Był drugim ojcem "Dziecka Rosemary". Komeda to wielki Polak, o którym mówi się zbyt rzadko

Krzysztof Trzciński-Komeda zmarł 23 kwietnia 1969 r. w szpitalu przy ul. Oczki w Warszawie.
Krzysztof Trzciński-Komeda zmarł 23 kwietnia 1969 r. w szpitalu przy ul. Oczki w Warszawie. Fot. Sergiusz Pęczek / Agencja Gazeta
Jego demoniczną "Kołysankę Rosemary" z klasycznego horroru Romana Polańskiego zna chyba każdy. Związek Komedy z Hollywood mógł zrodzić znacznie więcej wspaniałych dźwięków, gdyby nie tragiczny wypadek, który doprowadził do przedwczesnej śmierci muzyka i kompozytora. Od tego zdarzenia minęło już 50 lat.


Czasem, wychodząc z redakcji, mijam neon na ścianie bloku przy placu Czesława Niemena. Rozświetlony na czerwono splot cienkich rurek układa się w prawy profil Krzysztofa Trzcińskiego-Komedy. Neon odsłonięto w sierpniu 2017 roku, by oddać hołd kompozytorowi i jeszcze mocniej podkreślić "artystyczny" charakter żoliborskiego osiedla.


W tym samym roku, tylko ciut wcześniej, bo w maju, ukazało się wyjątkowe muzyczne wydawnictwo, dowodzące że młoda scena jazzowa w Polsce nie zapomniała o starym mistrzu. Mowa o płycie wrocławskiego septetu EABS – "Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)". Muzycy, których w chwili śmierci Komedy nie było nawet w planach, nagrali album z własną interpretacją utworów genialnego kompozytora, pochodzących z lat 1962–1967.

Ubiegły rok przyniósł za to obszerną biografię – "Komeda: Osobiste życie jazzu" autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej. W książce pojawiło się wiele historii zaczerpniętych z rozmów z ludźmi, którzy znali Komedę, żyli lub grali z Komedą. Jak choćby nieodżałowany Tomasz Stańko.

Po co przypominam te wszystkie wydarzenia? Ano dlatego, że jest rok 2019, który UNESCO ogłosiło rokiem Krzysztofa Komedy, a mam wrażenie, że nadal zbyt mało mówimy o tym wielkim Polaku.

"Nie był asem pianina"
W polskiej muzyce jazzowej, szczególnie okresu "post-komedowego" utarło się przekonanie, że każdy muzyk, który grał z Komedą został w jakiś szczególny sposób namaszczony. Wydaje się jednak, że Krzysztof Trzciński miał po prostu pewien dar do dobierania sobie współpracowników. Byli nimi m.in. Jan Ptaszyn Wróblewski, Tomasz Stańko, Zbigniew Namysłowski – prawdziwe tuzy polskiego jazzu.


Sam Komeda nie był mistrzem fortepianu, który był jego głównym instrumentem. Znacznie lepiej komponował niż grał. – Nie był żadnym asem pianistyki. Już wtedy w Polsce grywali lepsi od niego. Był jednak bardzo oryginalny – nikt nie grał tak samo jak Komeda. Krzysztof zawsze myślał przy grze. Nie robił żadnych banalnych trików, które muzycy przeważnie mają w palcach, a nie w głowie. On zawsze myślał – podkreślał Zbigniew Namysłowski w czasie niedawnego spotkania w Studiu U22 przy okazji odsłuchu limitowanej wersji płyty "Astigmatic", która ukazała się na różowym winylu.Namysłowski brał udział w nagraniu płyty wszech czasów polskiego jazzu – kultowego albumu "Astigmatic". Krążek wydany w 1966 roku został stworzony przez kwintet Krzysztofa Komedy w składzie: Krzysztof Trzciński-Komeda (fortepian), Tomasz Stańko (trąbka), Günter Lenz (kontrabas), Rune Carlsson (perkusja), Zbigniew Namysłowski (saksofon).

Warto nadmienić, że Zbyszek Namysłowski nie był stałym członkiem zespołu Komedy. Pozostaje jednak jedynym człowiekiem na świecie, który może powiedzieć coś o sesji nagraniowej flagowej płyty polskiego jazzu. Komeda, Carlsson i Stańko już nie żyją, natomiast stan zdrowia Güntera Lenza sprawia, że z kontrabasistą bardzo trudno jest się porozumieć.

– Krzysztof był człowiekiem, który mało mówił, dopóki się nie napił. Nagranie płyty "Astigmatic" było jednak na tyle poważną sprawą, że nie było mowy o żadnym alkoholu w czasie pracy. W związku z tym Krzysztof nic nie mówił. Siadał do fortepianu, mówił zagrajcie to i to i na tym koniec – opowiada Namysłowski.Krzysztof "Komęda"
Krzysztof Trzciński przyszedł na świat 27 kwietnia 1931 r. w Poznaniu. Jego ojcem był Mieczysław – urzędnik państwowy pracujący w Banku Polskim, matką Zenobia Gębicka. Trzcińskim żyło się dobrze, byli zamożną rodziną. W mieszkaniu stał fortepian marki Blüthner, na którym Krzysztof pogrywał pierwsze melodie.

Był bardzo uzdolniony, egzaminatorzy Państwowego Konserwatorium Muzycznego w Poznaniu odkryli u chłopca słuch absolutny. W wieku ośmiu lat Krzysio Trzciński został najmłodszym studentem uczelni.Wybuch II wojny światowej, w wyniku którego rodzina straciła mieszkanie (na fortepian spadła niemiecka bomba), to nie jedyna przykrość, jaka spotyka Trzcińskich w pierwszych dniach września 1939 roku. Od końca sierpnia Krzysztof bardzo ciężko choruje – ma wysoką gorączkę, w końcu traci władzę w prawej nodze. Diagnoza lekarzy jest bardzo przykra – chłopiec zachorował na polio.

Ostatecznie po leczeniu i rehabilitacji Krzysztof ma jedną nogę krótszą i chudszą, do końca życia będzie kulał, jednak najważniejsze jest to, że może chodzić. Do końca życia przylgnie jednak do niego miano "kuternogi". Tak nazywał go znienawidzony łacinnik i szkolny wychowawca Bronisław Reszke. W ten sposób przedrzeźniała go również jego późniejsza żona Zofia Lach, dodatkowo nabijając się z rudego koloru włosów Trzcińskiego.

Z Poznania Trzcińscy przenieśli się do Częstochowy, gdzie trafiła również siostra Zenobii Trzcińskiej i rodzeństwo ojca Komedy – Mieczysława. Rodzice robili wszystko, by dzieci nie czuły ciężaru wojny. Mieczysław Trzciński prowadził komis, który pozwalał mu na utrzymanie rodziny i dzieci. Było ich stać nawet na zatrudnienie gosposi.To właśnie w Częstochowie młody Trzciński stał się Komedą. W najczęściej powtarzanej wersji tej historii, Krzysio, w czasie zabawy w policjantów i złodziei, urządził kwaterę główną w kącie podwórka. Na drzwiach komórki napisał kredą KOMĘDA zamiast komenda. Przydomek został z nim na zawsze.

Śmiertelne Hollywood
Choć w światku polskiego jazzu Komeda ma pozycję boga, to muzyka filmowa była jednak jego największą miłością. Jego kompozycje ubarwiły 68 filmów, z czego 48 zostało zrobionych w Polsce. 34 filmy krótkometrażowe i sześć animowanych. Zaczęło się od "Dwóch ludzi z szafą" – etiudy studenckiej Romana Polańskiego, skończyło na "The Riot" Buzza Kulika.

– Krzysztof był świetnym kompozytorem, co jeszcze bardziej dało się zauważyć potem. Jako muzyk jazzowy Komeda stworzył kilka kompozycji, nagrał niewiele płyt, natomiast cały swój kunszt kompozytorski wykazał pisząc muzykę filmową – twierdzi Zbyszek Namysłowski.Przyjaźń z Romanem Polańskim i wyjazd Komedy do Los Angeles mogły być przepustką do wielkiego świata Hollywood. Do Stanów Zjednoczonych wyjechał bez żony Zofii, na miejscu wdał się w romans z żydowską aktorką Elaną Eden. Na obczyźnie Krzysztof zaprzyjaźnił się również z różnymi przedstawicielami niezwykle barwnej, artystycznej Polonii. Jednym z nich był znany w Polsce pisarz, Marek Hłasko.

Był 12 października 1968 r. Dom Komedy przy Oriole Lane tętnił wieczornym życiem. Przyjaciele z Polski, w tym Hłasko, pili alkohol i przekrzykiwali się. Chwilę później zdarzyła się tragedia, której następstwa doprowadziły do przerwania świetnie zapowiadającej się kariery autora "Kołysanki Rosemary".

W jakich okolicznościach Komeda spadł ze skarpy przy domu, chyba już nigdy się nie dowiemy. Przyjaciel Komedy, Andrzej Krakowski, który był w domu przy Oriole Lane tego feralnego wieczoru, twierdzi, że pijany Hłasko biegł za Krzysztofem, by ten odparł zarzut, że pisarz "jest pasożytem". Krakowski po raz pierwszy podzielił się tą wersją historii na łamach książki Grzebałkowskiej.

Krzysztof spadł ze skarpy, zniknął z pola widzenia. Autor "Bazy Sokołowskiej" zszedł po swojego przyjaciela, lecz kiedy wnosił go do góry przewrócił się i upadł swoim 120-kilogramowym cielskiem prosto na głowę Komedy. Muzyk stracił przytomność, lecz po kilku minutach wrócił do siebie i śmiał się z całej sytuacji.Szpital na Oczki
W grudniu 1968 roku Komeda nie był już w stanie tworzyć muzyki. Był w stanie śpiączki, a jego żona Zofia Lach-Komedowa podjęła heroiczny wysiłek, by przewieźć chorego męża do Warszawy. Niestety personelowi warszawskiego szpitala na Oczki nie udało się uratować muzyka, w głowie którego pękł krwiak wywołany upadkiem ze skarpy.

23 kwietnia 1969 r. Krzysztof Komeda zmarł. Pięć dni później został pochowany na Powązkach. W czasie pożegnania na cmentarzu zagrała cała plejada znakomitych jazzmanów. Wybrzmiał m.in. fragment mszy jazzowej Tomasza Stańki. Bóg polskiego jazzu odszedł w wieku 37 lat, jednak jego muzyka pozostanie tu z nami na zawsze.