Uchodźca z Syrii w katowickiej parafii uczy Polaków arabskiego. Trzy lata temu uciekł przed wojną z Aleppo

Fahed Jamal, Syryjczyk, uczy w katowickiej parafii języka arabskiego. Na zajęcia przyszło aż 36 osób.
Fahed Jamal, Syryjczyk, uczy w katowickiej parafii języka arabskiego. Na zajęcia przyszło aż 36 osób. Fot. ojciec Alan Rusek
Fahed Jamal przeszło trzy lata temu przyjechał z Aleppo do Polski. Właściwie to uciekł przed wojną. Bał się, że bomba trafi i w jego dom, a on straci wszystko, co mu zostało. Z pomocą polskich duchownych trzyosobowa rodzina znalazła schronienie w Gubinie, a później w Katowicach. Fahed nauczył się polskiego, a teraz Polaków uczy języka arabskiego.


Nauczyciel arabskiego
Ani ojciec Alan Rusek, ani Fahed Jamal nie przypuszczał, że takie tłumy ściągną na parafię, żeby za darmo uczyć się języka arabskiego.

Wszystko zaczęło się od krótkiego ogłoszenia, które na Facebooku opublikowała Parafia św. Ludwika i Wniebowzięcia NMP w Panewnikach: "Kultura syryjska i język arabski dla chętnych! – Od ponad dwóch lat parafia opiekuje się katolicką rodziną syryjskich uchodźców z Aleppo. W ramach wymiany dóbr duchowych i kulturowych pan Fahed Jamal będzie prowadził darmowe zajęcia z języka arabskiego oraz kultury syryjskiej. Pierwsze organizacyjne spotkanie dla chętnych odbędzie w kawiarence parafialnej".

KULTURA SYRYJSKA i JĘZYK ARABSKI dla chętnych. Od ponad dwóch lat parafia opiekuje się katolicką rodziną syryjskich...

Opublikowany przez Parafia św. Ludwika i Wniebowzięcia NMP w Panewnikach Niedziela, 17 marca 2019
Niewielkie pomieszczenie wypełniło się po brzegi. Przyszło aż 36 osób: od nastolatków do emerytów. Pierwsze zadanie – przywitać się. Każdy powtarzał "marhaba".


To proboszcz parafii św. Ludwika i Wniebowzięcia NMP w Panewnikach Alan Rusek wpadł na pomysł, żeby uchodźca z Aleppo uczył Polaków podstaw arabskiego i kultury syryjskiej. Korzyść miała być obopólna.

– Dotychczas Fahed nie miał w Katowicach zatrudnienia. W tej chwili to się zmienia, bo miasto zaproponowało mu drugi projekt – umowę. Ale wcześniej – od połowy grudnia – Fahed nie miał pracy. A jego jedynym zajęciem było uczęszczanie na kurs języka polskiego na Uniwersytecie Śląskim. Chciałem go w jakiś sposób zaangażować, wypełnić jego czas, by czuł się potrzebny, żeby dzielił się swoją kulturą, ale i ćwiczył język polski – przyznaje ojciec Alan Rusek.

Fahed, architekt z ponad 30-letnim stażem pracy, szybko wszedł w rolę belfra. – On bardzo poważnie podchodzi do swoich zajęć, przygotowuje każdą lekcję, opracowuje schematy, które wyświetla przez projektor. Przygotowuje też kartki dla uczestników, żeby mogli ćwiczyć czytanie i mówienie. Jest bardzo miłym, ciepłym człowiekiem z poczuciem humoru – chwali go duchowny.

Fahed o swoich uczniów dba szczególnie. Na pierwszych zajęciach przywitał ich arabskim chlebem, oliwą i zatarem.

– Uczę ich pisania, mówienia i czytania. Na przykład proszę, żeby po arabsku kogoś pozdrowili, zapytali, jak ma na imię. Ale też uczymy się podstawowych zwrotów, np. "dzień dobry", "jak masz na imię?"; "jak się masz?". Wszystko po arabsku. Polacy są szczęśliwi, czuję, że oni tego potrzebują – mówi po polsku Fahed.

Bomby wybuchały obok domu

"Rewelacyjna sprawa”; "Kiedy następna lekcja? Czy można jeszcze dołączyć?” – pytają na facebookowym profilu parafii mieszkańcy Katowic. Ale niektórzy złośliwie dorzucają: "Lata nasi dziadkowie walczyli z inwazją osmańską, a teraz promuje się tych bisurmanów. Wstyd i hańba".


– Chcę pokazać, że nie wszyscy, którzy mówią w języku arabskim, są terrorystami czy wyłącznie muzułmanami. Być może w Polsce niektórzy tak patrzą na Syryjczyków. Często utożsamia się ich z bardzo skrajnymi grupami terrorystycznymi. A przecież wiele osób mówiących w języku arabskim to chrześcijanie, a także katolicy. Tak jak Fahed i jego rodzina – odpowiada ojciec Rusek.
Ojciec Alan Rusek
proboszcz parafii Św. Ludwika Króla i Wniebowzięcia NMP w Katowicach

Mamy konkretną rodzinę pana Faheda, oni nie przybyli do nas jako uchodźcy anonimowi. Przyjechali na nasze zaproszenie. Od samego początku im towarzyszymy. Oni nie są dla nikogo żadnym zagrożeniem. Natomiast pięknie możemy się nawzajem ubogacać. Myślę, że jesteśmy w stanie pomóc każdej rodzinie, która nie jest anonimowa, której historię znamy, która potrzebuje pomocy. Miasto bardzo pozytywnie odpowiada na nasze zapotrzebowania. Jeżeli oni będą mieć możliwość zarobienia pieniędzy, za które będą mogli spokojnie się utrzymać, to tę nadwyżkę wyślą rodzinie z Aleppo, bo tam się wciąż ciężko żyje.

Syria, Aleppo, styczeń 2015 rok. Żona Faheda Jamala umiera po chorobie nowotworowej. W marcu jego starsza córka razem z mężem ucieka przed wojną do Anglii. Syn Giorgio jest klerykiem, mieszka w Jerozolimie. Fahed zostaje w Aleppo z 21-letnią Ritą i jej świeżo poślubionym mężem – 23-letnim Eliasem.

Mieszkają w centrum miasta – żyją w ciągłym strachu i stresie. Nie wiedzą, co przyniesie jutro. Nie wiedzą, czy wrócą do domu z zakupów albo kościoła. Nawet podczas kościelnego ślubu Rity i Eliasa słyszą strzały. Nieraz na świątynie zrzucali już bomby. Elias opowiadał dziennikarzom, że na ulicach miasta widział ciała kobiet i dzieci.

– Kiedy bomby zaczęły wybuchać w pobliżu ich domu, to oni podjęli decyzję o ucieczce. Myśmy im pomogli. Zorganizowaliśmy im początek – opowiada ojciec Rusek.

Dobre wieści przyszły do Faheda z Jerozolimy. Jego syn poznał tam polskiego księdza ze Wspólnoty Świętego Tymoteusza w Gubinie. Szybko załatwili formalności. – Jak dostaliśmy telefon z Polski z informacją o zaproszeniu, to zaczęliśmy tańczyć z radości – mówił trzy lata temu dziennikarzom "Gościa Niedzielnego" Elias.

Ale wtedy czekała ich jeszcze trzydniowa przeprawa do Polski: najpierw z Aleppo uciekają do Damaszku. Kolejnym punktem jest polska ambasada w Bejrucie. Ale nie chcą ich wpuścić do samolotu. A stamtąd mieli dostać się do Paryża, a później do stolicy Polski. Zmiana planów: franciszkanie kupują im bilet do Stambułu, skąd lecą do Warszawy.

Polski dom
Trafiają do Gubina, miasteczka w pobliżu niemieckiego Guben, gdzie wtedy jest około 700 uchodźców. Oni w Gubinie są jedyną syryjską rodziną. Wspólnota wynajmuje im mieszkanie, rodzina wolontariuszy, a później nauczycielka uczą ich języka polskiego.

– W Gubinie wszyscy byli bardzo mili. Ale nie było szkoły języka polskiego dla obcokrajowców i nie mieliśmy tam pracy – opowiada Fahed. Dlatego po dziesięciu miesiącach decydują się na przeprowadzkę do większego miasta, w głąb Polski. Ruszają do Katowic. Na świecie już jest mały Fadi, wnuk Faheda, syn Rity i Eliasa.

Wszyscy wiążą z tym miejscem duże nadzieje. Ale nie jest lekko: Elias – z wykształcenia prawnik władający kilkoma językami – na życie zarabia w sushi barze.

– Raz mój zięć rozmawiał przez telefon po arabsku. Wracał akurat autobusem do domu. Kilka osób słuchało, co mówił i chyba im się to nie podobało. Mówili, żeby przestał – opowiada Fahed. Ale i zaznacza, że to była jednorazowa sytuacja, a oni sami w Katowicach czują się bardzo bezpieczni. – Ludzie są mili. Traktują nas dobrze – powtarza.

Fahed miał trudność ze znalezieniem pracy. Wreszcie udało mu się w urzędzie miasta. – Jestem architektem, pracuję w urzędzie miasta, rysuję projekty, szkice, mapy na komputerze – opowiada Fahed.

Rita wychowuje dwuletniego Fadiego. Mały na ojca Alana mówi wujek, bardzo się przywiązał. Nie mają w Polsce rodziny. Ta rozsiana jest po całym świecie. Rodzina Eliasa została w Aleppo. Ten bardzo za nimi tęskni. Nie mogą ich nawet odwiedzić, dopóki nie mają karty stałego pobytu. Ojciec Rusek wpadł na genialny pomysł, żeby rodzina Eliasa chociaż na kilka miesięcy przyjechała z Aleppo do Polski. A później chce pomagać im na miejscu.

– Często myślę o Aleppo. Oglądamy wiadomości, sprawdzamy, co się dzieje w Syrii. To nasz kraj. My się tam urodziliśmy. Mam nadzieję, że uda nam się tam kiedyś powrócić. Ale tam nadal jest niebezpiecznie. Przedwczoraj izraelski samolot zrzucił bombę... A wcześniej, jak wiecie wiele budynków i kościołów zostało zniszczonych przez terrorystów, w tym mój kościół, ten, w którym zostałem ochrzczony i brałem ślub – mówi ze smutkiem Fahed.