"Wyglądacie tak biednie jak... oświata". Byliśmy tam, gdzie najlepiej widać desperację nauczycieli

Głodujący dzień i noc spędzają w tej sali w kuratorium. Fot. naTemat
Generalnie cały czas chce się jeść. Takie opowiadanie, że w którymś dniu przestaje się odczuwać głód, można włożyć między bajki – mówi Monika Ćwiklińska, jedna z czterech głodujących nauczycieli w małopolskim kuratorium. Na własne oczy zobaczyłem, jak z bliska wygląda ta jedna z najbardziej dramatycznych form protestu. I usłyszałem, co poza pieniędzmi chcą uzyskać pedagodzy. Dla wielu z nich to może być nawet ważniejsze od grubszego portfela.


– To pierwsze takie doświadczenia. Ja generalnie lubię sobie zjeść. To dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie – podkreśla ze śmiechem Monika Ćwiklińska. Przez wiele lat nauczycielka matematyki w Dąbrowie Górniczej, od dwóch lat oddelegowana przez "Solidarność” do działań związkowych. Ona i jeszcze trzech innych nauczycieli głodują w sali konferencyjnej w budynku kuratorium na terenie krakowskiej Nowej Huty.


Wystarczyło mi zaledwie kilka minut w budynku kuratorium, żeby zrozumieć, że… naoglądałem się filmów. Jechałem przecież z przekonaniem, że wpadnę w środek głośnego protestu. W wyobraźni widziałem trochę skrzyżowanie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z salą pełną głośnych maklerów rodem z "Wilka z Wall Street”.


W zasadzie nie wiem dlaczego tak uważałem, bo przecież protest głodowy to jedna z najbardziej wyniszczających form sprzeciwu. Nie ma w nim miejsca na nadmierne emocje.
Pytam Monikę Ćwiklińską, czy do protestu przygotowała się w jakiś specjalny sposób. – Nic nie robiłam. Nie wyobrażałam sobie tego. Stało się, zapadła decyzja. I już.


Wrzątek dobry na wszystko
– Ja próbowałam kiedyś diety oczyszczającej, jabłkowej. I wytrwałam w niej tylko półtora dnia, bo uznałam, że takie życie nie ma sensu. Ale teraz mam dużo motywacji – mówi z kolei o swoich "doświadczeniach z głodówką” Agata Adamek, nauczycielka języka polskiego z Ostrowca Świętokrzyskiego. Także oddelegowana do pracy związkowej.

Ona też w żaden specjalny sposób nie szykowała się do strajku. – Tak naprawdę człowiek nie wie, na co się decyduje. Zmagamy się z brakiem jedzenia, odcięciem od rodziny, natłokiem mediów – wylicza.

Mówi to siedząc na nadmuchiwanym materacu i popijając wodę. Pytam nieco naiwnie, czy w trakcie głodówki nie można napić się nawet kawy czy herbaty. – Można, ale wypłukuje minerały, a te są potrzebne w trakcie głodówki – mówią mi nauczyciele.
To akurat porada od siedzącego pod ścianą Piotra Pakosza, emerytowanego nauczyciela z 40-letnim stażem. On pierwszy zaczął głodówkę, którą w momencie mojej wizyty w Krakowie (czwartek 28 marca) prowadził już czwarty dzień. Wywiad z nim przeprowadziła dziennikarka naTemat.pl Daria Różańska.

Czwarta jest Ewa Sroka, anglistka z 15-letnim stażem. – Głodni jesteśmy okrutnie. Ktoś żartuje
"jaja sobie robisz”, a ja pytam, dlaczego ten ktoś mówi o jedzeniu – śmieje się. Z kolei inni mówią im, że zaczynają od tej głodówki wyglądać "tak biednie jak nasza oświata”. I jeszcze jeden żart: – Jedni przekonują, żeby się najeść przed głodówką, inni żeby ograniczać pokarm, żeby się przyzwyczajać. Ale ja wyszłam z tego pierwszego założenia.

Ten śmiech jest tym, co głodujących trzyma w jednym kawałku. To on – oczywiście poza kręcącymi się mediami – rozbija ciszę, która panuje w okupowanej sali. – Nie jesteśmy same, jest nas tu grupa, więc się wspieramy. Choćby żartami. Ale przede wszystkim przyświeca nam cel. Protestujemy po to, żeby zwrócić uwagę na problem – twierdzi Monika Ćwiklińska.

Co jeszcze może pomóc? Oszczędzanie sił i… muzyka. W tle ciągle przygrywa ta sama, pogodna melodia. Pani Monika Ćwiklińska sama zresztą lubi zagrać. I pośpiewać.
No i trzeba jeszcze nie zwariować w swoim towarzystwie. Znacie to uczucie, kiedy przyjaźnicie się z kimś od lat, a nagle przychodzi wam spędzić razem na przykład trzy dni? Optyka potrafi się diametralnie zmienić. Głodujący tym czasem znali się wcześniej albo bardzo luźno, albo w ogóle.

– Powiem panu, że nerwy czasem puszczają. Są tutaj ludzie, którzy protestują już 18 dni. W takiej sytuacji niezależnie od charakteru każdemu może się przydarzyć jakieś załamanie, nerwowa chwila. Wyjątkowo tutaj (głodówka odbywa się w innym pomieszczeniu niż ogólny protest – red.) panuje atmosfera spokoju i wyciszenia. Jak ktoś chce odpocząć, to z góry przychodzi do nas. Bo ich tam jest dużo, kilkanaście osób w każdej chwili – mówi Ewa Sroka.

Oni są już wyczerpani, są tu już długo, każdego dnia przez kilka godzin są tu obecne media.
Życia nie ułatwiają im właśnie tacy jak... ja sam. Zwłaszcza telewizje z kamerami. Spędziłem z głodującymi dwie godziny, w tym czasie przewinęły się tutaj Polsat News, TVN24 i Superstacja.

– Spędzić z człowiekiem kilka dni nie mieszkając wcześniej to jedno. Ale tak się dać zamknąć pod okiem kamer to trochę Big Brother – dodaje ze śmiechem anglistka.
Kiedy wróci mama
Trudniejsza od głodu jest chyba jednak rozłąka z rodziną. – W zeszłym tygodniu wróciłam do domu (wtedy trwał jeszcze "tylko" okupacyjny protest rotacyjny – red.), żeby załatwić sprawy formalne związane ze sporem zbiorowym. Przy okazji zrobiłam jakieś dwa prania, obiad, coś się posprzątało. Gdy zbierałam się do wyjścia, syn zapytał: "Wracasz tam? Ty nie rozumiesz, że jestem w klasie maturalnej i potrzebuję twojego wsparcia?". Tymi słowy. Nawet się tego nie spodziewałam – wspomina Monika Ćwiklińska.

Ona jednak ma dwóch synów, w zasadzie już dorosłych. Można powiedzieć, że sobie poradzą. Ewa Sroka ma dwie córki, z którymi jest bardzo blisko.

– Wsparcie rodziny pomaga. Ale z jednej strony te telefony bardzo cieszą, a z drugiej strony ciężko się je odbiera. Każdy jeden okupuję wielkimi emocjami. Najmłodsza córka – ona wszystko wie, rozumie, mówi, że wspiera. Ale za każdym razem ostanie pytanie brzmi: "A kiedy wrócisz, mamo". Jak kiedyś miałam trzy telefony w ciągu dnia, tak teraz mam ich trzydzieści. To cudowne, ale jak się odkłada taki telefon, to łzy się w oku kręcą – mówi.

Rozłąka staje się dokuczliwa jeszcze bardziej "po godzinach". Nie każdy bowiem wie, że głodujący nie strajkują, a protestują. Czyli wykonują swoje obowiązki zawodowe. Monika Ćwiklińska i Agata Adamek są "pełnoetatowymi" związkowcami. Mają ze sobą komputery i pracują. Piotr Pakosz jest już emerytem, więc on w pewnym sensie nic nie musi. Natomiast Ewa Sroka – jako czynna nauczycielka – jest na urlopie. Bezpłatnym.
W tym kontekście za dnia nie ma czasu na tęsknotę. Jest praca, są media. Dopiero pod wieczór, kiedy zapada zmrok, w kuratorium zaczyna panować cisza. – Po południu, jak media wyjadą, to jest właśnie czas dla nas. Włączamy sobie laptopy, coś sobie oglądamy – mówi Ewa Sroka.

Agata Adamek: – Ja jestem polonistką, a koleżanka anglistką. Wykorzystuję ją i doskonalę swój angielski.

Nie chcą planu B
Paradoksalnie sama zapowiedź strajku dała już pewien pozytywny skutek. – Nie pamiętam czasu, żeby tak dużo się mówiło o nauczycielu w pozytywnym sensie. Że to nie lenie, że nie pracują 18 godzin w tygodniu. W końcu mówi się o prawdziwym czasie pracy, o trudnościach, które mamy w zawodzie. I również o tej płacy, która jak była marna 30 lat temu, tak nadal jest. Obojętne jakie rządy, ten zawód jest po prostu źle opłacany – przekonuje Monika Ćwiklińska.

Protestujący nie wierzą, że ich wysiłek nie przyniesie efektu. Żyją z przekonaniem, że w poniedziałek, kiedy mają się odbyć kolejne rozmowy, widmo strajku nauczycieli zostanie zażegnane.
– Nie wyobrażamy sobie, żeby nic się nie zdarzyło. Jesteśmy tak zdeterminowani, że będziemy walczyć do zwycięstwa – mówi Monika Ćwiklińska.

Oczekiwanie porozumienia jest wręcz wyczuwalne w powietrzu. Rośnie z każdą godziną bez posiłku. Głodujący wierzą też, że różnice pomiędzy "Solidarnością” a Związkiem Nauczycielstwa Polskiego nie przeszkodzą w osiągnięciu porozumienia.

– Nasz protest ma konkretny cel. Chcemy zwrócić uwagę rządu, że to jest czas na rozmowę, zanim cokolwiek zajdzie za daleko. Zanim ucierpią uczniowie – mówi Ewa Sroka. Stąd się zresztą wzięła głodówka – bo pierwotny protest okupacyjny był ignorowany przez stronę rządową.

Monika Ćwiklińska opowiada jednak więcej o determinacji nauczycieli. – Robimy naprawdę dużo, żeby do tego strajku nie doszło. I jest jeszcze czas. Każdy nauczyciel panu powie, że nie chciałby strajkować w takiej formie, żeby zostawiać dzieci same, żeby uniemożliwić przeprowadzenie egzaminów. Jesteśmy tego świadomi. Ale oprócz tego, że jesteśmy nauczycielami, to jesteśmy pracownikami, którzy swoją misją rodzin nie nakarmią – mówi i dodaje: – Jeśli by się zdarzyło, że zostaliśmy zlekceważeni, to trudno, musimy sięgnąć po tę broń, jaką jest strajk.
Ważny jest nie tylko portfel
Determinacji im nie brakuje także dlatego, że walczą nie tylko o swoje pieniądze. Równie ważne są godność nauczyciela i godne warunki pracy. – Kolejni ministrowie doprowadzili do tego, że nauczyciela się nie szanuje. Dzisiaj większość rodziców ma postawy roszczeniowe, czasami
żądają od szkoły, aby przejęła ich role wychowawcze. Coraz częściej się zdarza, że rodzice,
zamiast porozmawiać o problemach dziecka z nauczycielem, biegną na skargę do
dyrektora, kuratorium albo ministra – podkreśla Monika Ćwiklińska.

Opowiada, jak usłyszała od ucznia, że pani w supermarkecie zarabia lepiej, więc nie chce być nauczycielem. – Dzieci mówią to, co mówią rodzice. Po prostu nauczyciel nie ma autorytetu – kontynuuje.

Ona zresztą – wbrew ZNP – nie jest zła na to, że choć nie ma pieniędzy dla nauczycieli, znalazły się choćby środki na 500+ od pierwszego dziecka. Mówi o rodzinach, które pierwszy raz w życiu pojechały na wakacje. – Zaczynają w końcu żyć godnie, normalnie – tłumaczy.

Nauczyciele walczą też o zmiany w samych w szkołach. Zmiany, które można nazwać "bezkosztowymi”. Krytykują choćby przepisy związane z oceną pracy nauczyciela. – Są do wyrzucenia w całości. Ale pani minister się przy nich upiera – mówi Monika Ćwiklińska.
Miesiąc w szkole zmieniłby wszystko
Te i inne postulaty protestujących są wywieszone na drzwiach sali, którą zajmują. Mówi się o nich już w całej Polsce, z pewnością zna je też minister Zalewska.

Nie ma więc specjalnego sensu dyskusja z nią na ich temat. Pytam w takim razie głodujących, o czym chcieliby z nią porozmawiać. – Ja bym panią minister zaprosiła do szkoły. Żeby przyszła do pracy na miesiąc. Wie pan, ludzie, którzy dawno nie pracowali bezpośrednio z dziećmi, w dzisiejszej szkole, a nie tej sprzed 20 lat, oni już nie mają pojęcia, jak ta praca wygląda – od razu wyrzuca z siebie Monika Ćwiklińska.

Ewa Sroka z kolei zwraca uwagę na reformę edukacji. – Mam córkę w ósmej klasie, ją naprawdę dotknęła reforma. Uczyła się świetnie do klasy szóstej. Natomiast w siódmej po raz pierwszy przyszła do mnie po pomoc. Siedzieliśmy całą siódmą klasę razem w książkach, a i tak nie miała czerwonego paska jak wcześniej – opowiada.

Tłumaczy, że teraz korepetycji potrzebuje już właściwie każde dziecko. Bo materiału jest po prostu zbyt dużo. – Ciężko ma i dziecko, które systematycznie chodzi do szkoły – wyjaśnia.
Po chwili dowiaduję się, jaki jest największy problem w komunikacji między nauczycielami a tymi, którzy stanowią dla nich prawo. Choćby minister Zalewska – też była kiedyś pedagogiem przecież.

– Niektórzy po latach oderwali się od życia. W szkole mamy określone problemy, a inni ich nie rozumieją. Ja bym poprosiła o empatię. Pani minister potrafi długo mówić, a ja bym chciała,
żeby po prostu zaczęła słuchać. To ważna umiejętność nauczyciela – podkreśla Monika Ćwiklińska.

Cały kłopot nauczycieli dobrze obrazuje jedna liczba, z której sobie nie zdawałem sprawy. – Podobno 50 posłów-nauczycieli mamy w Sejmie. Dawno zapomnieli, skąd się wywodzą – mówi nauczycielka.