formami pomocy proponowanymi przez państwo?

Jest wiele różnorakich form pomocy proponowanych przez państwo, jednak poprzez swoje życiowe doświadczenia, zauważyłem pewną rzecz. Moja praca w fundacji jest doskonałym ogniwem, łączącym różne formy pomagania – i te występujące po stronie państwa, i inne, w które zaangażowane są prywatne podmioty.

Co jednak jest najważniejsze – praca bezpośrednio z cierpiącymi ludźmi pozwala im się bardziej otworzyć. Dzięki temu lepiej można poznać czyjąś sytuację i pomóc takiej osobie w kryzysowej sytuacji znacznie szybciej niż wówczas, gdy mamy do czynienia z procedurami niektórych placówek państwowych.

Z drugiej strony praca streetworkera to praca pełna wyrzeczeń. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że w ten sposób udało się pomóc wielu ludziom. Wielu z nich wyszło ze swoich problemów i dziś prowadzą normalne życie. Niektórzy z nich założyli nawet rodziny. Widzieć ich radosnych, to moje największe szczęście.